35

Recenzja Nokia MD-12 – głośnik za 70 zł podbił moje serce

Nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego do pomysłu recenzowania tego małego, kolorowego cholerstwa miałem stosunek mocno ambiwalentny. Bo kto przeczyta recenzję pogrobowca Nokii, którego premiera była w 2014 r.? Czy kogokolwiek zainteresują moje refleksje na temat nieprodukowanego już dziecka, martwej od dawna firmy? Moje obawy rozwiali znajomi. Rogal na twarzy kolejnej kumpeli, biegającej po domu i szukającej powierzchni, na której głośnik zabrzmi najlepiej, ostatecznie przekonał mnie, że w moim entuzjazmie nie jestem osamotnionym. Zanim przejdę do zachwytów nad tym, jak inżynierowie Nokii nagięli prawa fizyki, zdradzę efekt tych chaotycznych poszukiwań: blaszane pudełko na herbatniki.

Ten niepozorny głośnik kupiłem dla siebie. Głównie dlatego, że lubię sprzęt audio od Nokii i lubię okazje, a urządzenia ze znaczkiem Nokia można teraz kupić za śmieszne pieniądze. Świetnym przykładem są robione swego czasu z Monsterem nauszne słuchawki WH-930, które przy cenie poniżej stówki doceniła połowa mojej rodziny.

Drugim powodem była potrzeba, okraszona szczyptą geekowskiej ciekawości. Potrzeba dlatego, że mój świetnie grający Philips BR-1X jest za duży, zbyt ciężki i za krótko gra na baterii, żeby chciało mi się go ze sobą targać na co dzień. Ciekawość dlatego, że głośnik, o którym mowa dysponuje rzadko spotykaną technologią, która po trosze omija prawa fizyki, bezwzględnie ograniczające zwykłe głośniki.

Nokia MD-12

Na początek odrobina teorii. Nie zamierzam tu się wdawać w żadne wzory, czy obliczenia. Ograniczę się jedynie do dwóch, prostych truizmów dotyczących przenośnego sprzętu audio:

  • Sprzęt audio musi swoje ważyć i mierzyć. O ile tony wysokie można reprodukować za pomocą malutkiego tweetera, o tyle żeby uzyskać basy potrzeba czegoś znacznie solidniejszego. Głębokie basy wymagają przepchnięcia dużej ilości powietrza. Czy zostanie to osiągnięte przez ogromną membranę, czy niewielką ale śmigającą w dużym zakresie – to kwestia wtórna. Grunt, że tak niewielka waga, jak i niewielki rozmiar głośnika całkowicie to uniemożliwiają.
  • Druga zasada dotyczy baterii. Im większa bateria, tym głośnik większy i cięższy, za to gra po prostu dłużej lub głośniej.

Wnioski jakie płyną dla użytkownika są oczywiste. Cięższy i większy głośnik będzie grał lepiej od lekkiego i małego. Ten z krótkim czasem pracy na baterii będzie grał głośniej i z lepszymi basami niż podobnie duży z dłuższym czasem pracy na baterii. To także przekłada się bezpośrednio na cenę. Duże urządzenie (większy głośnik, większa bateria) będzie kosztował więcej niż mały. Zaoferuje większe możliwości, kosztem jednak znacznie ograniczonej mobilności. To taka żelazna zasada –  jeśli chcecie kupić mały i dobrze grający głośnik – musicie kupić dwa.

Nokia MD-12 - specyfikacja

Tutaj pojawia się nasz bohater: Nokia MD-12. Sprzedawane w kilku prawdziwie wyrazistych kolorkach, komunikujące się dyskretną diodą i melodyjnymi pochrząkiwaniem urządzenie ma wiele uroku. Moim zdaniem jest śliczne. Malutki, wielkości krążka do hokeja (38x84mm) i lekki głośnik (ważący tyle co przeciętny smartfon – 180g), łatwo mieści się w dowolnej kieszeni. Wystarczy jednak wczytać się w specyfikacje, żeby zdać sobie sprawę z tego, że coś jest tutaj nie tak.

Pierwsze co budzi uzasadnione wątpliwości to 15 godzin pracy na baterii. Nie to, żeby niemożliwym było zapchanie głośnika samymi bateriami. Skoro jednak konkurencja – nieco mniejszy JBL Go lub podobny wagowo JBL Clip – oferuje tylko odpowiednio 5 i 8 godzin, daje to do myślenia.Drugie co zastanawia to reklamowany „głęboki dźwięk”. Skoro producent zapchał głośnik bateriami, to skąd miejsce na dużą, basową membranę? Jak malutki głośniczek miałby przepchnąć to całe powietrze potrzebne do reprodukcji basów lub czy choćby tonów średnich?

Kluczem do zagadki jest „bass actuator”. Nasze niepozorne maleństwo, poza wysokotonowym, faktycznie niewielkim głośniczkiem na górze, dysponuje osobnym, znajdującym się na dole „serwomechanizmem ze sprzężeniem magnetycznym”. Nieduży okrągły element na dnie głośnika porusza się i wibruje wraz z muzyką, a gumowa podstawa przekazuje te ruchy bezpośrednio na podłoże, wykorzystując je w charakterze dodatkowej membrany. Efekt naprawdę zadziwia.

