35

„Kina idą na rekord”. A mówili, że ten biznes padnie przez piratów…

Weekend przyniósł ciekawą informację: ten rok może być bardzo udany dla kin w Polsce. Z nawiązką może zostać pobity zeszłoroczny rekord, gdy sprzedano ponad 40 mln biletów. Biznes się kręci. W tym momencie przypominam sobie pewien tekst sprzed blisko dwóch lat, w którym Autor wskazywał na trudną sytuację kin tracących widzów przez piractwo. Piraci raczej […]

Weekend przyniósł ciekawą informację: ten rok może być bardzo udany dla kin w Polsce. Z nawiązką może zostać pobity zeszłoroczny rekord, gdy sprzedano ponad 40 mln biletów. Biznes się kręci. W tym momencie przypominam sobie pewien tekst sprzed blisko dwóch lat, w którym Autor wskazywał na trudną sytuację kin tracących widzów przez piractwo. Piraci raczej nie zniknęli, a bileterzy w kinach na brak pracy nie mogą narzekać…?

Część z Was może pamiętać tekst przywołany we wstępie. Można go odświeżyć lub zapoznać się z treścią klikając tutaj. Jednocześnie zachęcam do przeczytania odpowiedzi, którą popełniłem parę dni później. Już wtedy przekonywałem, że trudna sytuacja kin (wg autora) nie jest efektem pogłębiającego się piractwa. To złożony problem, w którym trudno o wskazanie jednego winnego. Dlaczego ludzie mają chodzić do kin, jeśli puszczane są w nich słabe filmy? Dlaczego mają oglądać kilkadziesiąt minut reklam przed seansem, jeśli zapłacili sporo za bilet? Dlaczego ktoś uważa, że każdego Polaka stać na to, by regularnie wybierać się z rodziną do kina? W końcu: dlaczego nie przyjmiemy, iż zmiany wynikają z postępu technologicznego, ale nie ma w tym nic złego?

Rekord goni rekord

Mógłbym, tłumaczyć spadek liczby sprzedawanych biletów i bronić społeczeństwa, które „woli darmowe, bo z Sieci”, ale nie muszę tego robić. Jak już pisałem, w weekend czytałem o świetnych wynikach wykręcanych przez branżę. W roku 2014 sprzedano po raz pierwszy ponad 40 mln biletów, w tym roku wynik może być lepszy nawet o 10%. A byłoby ponoć jeszcze lepiej, gdyby nie gorące lato i wybory (przestrzeń reklamowa zostanie wykorzystana przez polityków, promocja filmów skurczy się). Tak przynajmniej czytam w sobotniej Gazecie Wyborczej.

W tym roku nie było jeszcze filmu, który pod względem liczby sprzedanych biletów ścigałby zeszłorocznego zwycięzcę, czyli polski film Bogowie. Ale jesień przynosi kilka mocnych pozycji, wśród nich znajdziemy i nowego Bonda, czyli Spectre i kolejną część Gwiezdnych Wojen i kontynuację Listów do M., które kilka lat temu były kasowym hitem. Jest kilku kandydatów do trafienia na tegoroczne podium, może nawet do przejęcia palmy pierwszeństwa (obecnie dzierży ją Pięćdziesiąt twarzy Greya). Polacy ruszą do kin, tłumnie zasiądą w fotelach dzierżąc w rękach popcorn i dadzą zarobić przedsiębiorcom działającym na tym rynku.

Piractwa nie pochwalam, ale nie dajmy się zwariować

Święty nie jestem, swego czasu sporo rzeczy oglądałem dzięki „dobrodziejstwom” Sieci. Dzisiaj staram się tego nie robić, jeśli mogę, wyciągam portfel. Innych też do tego zachęcam i nie ma sensu powtarzać z uśmiechem, że te działania są legalne, że nie łamie się prawa. Po co dostarczać argumenty instytucjom typu ZAiKS, które dążą do tego, by opodatkować np. smartfony. Nie napisze, że piraci powinni czuć się rozgrzeszeni, że twórcy muszą być im wdzięczni, bo w ten sposób szerzy się ich dorobek i poszerza się grono fanów.

Jednocześnie jednak nie będę grzmiał, że kultura się kończy, bo funkcjonuje piractwo, że autorzy i firmy działające na tym rynku są skazani na śmierć głodową. Przeczą temu m.in. wyniki sprzedaży biletów, które jeszcze dwa lata temu miały być dowodem na apokaliptyczną wręcz rolę piractwa. Ciekawe, ilu zagorzałych przeciwników tej formy zdobywania treści, swoistych uczestników krucjaty przeciw cyfrowym złodziejom, przywoła w tej dyskusji najświeższe dane dotyczące sprzedaży biletów…?

Grafika tytułowa: Kadr z filmu Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka