8

Polscy studenci tworzą elektryka do driftu. Kibicuję, ale zastrzeżeń nie brakuje

Nasi studenci znowu w akcji: wymyślają, projektują, zbierają pieniądze, chcą tworzyć. Czytam o ich poczynaniach i kiwam głową z uznaniem - cieszy mnie, że działają. Cieszy mnie, że mogę o tym czytać coraz częściej - ekipa z jednej uczelni nakręca kolejną, projektów przybywa. I pojawia się przy tym wątek poszukiwania pieniędzy na realizację swoich planów - ci ludzie pokazują, że są przedsiębiorczy. Nie napisze jednak, że ten obrazek nie ma wad.

Trafiłem wczoraj na projekt studentów z Politechniki Wrocławskiej – Zero Emission Car tworzony przez grupę studentów z Koła Naukowego Pojazdów i Robotów Mobilnych. Ekipa anonsuje go jako pierwszy samochód elektryczny do driftu. Pomysł jest już realizowany, zespół przekonuje, że wpompowano w to kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale kolejne etapy prac wymagają wsparcia. Zwrócono się po nie do społeczności serwisu odpalprojekt.pl. Pierwszy próg wynosi 60 tysięcy złotych i na razie… Cóż, zbiórka nie cieszy się wielkim wsparciem. To może się jednak zmienić – zainteresowanych projektem odsyłam na stronę, z której dowiecie się kto, co i jak.

Czy to ma sens? Przyznam, że do tego konkretnego pomysłu podchodzę z rezerwą. Ale to może wynikać z mojej nieznajomości tematu. Może projekt ma sobie potencjał i ludzie czekają na elektryka w drifcie? Może nawet da się na tym zbudować biznes, skoro polscy studenci są pionierami? Nisza, na której jakaś firma mogłaby się wybić. Dlaczego nie miałby to być startup z Wrocławia? Tu musieliby się już wypowiedzieć znawcy rynku, fani tego sportu.

Pozytywną informacją jest dla mnie sam fakt działania – coraz częściej trafiam na doniesienia dotyczące studentów realizujących jakiś projekt. I są to pomysły z różnych dziedzin nauki/gospodarki/życia. Niedawno pisałem o dwóch ekipach pracujących nad Hyperloop, przez kilka kwartałów emocjonowaliśmy się poczynaniami twórców łazików marsjańskich, teraz elektryk do driftu. A na tym przecież nie koniec. Zaczynam w tym dostrzegać rywalizację i nakręcające się środowisko – bardzo intrygujące zjawisko.

Na uwagę zasługuje nie tylko fakt, że studenci mają pomysły i potrafią przelać je na papier czy ekran komputera. Równie istotne jest to, że chcą te plany realizować. Zgłaszają się do międzynarodowych konkursów, poszukują sponsorów, zakładają firmy, kierują się w stronę crowdfundingu. Przestają się bać i dostrzegają, że ich plan nie musi być mrzonką. Można zebrać kilkadziesiąt tysięcy złotych, można pojechać do USA, można pokazać innym, że Polak potrafi. Miejmy nadzieję, że ta fala będzie rosnąć i zwiększać zasięg.

Jest świetnie, nie ma się czego czepiać? Od takiego stwierdzenia jestem daleki. Pierwszym problemem jest finansowanie. Wspomniałem, że studenci szukają sponsorów i odpalają akcje w ramach crowdfundingu, ale to może nie wystarczyć. Ze sponsorami różnie bywa, polski crowdfunding tęż wszystkiego nie uciągnie – zwłaszcza, gdy ta fala zacznie przybierać na sile. Tu potrzebne są rozwiązania systemowe, zainteresowanie uczelni, biznesu, państwa. Temat nie tylko na osobny wpis, ale i na książkę. Za kilka godzin ma zostać opublikowany tzw. Plan Morawieckiego – może tam pojawią się ciekawe informacje na ten temat?

Drugi wątek dotyczy samych projektów i podejścia ich twórców. Czasem jest bardzo komercyjne, aż do bólu, ale innym razem… Innym razem mamy to, co w przypadku elektryka do driftu. W opisie ich akcji czytamy o pasji, o chęci promowania elektryków:

Naszym głównym celem nie jest sam start w zawodach, ale idea zmiany świadomości społeczeństwa na temat pojazdów elektrycznych, dotychczas kojarzonych głównie z Melexami i wózkami widłowymi.

Jesteśmy grupą studentów z Koła Naukowego Pojazdów i Robotów mobilnych, których motorem napędowym do działania nie jest działalność komercyjna, ale pasja i chęć rozwoju w dziedzinie budowy samochodów. Chcemy pokazać, że polska myśl motoryzacyjna wciąż działa prężnie, a Polacy i ich pomysły są w stanie zaistnieć w tej dziedzinie.

Mam z tym pewien problem. O polskiej myśli motoryzacyjnej słyszę od kilku lat i podchodzę do tego z coraz większą rezerwą. A wynika to m.in. z faktu, że ludzie chcą coś pokazać, ale najczęściej jest to sztuka dla sztuki. Jak w tym przypadku. Fajnie, że zrobią coś jako pierwsi, udowodnią, że można, lecz to nie może być główny cel. Czy sponsora namówi się do współpracy (dużego sponsora, firmę, która będzie zainteresowana dłuższą współpracą, komercjalizacją pomysłu), gdy rzuci się hasłem, że motorem do działania nie jest komercjalizacja pomysłu? Zabawa jest potrzebna, zabawa jest mile widziana, lecz z czasem powinna ona zamieniać się w biznes. Oby coraz więcej zespołów miało to na uwadze.

Niemniej: powodzenia Panowie. Paniom życzę tego samego ;)