99

Napisy do seriali i filmów to bylejakość w czystej formie. Jesteśmy skazani na ten chłam

Czy Polacy mają problem z językiem angielskim? Można odnieść wrażenie, że to spore wyzwanie dla autorów tłumaczeń filmów i seriali, chociaż w ich przypadku wyzwanie stanowi czasem także język polski. Ciężko zrozumieć, jak się to dzieje, ale napisy przygotowywane dla produkcji kinowych i telewizyjnych są coraz gorszej jakości, czasem pachnie to totalną amatorszczyzną. Kolejna sfera życia, w której górę wziął rachunek ekonomiczny i hasło "byle szybciej, byle taniej, byle jak"?

Napisy do filmów i seriali to temat rzeka – nie odkrywam tego tematu, żarty z niego są naprawdę stare. A skoro tak, to skąd moje zdziwienie? Ano stąd, że jeszcze kilka lat temu na pytanie o rozwój tej działki, odpowiedziałbym, że będzie lepiej, że pewnie niedociągnięcia zostaną wyeliminowane, nastanie okres profesjonalizacji. Oj, jaką naiwnością bym się wówczas wykazał! Przez te kilkanaście kwartałów sytuacja nie uległa wyprostowaniu – ona doznała jeszcze większego wygięcia.

Może ktoś jest niezorientowany i spyta: ale o co chodzi? Odpowiadam: o błędy. Zauważam je w tłumaczeniach z angielskiego, bo ten język znam jako tako, to w nim nakręcono zdecydowaną większość seriali i filmów, jakie oglądam. I chociaż decyduję się na projekcje z napisami, coraz częściej łapię się na tym, że nie patrzę na tłumaczenie. I nie wynika to z dużych umiejętności lingwistycznych – po prostu tekst serwowany jako tłumaczenie jest nie do przyjęcia. Jakie błędy są popełniane?

Wyliczanka krótka nie jest, bo zaczyna się od błędów ortograficznych, czasem wręcz zatrważających, potem są niedokładne tłumaczenia, skracanie dłuższych wypowiedzi do kilka słów, a na końcu znajdziemy całkowity brak zrozumienia tego, co chciał przekazać bohater – napisy sugerują coś zupełnie innego niż powiedziała postać na ekranie. Trafiałem na seanse, gdy scena była zaburzana, totalnie niezrozumiała, bo źle wykonano napisy, tłumaczenie. W pamięci zapadł mi chociażby pokaz Jackie, pozycji, która niedawno pojawiła się w serwisie Showmax. Autor albo nie przyłożył się do pracy i machnął ręką na to, co mówi aktorka, albo totalnie nie zrozumiał jej słów.

Najśmieszniejsze (najtragiczniejsze) jest to, że nie mówię tu o jakichś napisach tworzonych dla serwisów pirackich, lecz o tłumaczeniach dla serwisu Netflix czy dla kin. Wspominałem wczoraj, że w ciągu roku zaliczyłem kilkadziesiąt wypraw do kina, więc miałem okazję przyjrzeć się zjawisku. Film puszczany w sieci kin z błędami ortograficznymi? Z tłumaczeniem, w którym nie oddaje się intencji osoby wypowiadającej daną kwestię?

Ja naprawdę nie wymagam tego, by za każdym razem powstawały perełki, by tłumacze wznosili się na wyżyny np. w tłumaczeniach żartów – wiem, że to jest bardzo trudne i trzeba mieć talent. Nierzadko odnoszę jednak wrażenie, że za tą pracą stoją automaty Google, bo znaczenie słów dobierane jest w przypadkowy sposób. Wiele osób w przypływie złości i rozczarowania skupi się na języku oryginalnym. Ale to nie jest rozwiązanie masowe, bo angielski to dla pokaźnej części społeczeństwa czarna magia. Pojawia się przy tym jeszcze jeden problem: skoro tak dzieje się w przypadku języka angielskiego, można założyć, że z tłumaczeniami z innych języków nie jest lepiej. Gdy zatem oglądamy niemiecki Dark czy hiszpański Dom z papieru, dziać mogą się różne rzeczy…

Skąd się bierze ta bylejakość? Najprostszą odpowiedzią jest pewnie kasa: ma być tanio i szybko. Po co zatrudniać fachowców i płacić uczciwie, skoro może to zrobić każdy chętny. Albo ten, kto weźmie najmniej. Klienci może i narzekają, może wylewają żale w Internecie albo tworzą memy i drwią, ale ostatecznie wracają: po kolejny film, kolejny serial. Wyniki się zgadzają. A skoro w nich nie widać różnicy, po co przepłacać? Niestety, rozwiązanie często stosowane w obecnych czasach. I wydaje się mało prawdopodobne, by coś miało się tu zmienić…