Dopóki trzymamy głośnik w ręce, poza dziwnym wrażeniem (głośnik silnie drga i wibruje) i płaskim dźwiękiem niczego więcej nie otrzymamy. Jeśli jednak położymy go na płaskiej, rezonującej powierzchni dźwięk nieoczekiwanie nabiera głębi. Co zabawne, każda powierzchnia daje nieco inny efekt – o ile gruby, kamienny parapet da efekt dość mizerny, o tyle dobrze rezonująca cienka półka pozwoli cieszyć się dźwiękiem naprawdę niezwykłym, jeśli się nań spojrzy przez pryzmat gabarytów sprzętu.

Co jednocześnie zabawne i użyteczne, głośnik jest magnetyczny. Nie tylko mocno rozszerza to możliwości eksperymentowania z jego umiejscowieniem (np. na lodówce lub mikrofalówce), efekty dźwiękowe związane z mocno rezonującą powierzchnią blaszaną, zdecydowanie zachęcają do podobnych eksperymentów.

Rezygnując z jednej, dobrej imprezy i wydając nasze ciężko zarobione 70 zł na głośnik od Nokii, faktycznie otrzymujemy coś w zasadzie niemożliwego. Znajdujące się w malutkim,  atrakcyjnym opakowaniu, całkiem niezłe doznania muzyczne, którymi możemy się cieszyć przez imponujące 15 godzin. Zbyt fantastyczne żeby było prawdziwe? Cóż, w tej beczce miodu znajdziemy więcej niż jedną łyżkę dziegciu.

O najważniejszej wadzie już wspomniałem. Bez właściwej powierzchni, głośnik nie brzmi wcale. Doznania muzyczne, jakie otrzymujemy są lepsze od tych z telefonów, ale już niejeden laptop oferuje znacznie bogatsze. Trzymany w ręku, lub leżący na kocu/materacu/trawie/poduszce itp. głośnik nie tylko gra gorzej od wspomnianej wyżej średniopółkowej konkurencji, lepiej zabrzmi także dowolny, kupiony za te 20$ głośnik z Aliexpress. Może nie przez 15 godzin, ale jednak.

Druga wada jest już mniej oczywista. Głośnik potrafi tańczyć i żyć własnym życiem. Wszystko zależy od poziomu głośności i sztywności powierzchni, niemniej przy podkręceniu na maksa bogatego w basy kawałka, głośnik zaczyna skakać. To nie tylko denerwujące, taki wędrujący głośnik prędzej czy później opuści bezpieczne tereny półki czy stolika. Pal diabli jeśli spadnie na ziemię. Solidna konstrukcja i dobre materiały dość dobrze chronią sprzęt przed uszkodzeniem (sprawdzone). U mnie w sypialni najlepiej działa na półce nad wezgłowiem łóżka. Na półce. Nad głową. Perspektywa oberwania nim w czerep nie wydaje się zbyt zachęcająca.

Jego używanie zatem wymaga nieco wyobraźni. Nawet jeśli dostosujemy poziom głośności do wymagań powierzchni, zawsze może zdarzyć się na playliście kawałek, przy którym głośnik komicznie podrygując zjedzie po lodówce do samej ziemi. Dodatkowym ograniczeniem jest niezbyt przyjemny kontakt z wibrującą powierzchnią. Lepiej nie trzymać głośnika tuż przy opartym na biurku łokciu.

Mniej istotną, moim zdaniem wadą jest brak częstych w nowszych konstrukcjach wodotrysków. Głośnik nie pozwala na łączenie z innymi, nie pozwala na logowanie dwóch urządzeń na raz, nie zadziała jak powerbank. Poza przyciskiem power (można nim odbierać i kończyć rozmowy) nie umożliwia też żadnego sterowania dźwiękiem czy głośnością. Problemem także jest sprawdzenie stanu baterii – jej poziom widoczny jest chyba wyłącznie na telefonach z Windows Mobile (ani na Androidzie, ani na iOSie nie odnalazłem odpowiedniej ikonki na wyświetlaczu).

Dla kogo jest głośnik?

Dla kogoś, kto nie słucha bardzo głośno muzyki – głośnik bynajmniej cichy nie jest (max 95 dB), jednak jeśli nie chcemy, żeby żył własnym życiem musimy poziomem dźwięku operować raczej w okolicach 80% (na gorzej rezonujących powierzchniach) .

Dla kogoś, kto nie może lub nie chce codziennie go ładować. Te obiecywane 15 godzin jest oczywiście przy normalnej głośności nierealne, niemniej nadal imponujące 10 h udaje się spokojnie wyciągnąć. To pozwala ładować sprzęt raz na parę dni, lub zapomnieć o ładowarce podczas parodniowego wyjazdu.

