14

Kiedy klasyczna forma wygrywa z innowacją – zwodniczy postęp

Rozwój technologii, czy ogólnie postęp, z natury jest trudny do kontrolowania i przewidzenia. Dość często zdarza się, że zarówno dla producentów, jak i użytkowników bywa zdradliwy. Inwestycje poczynione w R&D, nowe fabryki, okazują się nietrafione, podobnie jak nietrafione zakupy czegoś, co sądziliśmy, że jest nam potrzebne, a okazało się zbędne lub zwyczajnie się nie sprawdziło. Z drugiej strony wszyscy chcemy nowych rozwiązań, ekscytujących technologii, zmiany. Kto dzisiaj chciałby funkcjonować, bez smartfonu, bez internetu, albo bez prądu?

Postęp o którym marzymy nie sprawdza się w praktyce

Marzeniem całego pokolenia lat 80 i 90 ubiegłego wieku był obraz trójwymiarowy. Były to czasy, kiedy prezentowano wideofon, jako szaloną technologię przyszłości. Kto pamięta program Beyond 2000? Tu swoją drogą mamy kolejny rodzaj innowacji – pojawiła się w naszych życiach w sposób tak naturalny, że na żadnym etapie nie budziła ekscytacji, tylko od początku była czymś zwyczajnym – Skype, a teraz wszelkiego rodzaju wideo-rozmowy można prowadzić na tysiąc sposobów. Czasami z tego korzystamy, ale sporadycznie. Ot, nic szczególnie specjalnego mogłoby się wydawać.

Wracając do trójwymiarowego obrazu – wydawało się, że gdy już nastąpi, będzie spełnieniem marzeń każdego geeka szczególnie, ale i zwykłego Kowalskiego. Od gier, które z czasem z natury stały się trójwymiarowe, a więc i obraz trójwymiarowy powinien być dla nich naturalnym medium, aż po filmy, które pozwolą na imersje jak nigdy wcześniej. Pamiętam jak latami czekałem, aż moje marzenie się ziści i spopularyzuje.

Doczekałem się i jak to się skończyło, wszyscy wiemy. Telewizory, monitory i projektory 3D są do kupienia w każdym niemal sklepie i nikogo to nie obchodzi. Producenci stracili ostatnią nadzieję i wycofują się z tej funkcji, nawet jako dodatku, który chociaż zbędny, to raczej nie wadzi. Problemów z technologią było wiele, z niewielką ilością dostępnych materiałów 3D na czele. Najważniejszy problem był jednak taki, że obraz 3D jest kłopotliwy i męczący, a wrażenia wcale tych minusów nie rekompensują. Doszło do tego, że coraz częściej z rozmysłem wybieram seanse w kinie, które są pozbawione efektu 3D i niewygodnych okularów.

W tym samym czasie wyższe odświeżanie i wyższa rozdzielczość klasycznego, płaskiego obrazu święci triumfy. Okazuje się, że 120 Hz czy 144 Hz w grach i obraz 4K robią różnicę. Nie jest o przełom, bez którego nie można żyć, ale z pewnością zaleta, krok na przód, pozbawiona oczywistych wad, poza koniecznością uzbrojenia się w większa moc obliczeniową i większą ilość miejsca na dysku. To są jednak rzeczy, które też się nieustannie rozwijają, bez względu na pojawienie się obrazu 4K, 6K i tak dalej.

Technologia umożliwia coś, co nie było wcześniej możliwe, a wygrywa i tak klasyczna forma

Wiele urządzeń, które powstały dawno temu – dawno z perspektywy rozwoju technologii, bo wciąż mówimy o latach 80 ubiegłego wieku, miało formę wynikającą wprost z ograniczeń technologicznych. Weźmy za przykład laptopy. Toshiba T1100, która była pierwszym laptopem szeroko dostępnym na rynku, powstała w 1985 roku, a mimo to mocno przypomina dzisiejsze laptopy. Ma ekran LCD, zamykany w formie klapy na klawiaturę. Co prawda ma też procesor Intel 80C88 taktowany zegarem 4.77 MHz i 256 kB RAM, jest wielka i ciężka, oraz kosztowała 1899 dolarów, ale to wciąż konstrukcja dzisiejszego laptopa, po 32 latach nieustannego rozwoju. Owszem, dzisiejsze mobilne komputery są cieniutkie, lekkie, niemal bezgłośne i w porównaniu do Toshiby T1100 niewyobrażalnie wręcz szybkie, ale paradygmat pracy pozostał bez zmian, pomijając interfejs graficzny i obsługę myszki.

Wydawać by się mogło, że szalona miniaturyzacja, oraz najwyższej klasy dotykowe ekrany, które zostały rozwinięte przy okazji tworzenia smartfonów, przekształcą laptopy w coś zupełnie innego. Nowa technologia miała uwolnić nas od formy, która została laptopom nadana trzy dekady temu niejako przymusem ograniczeń technicznych. Producenci rozpoczęli kampanie marketingową laptopów konwertowalnych. Ostatnio słyszałem na prezentacji, że „Polacy pokochali urządzenia konwertowalne”.

