36

O sentymentach, RTL7 i Secret Service – czy kiedyś rzeczywiście było lepiej?

Mój dziadek, do którego jestem rzekomo bardzo podobny twierdzi, iż za komuny było lepiej. Jego świętym prawem jest to, by tak sądzić – za komuny nie miał źle prócz faktu, iż sam, bez żony zajmował się domem, dziećmi w tym moim tatą. Pracował na kolei – w tych czasach każdy miał pracę, były pieniądze (jakieś były, ale nie było co kupić), była wódka, byli koledzy, były przekręty. Była także […]

Mój dziadek, do którego jestem rzekomo bardzo podobny twierdzi, iż za komuny było lepiej. Jego świętym prawem jest to, by tak sądzić – za komuny nie miał źle prócz faktu, iż sam, bez żony zajmował się domem, dziećmi w tym moim tatą. Pracował na kolei – w tych czasach każdy miał pracę, były pieniądze (jakieś były, ale nie było co kupić), była wódka, byli koledzy, były przekręty. Była także i młodość, teraz został już tylko sentyment.

Dziadek, gdy opowiada o tym, „jak to drzewiej bywało” dostrzegam młodzieńczy błysk w oku. Wojskowe wyczyny – w tym strącenie kiosku lufą czołgu mimo dwóch miesięcy aresztu malują na jego styranej już nieco twarzy błogi uśmiech. Czasy, które wspomina się z uśmiechem są opakowane w nostalgię, szczerą tęsknotę. Innych, lepszych nie zna. Są jego i tylko jego.

Zapomina jednak o tym, że furę dzieci było ciężko utrzymać. Że brakowało czasu, cierpliwości, pieniędzy, węgla do ogrzania malutkiego domu na zachodnim Pomorzu. Sypiącego się poniemieckiego budowlanego tworu, podobnego do wielu innych w pegeerowskim zagłębiu. Tych wokół Stargardu było wiele – do dziś ostała się jedynie „kontynuatorka” komunistycznej wizji, „Agrofirma Witkowo”. Kiedy PGR-y zlikwidowano, ludzie pogrążyli się w nędzy. Na kolei też nie było wesoło, zniknęły liczne przywileje. Zatęskniono za czasami, kiedy była praca, było biednie ale godnie. „Na święta zawsze był świniak i wódka była” – zwykli mawiać mieszkańcy okolic, w których mieszka mój dziadek.

Grass was greener

Kiedy do kiosków szedł pierwszy numer Secret Service byłem jeszcze pomarszczonym alienem potrafiącym robić dobrze 3 rzeczy: drzeć się, walić w pieluchy i spać. Na tym właściwie kończył się repertuar moich zdolności. Trudno oczekiwać, bym w niespełna miesiąc po urodzeniu potrafił coś więcej. I tak, jestem z rocznika ’93. Sentymentu do Secret Service nie mam absolutnie żadnego. Kiedy liczne turbulencje w redakcji legendy zwiastowały już rychły koniec czasopisma, ja nie byłem raczej w stanie pojąć tego, co tam było wypisywane. Dopiero 2-3 lata później sięgnąłem po pierwsze publikacje dotykające komputerów, Internetu i gier. Swego czasu czytałem CD-Action, pamiętam numer, w którym redakcja chwaliła się pełniakiem Quake II, o którego jako pełny dodatek do czasopisma było wtedy trudno. Ówcześni hejterzy nie szczędzili jednak redakcji gorzkich słów – cóż to bowiem za dodatek do gazety, skoro gra jest tak „żałośnie stara”? W domu jeszcze walają się „Tipsomaniaki”, gdyby dobrze poszukać w domu moich rodziców, to by je znalazł w pudłach.

Jednak mnie informacja o reaktywacji Secret Service ani nie ogrzała, ani nie oziębiła. Ot, grupka dinozaurów zamierza wskrzesić dawny projekt – dopóki nie zrobiła się z tego większa afera, sprawa przeszła obok mnie tak, jakby po prostu się nie wydarzyła. Ktoś w branży coś powiedział na ten temat, miałem nawet w rękach pierwszy numer, ale nic ciekawego tam nie znalazłem. Nie rozumiałem tego całego szumu wokół gazety.