Dla kogoś, kto chciałby nosić głośnik w kieszeni. Jego niewielka forma i waga, sprawia, że bez jakichkolwiek wyrzeczeń można dorzucić go do plecaka, nawet jeśli planujemy sporo chodzenia. Także wrzucony do bagażu podręcznego w Wizzarze, nie zajmie połowy torby i nie zmusi do rezygnacji z innych, nie mniej ważnych elementów bagażu.

Zamiast wymyślać czysto teoretyczne scenariusze, opowiem jak ja go używam. Głośnik noszę ze sobą po domu. Fajnie brzmi przyklejony na pralkę w czasie porannych ablucji lub dłuższej nasiadówki na tronie. Dobrze sprawdza się też na szklanej półce, umilając rytuał godzinnego relaksu w gorącej wannie. W sypialnie na półce, w kuchni na blaszanym pudełku na ciastka – wszędzie w domu udało mi się znaleźć fajną powierzchnię, na której pomarańczowe maleństwo pokazuje pazurki.

Podobnie jest w biurze i rozlicznych, dość dziwnych miejscach gdzie zdarza mi się pracować. Blaszany parapet, bok pieca kumulacyjnego, szklana pokrywa zlewu w przyczepie campingowej – jak dotąd zawsze udaje mi się znaleźć dobrze działającą powierzchnię. Nawet w plenerze, gdzie co do zasady, głośnik powinien być bezużyteczny, udaje się czasem go wykorzystać (np. na masce samochodu).

Z czysto kronikarskiego obowiązku muszę wspomnieć o trybie głośnomówiącym. O ile jakoś nigdy nie udało mi się go wykorzystać w większych głośnikach, tak na trzymanym w kieszeni maleństwie zdaje się mieć więcej sensu. Znacząco głośniejszy niż tryb głośnomówiący w telefonie, nawet w samochodzie powinien dać sobie radę w stopniu bardziej niż zadowalającym.

Na koniec mała uwaga natury praktycznej. Kupując takie leciwe konstrukcje, należy liczyć się z tym, że musiały ona przeleżeć swoje w magazynach, nie zawsze w optymalnej dla trwałości baterii temperaturze. Ja swój głośnik dostałem kompletnie i dokumentnie rozładowany. Dopiero po paru godzinach z ładowarką, głośnik zaczął dawać oznaki życia. Na szczęście bateria nie uległa uszkodzeniu i wygląda na to, że ciągle działa w sposób zbliżony do zapewnień producenta. W razie problemów pocieszający jest fakt, że w środku znajdziemy typową i bardzo łatwo dostępną baterię BL-5C, a jej wymiana wymaga tylko dostania się do 2 leżących pod gumą po przeciwległych stronach, śrubek. Ich zlokalizowane, jak widać na zdjęciu nie sprawia większych trudności.

Głośnik MD-12 Nokia 

Zalety:

  • Niewielkie wymiary – 38×84 mm, przy 180g
  • Bardzo długi czas pracy – 15 godzin
  • Świetny wygląd, żywe kolory
  • Głęboki dźwięk (jak na takie maleństwo) na odpowiedniej powierzchni
  • NFC (szybkie parowanie, zaczyna grać po pacnięciu, przestaje po kolejnym).
  • Dyskretna dioda oraz przyjemne komunikaty dźwiękowe
  • Dobrze działający tryb głośnomówiący
  • Wbudowany magnes pozwalający na użycie powierzchni metalowych, nawet tych pionowych.

Wady:

  • Skoki, hołubce i podrygi przy dużej głośności
  • Płaski dźwięk bez odpowiedniej nawierzchni
  • Niewielka, użyteczna głośność muzyki
  • Brak elementów chroniących przed upadkiem (choć sam głośnik okazuje się bardzo solidny)
  • Brak zabezpieczenia przed wodą, wilgocią lub pyłem
  • Brak sygnalizacji stanu naładowania na innych niż WM systemach mobilnych.

Podsumowanie. Mimo lat jakie ma na karku, głośnik okazuje się zadziwiająco fajną propozycją, a przy dzisiejszej cenie 70 zł (pierwotnie 3 razy tyle) stosunek jakości do ceny, także wydaje się bezkonkurencyjny. Sprzęt oczywiście ma swoje wady, jednak główna zaleta, jaką jest technologia wykorzystywania podłoża jako membrany, moim zdaniem znacznie te wady przewyższa. Szczególnie, że na rynku próżno szukać podobnych rozwiązań. Nie jest to dźwięk dla wymagających, oczywiście także nie dla audiofilów. Da jednak sporo radości komuś, kto chciałby posłuchać muzyki lub ścieżki filmu na czym znacząco lepszym niż głośnik telefonu czy tabletu. Ja głośnik uwielbiam, szczerze rekomenduję i zachęcam do testów. W końcu zawsze można odesłać zakup w ciągu ustawowych dwóch tygodni.

 

W poprzedniej wersji artykułu pojawiły się niestosowne sformułowania, które nigdy nie powinny zaistnieć na łamach Antyweba. Redakcja przeprasza za ich użycie i dopilnuje, by w przyszłosci podobna sytuacja nie miała miejsca.