46

Kompletnie nie tęsknię za klasycznym aparatem fotograficznym

W obserwowaniu technologii uwielbiam to, jak zmienia nasze życia. Robienie zdjęć to oczywiście drobiazg, ale przyznacie, że bardzo przyjemny i potrzebny. Sam przeżyłem przesiadkę z klasycznego aparatu na cyfrówki i kompletnie nie tęsknię za chodzeniem do fotografa z przewiniętym filmem.

Niektóre wiadomości ze świata technologii mocno mnie zaskakują. Jedną z nich jest informacja o tym, że sprzedano właśnie ostatni klasyczny aparat Canona. Wiecie – taki, do którego wkładało się film, a następnie wywoływało z niego zdjęcia. Chodziło model EOS-1V, czyli model, który firma przestała produkować osiem lat temu. Od tego czasu wyprzedawano po prostu zamagazynowane egzemplarze. Czemu jestem zaskoczony? Kto w 2018 roku chciałby kupować takie urządzenie?

Cyfrowa rewolucja

Chciałbym napisać „miałem fantastycznego Kodaka 735”, ale to był przecież sprzęt rodziców, którego czasem mogłem używać. To pierwszy i jedyny „aparat automatyczny”, który mieliśmy, działa do dziś. Nazywano go „aparatem dla głupich” – wystarczyło bowiem załadować tak zwany film do aparatu i cykać zdjęcia. Oczywiście kilka zawsze nie wyszło, ale urządzenie nie nigdy nie szwankowało mimo upadków. Od lat leży nieużywane gdzieś głęboko w szafie. Minusy? Jak możecie się domyślić – brak możliwości podejrzenia zdjęcia, choć tak naprawdę nikt wtedy nawet o tym nie myślał. No i wywoływanie, tylko u fotografa – za niemałe pieniądze.

aparat Kodak Star 735

Rewolucja w robieniu przeze mnie zdjęć przyszła na pierwszym roku studiów. Za kilka stówek udało mi się kupić pierwszą cyfrówkę. Nie mam pojęcia gdzie jest, nie pamiętam też „firmy krzak” której małe logo było gdzieś na kiepskiej jakości plastikowej obudowie. Aparat nie posiadał ani slotu na karty pamięci, ani ekranu do podglądu. Zrobione zdjęcia trzymała pamięć wewnętrzna, która czyściła się po wyciągnięciu dwóch baterii AA. Sprzęt o tyle zabawny, że wiele zdjęć wychodziło fatalnie, można ich było zrobić około 24 później trzeba było podłączyć sprzęt aparat do komputera i zrzucić je na dysk. A to też nie zawsze się udawało, bo przynajmniej kilkanaście razy – zupełnie bez powodu – pamięć się wyczyściła, a fotki przepadły. Nastrzelałem ich jednak przez dwa lata naprawdę sporo i gdzieś tam pozwoliły mi zapisać wiele świetnych wspomnień. W fatalnej rozdzielczości, ale pamiątka to pamiątka. Pamiętam jednak, że kiedy znajomi usłyszeli „cyfrówka” chcieli już obejrzeć fotki na ekraniku, bo powoli pojawiały się w sklepach konkurencyjne urządzenia z taką możliwością.

Po dwóch latach przesiadłem się na jeden z tańszych modeli PowerShot od Canona i podobnie robili znajomi, prawie całkowicie rezygnując z klasycznych aparatów. I to już była cyfrówka z prawdziwego zdarzenia – zapisywała zdjęcia na karcie CF, posiadała również wyświetlacz, na którym można było je podejrzeć.

Później zacząłem robić zdjęcia telefonami, choć skusiłem się jeszcze na jeden zakup – mały kompakt Samsunga, dokładnie model ES55. Ostatecznie używałem go naprawdę sporadycznie i leży w szufladzie we wręcz idealnym stanie. Oferował więcej niż telefony i moje pierwsze smartfony, ale był dodatkowym urządzeniem, które trzeba ze sobą zabrać. A to były czasy, gdy dążyliśmy do ograniczenia zabieranych ze sobą sprzętów, rezygnowaliśmy i z aparatów, i z odtwarzaczy MP3 na rzecz telefonów właśnie. Później miałem jeszcze romans z Canonem, dokładnie lustrzanką 600D, na której uczyłem się kręcić wideo. Zabieram ją jeszcze czasem na wakacyjne wyjazdy, bo mimo kitowego, słabego obiektywu, ma naprawdę fajną plastykę obrazu.

lustrzanka Canon 600D

Liczy się przede wszystkim wygoda

Nie żałuję, że klasyczne aparaty fotograficzne przeszły do lamusa, w ogóle za nimi nie tęsknie. Pamiętajcie jednak, że nigdy nie byłem power-userem, nie bawiłem się w fotografa i nie miałem strony czy profilu Paweł Winiarski Photography. Zdjęcia zawsze miały przede wszystkim zapamiętywać chwile, więc i aparat powinien być mały, szybki i bezproblemowy w użyciu – nawet kosztem jakości samej fotki. Skoro więc wychowałem się na automacie, który mimo używania normalnego filmu, robił wszystko za mnie – to całkowite przejście na robienie zdjęć smartfonem było dla mnie naturalne. Podobnie jak cała masa ludzi byłem niezbyt wymagającym klientem, dla którego liczyła się przede wszystkim wygoda, dlatego nigdy prywatnie nie sięgał po profesjonalne i półprofesjonalne rozwiązania. A zalet przejścia na cyfrówki było więcej niż wad. Powiecie, że brak papierowego zdjęcia, które można włożyć do albumu to największa z nich. Wywołanie fotki do klasycznej formy jest jednak tak tanie i proste, że naprawdę nie ma czego żałować.

Z uśmiechem na ustach obserwuję jak wciąż sprzedają się takie retro-sprzęty, szczególnie urządzenia, które podobnie jak kiedyś Polaroid, oferują papierowe zdjęcie po kilku chwilach. Kompletnie nie przemawia do mnie taka zabawa, ale najwidoczniej nie jestem tak zwanym targetem. Może jeszcze kiedyś pobawię się filmem i oddam zdjęcia do fotografa, odbierając je potem w kolorowej kopercie. Teraz pamiętam to jednak jako znaczący wydatek, który w połączeniu z ceną filmu sprawiał, że trzeba było rozważnie cykać każdą fotkę. Ale to wszystko miało swój urok, tylko nie jestem przekonany czy warto do tego wracać i psuć sobie świetnych wspomnień z przeszłości.

źródło

grafika

grafika