Secret Service

Byli jednak ci, którzy w Secret Service patrzyli jak w zwierciadło. W tym zwierciadle byli o dekadę lub dwie młodsi, szczęśliwsi, być może piękniejsi i pełniejsi życia. Stary Secret Service był dla nich tym, czym dla mnie był Dragon Ball, oranżadka w proszku, 2 złote rzucane z okna na 4 piętrze komunistycznego bloku. Sentymentem. Myślicie, że nie przeniósł bym się z powrotem do czasów, gdy 24 czerwca oznaczał dla mnie tyle, co: „pieprznąć plecakiem do szafy na dwa miesiące i bawić do późna na dworze”? Zamieniłbym, choć na chwilę blogowanie, które naprawdę lubię, kobietę, którą kocham, Rzeszów który obecnie wypełnia praktycznie każdą część mojego życia na Gorzyce – pokomunistycznego kalekę z niedokończonym blokowiskiem, brak obowiązków, siniaki i uzielenione spodnie.

Z drugiej strony jednak za 10-15 lat będę mówił, że czasy, w których żyję teraz były lepsze. Bo nie musiałem tak ciężko zasuwać, mogłem sobie kupić kilka bułek, laskę podwawelskiej, jogurt i co więcej, przeżyć na tym calutki dzień, wyjść z kolegami na piwo do pubu, a w weekendy pokibicować Arsenalowi w Hattricku. Od kiedy się usamodzielniłem poznałem różne smaki brania za siebie odpowiedzialności. Najbardziej doceniam beztroskę, którą tak niedawno w sumie utraciłem.

Sun was brighter

Kiedy dowiedziałem się, że świat ujrzy trzecią część Fallouta mało się nie rozpłakałem. Poważnie – seria gier, którą darzę niesamowitą sympatią i niemałym sentymentem będzie kontynuowana. To zdecydowanie najlepsza wiadomość dla fana jakiejkolwiek gry. Kilka razy oglądałem trailer, który zaczynał się od utworu The Ink Spots – I don’t want to set the world on fire. Nie zastanawiałem się wtedy nad tym, czy studio, które stworzy kontynuację tej serii podoła zadaniu. W sumie, to nawet się nie rozczarowałem. Fallout 3 to dla mnie jeden z najciekawszych tytułów w mojej kolekcji, od czasu do czasu zdarza mi się jeszcze przenieść do świata, w którym „wojna nigdy się nie zmienia”.

A skoro przy grach jesteśmy – ciągle mam nadzieję, że ktoś weźmie się za kontynuację równie udanej serii gier – S.T.A.L.K.E.R. Kto nie grał, ten niech żałuje. Absolutnie nieprzyjazny i zniszczony świat, ekosystem, który zdaje się myśleć i na każdym kroku chcę Cię wysłać do piachu. Niesamowita fabuła, świetny klimat i wielka przyjemność z gry. Aż chciałoby się naprawdę usiąść ze stalkerami przy ognisku, pośpiewać do gitary i zakląć do wódki.

The Endless River

Sentyment również zadziałał u mnie w przypadku ostatniego albumu Pink Floyd, który miał być ostatecznym pożegnaniem zespołu – tutaj jednak bardzo się zawiodłem. Oczekiwałem czegoś w stylu kontynuacji The Division Bell, czegoś, co jest mi już znane. Oczekiwałem czegoś więcej, czegoś na miarę poprzednich, naprawdę genialnych produkcji. Co prawda jestem fanem „watersowskiego” brzmienia zespołu, jednak i za panowania Gilmoura muzyka tego zespołu była naprawdę „wielka”. Stąd The Endless River przesłuchałem zaledwie kilka razy – zawsze z tym samym skutkiem. Nie można powiedzieć, że to zła muzyka – jest wręcz bardzo dobra. Ale to już nie to samo.

Zły sentyment

Z punktu widzenia psychologii sentyment jest tym, co służy solidaryzowaniu społeczności. Korzystając z definicji Sarkara, sentymenty przypominają dogmaty. W przypadku Secret Service ów dogmat brzmiał: „Secret Service był czasopismem wyjątkowym”, zsolidaryzowaną grupę społeczną poniosły emocje, które zostały wykorzystane przy okazji crowdfundingu. Akcja była bardzo przemyślana i wygląda na to, że nie chodziło wcale o pieniądze. Ludzie, którzy wierzyli w prawdziwe odrodzenie się czasopisma zapłacili za to pozytywnymi emocjami, natomiast te zostały bardzo brutalnie wykorzystane przez kreatorów akcji. Podobnie, jak w polityce, gdzie bazuje się na socjosentymencie – notabene tym samym, na którym bazowała ideologia faszystowska, czy nazistowska. Porównanie może zbyt mocne, jednak sam mechanizm urastania sentymentu do niemałych rozmiarów jest bardzo podobny.

Swego czasu w Internecie modny był temat RTL7, kanału, który obrósł w legendę z powodu naprawdę dobrej jakości programów. To właśnie z powodu tej stacji w pewnym momencie podwórka robiły się puste – kto nie oglądał wtedy Dragon Balla był spychany na margines w dziecięcym środowisku. Tuż potem wychodziło się na klatki na zewnątrz lub klatki schodowe komentując wydarzenia z dopiero co obejrzanego odcinka. Niesamowity klimat. Rodzice natomiast ciepło wspominają talk-show Wojtka Jagielskiego – „Wieczór z Wampirem”, moja mama pamięta w dodatku „Sunset Beach” – w Internecie odnalazłem jeden odcinek tego serialu i powiem tak: nie wiem, co podobało jej się w tej produkcji, ale najprościej będzie wytłumaczyć to właśnie sentymentem.

Na tym programie „nadawał” także i Pan Japa, twórca dwóch programów – „Beczka śmiechu” i „Śmiechoteka”. Siostra bardzo lubiła za to „Siódme Niebo” (jak dobrze pamiętam, emitowane także przez TVP1) oraz „Alfa” – stwora z kosmosu, który cały czas czyhał na kota rodziny u której sobie pomieszkiwał.

goku-super-saiyan-dragon-ball-z-33842537-1920-1080

Wspomniany przeze mnie kanał telewizyjny zniknął z powodu cięć w firmie, która była jego właścicielem – po tym prawa do niego przejęło ITI. Tym samym RTL7 przemianowano na TVN7 – kanał powtórkowy nieprzypominający w niczym dawnego, naprawdę dobrego protoplasty.

Czy gdyby dzisiaj reaktywowano RTL7 byłby tak dobry, jak kiedyś? Pewnie nie. Zmienił się konsument treści w telewizji, zmieniły się nieco realia. To mogłoby spowodować, że nie bylibyśmy zadowoleni z tego kanału – tylko dlatego, że kierował nami sentyment. Szukalibyśmy tego, co już znamy. Tak się nie da – gra jest niewarta świeczek.

Z tego samego powodu cierpiałby Secret Service i ktoś podczas kreowania całej tej akcji dobrze o tym wiedział. Dekada to szmat czasu, zwłaszcza w świecie, którego tempo rozwoju nie słabnie. Popatrzcie, jak rozwinęły się technologie przez 2-3 lata.

Czy na aferze Secret Service ucierpi polski crowdfunding? Ciężko o tym mówić tu i teraz. Na stwierdzenie faktu obniżenia się zaufania do tego typu finansowania projektów należy poczekać kilka miesięcy. Myślę, że nie będzie tak źle, jak to się mówi teraz w mediach. Ludzie mimo wszystko szybko zapominają, a crowdfunding dalej jest świetnym modelem dotowania jakichkolwiek przedsięwzięć. Zawsze jest jakieś ryzyko – ludzie jednak je podejmują bardzo chętnie. Zwłaszcza, gdy są kierowani emocjami, jak w przypadku Secret Service. Osiągnięcie wymaganej kwoty w niespełna 20 godzin to także jakiś znak – ten mówi nam natomiast, że zadziałało wszystko to, o czym wspominałem wyżej. Zagrano na emocjach, społeczność się zsolidaryzowała i hojnie sypnęła groszem. To, co stało się potem było elementem planu, który naprawdę był nieźle przemyślany. Tu wcale nie chodziło o niczyje pieniądze – te owszem, przydały się. Większą wartością był szum, rozgłos. To, czy PIXEL da sobie radę na rynku w dalszym ciągu jest kwestią otwartą – mało kto daje mu szanse choćby dlatego, że na oparach afery trudno będzie daleko pojechać. Nie oznacza to, że PIXEL z całą pewnością zaliczy porażkę.

A to, czy kiedyś było lepiej jest kwestią dyskusyjną. Ludzie cechują się dosyć wybiórczą pamięcią – mój dziadek pamięta, że kiedyś była praca, było łatwiej, inaczej – według niego lepiej. Był także młody, miał więcej sił. Nie pamięta jednak tego, że w jego miejscowości bieda już nawet nie piszczała. Ona wrzeszczała i wyzierała z każdego kąta. Kto był cwańszy, dał sobie radę w nowych realiach. Kto nie miał tyle sprytu lub samozaparcia kończył pod sklepem „w centrum” dzień zaczynając i kończąc prytą.

Grafika: 1, 2