I wiecie co? Ja po 3 latach z urządzeniem tego typu właśnie wracam do całkowicie klasycznego laptopa o konstrukcji sprzed 30 lat – z matowym, niedotykowym ekranem i na stałe podłączoną klawiaturą, która umożliwi regulowanie nachylenia ekranu pod dowolnym kątem. Do tego nie będzie to super smukły ultrabook, tylko pełnowymiarowy, 15 calowy laptop ważący 2,5 kg – od kiedy więcej zajmuje się montażem wideo, potrzebuję klasycznej, surowej mocy obliczeniowej. Przy okazji sobie od czasu do czasu zagram w coś poza domem, zgodnie kodeksem PC Master Race.

To nie jest tak, że nowa forma nikomu i do niczego się nie przydaje. Dotyk bywa wygodny i szybki w niektórych sytuacjach. Możliwość odczepienia ekranu, albo odwrócenia ekranu na lewą stronę i przeglądania w wygodny sposób plików PDF w okładzie pionowym, może być super wygodne dla ludzi pracujących z dokumentacją, czy studentów. Wiele dałbym za możliwość korzystania z takiego sprzętu na studiach. Nie twierdzę w żadnym wypadku, że urządzenia konwertowale są podobnym przypadkiem, jak telewizory 3D. Po prostu można by się spodziewać, że tak daleko idące zmiany w podzespołach i ekranach dotykowych, zmienią drastycznie konstrukcje powstałą w latach 80 ubiegłego wieku. Tym czasem ja nadal wolę swobodę regulacji kąta nachylenia ekranu i jego stabilność podczas trzymania laptopa na kolanach, niż tablet z odczepianą klawiaturą, z podpórką z tyłu. Gdybym był uzdolniony manualnie, pokochałbym tablet z piórem, bez wątpienia. A tak nic nie zaspokaja moich potrzeb lepiej, niż nieekscytujący, standardowy, klasyczny laptop.

W przypadku smartfonów taką rewolucją miały być urządzenia modularne. Jest sporo argumentów za, jest powód, dla którego byłoby to dla użytkowników fajne. Jednak najważniejsze projekty tego rodzaju zostały anulowane i nadal wygrywa telefon, w którym nie można wymienić nawet baterii. Konstrukcja jest mniejsza, smuklejsza, lżejsza. Producent ma kontrolę od początku do końca nad produktem, który sygnuje swoją marką.

Przyzwyczajenie wygrywa z postępem

Oczywiście nie jest tak, że każdy projekt z przeszłości jest formą doskonałą, pomimo ograniczeń technologicznych i ta bliskość doskonałości jest głównym czynnikiem powstrzymującym zmianę. Sztandarowym przykładem jest tutaj układ klawiatury komputerowej, który wywodzi się z klawiatury maszyny do pisania. Ta z kolei została zaprojektowana tak, aby najczęściej występujące obok siebie litery w słowach, były jak najbardziej oddalone od siebie na klawiaturze, dzięki czemu można było uniknąć wzajemnego klinowania się ramion wybijających czcionki przez taśmę nasączoną tuszem. Jest to więc układ daleki od takiego zoptymalizowanego pod kątem szybkości pisania, czy choćby intuicyjności alfabetycznego układu.

Problem w tym, że w chwili obecnej jak i w przyszłości są setki milinów ludzi przyzwyczajonych latami do pisania na starym układzie klawiatury i wprowadzenie nowej, rewolucyjnej klawiatury nie będzie nigdy możliwe. Niewykluczone, również, że zyski płynące zmiany przy dzisiejszych technologiach wprowadzania tekstu są na tyle małe, że jednak nieopłacalne i lepiej skupić się na zupełnie nowych metodach wprowadzania tekstu, pomijając półśrodki. Głosowe wprowadzanie tekstu jest już na zaskakująco wysokim poziomie. Kto wie, czy nie doczekamy się odczytywania treści prosto z myśli.

Niewykluczone jednak, że ludzie potrzebują pewnego tarcia w przekazywaniu myśli na tekst, w postaci spowalniającego pisania po papierze, lub wciskania guzików, litera po literze. Właśnie ten proces pozwala nam formułować przekaz w formie zrozumiałej i skondensowanej. Każdy wie, jak bardzo różni się swobodna mowa, od spisanego w skupieniu tekstu. Jeśli nie będziemy potrafili wytrenować się w myślowym dyktowaniu treści, nowa metoda może skończyć, jak telewizory 3D, albo w najlepszym wypadku tablety, które niektórym się przydają, ale daleko im do wszechstronności i niezbędności zwykłych laptopów czy smartfonów. Wraz z rozwojem coraz częściej to ludzie będą ograniczeniem, a nie technologia.

Terror szybkiego postępu

Nawet jeżeli postęp jest potrzebny i oczekiwany, niesie ze sobą wysoką cenę. Nie mam tu na myśli wyłącznie kosztów R&D, fabryk, zatrudniania najlepszych fachowców, czy eksperymentowanie z dziesiątkami projektów, z których niewielka część okaże się statecznie udana.  Mam na myśli koszty nam, zwykłym użytkownikom, najbliższe. Jeszcze w 2011 roku opublikowałem na AntyWeb tekst pod tytułem „Żyjemy w czasach beta„. Gonitwa za nowym powoduje, że na żadnym etapie technologia nie ma szans dojrzeć. Zanim doczekamy się optymalizacji, usunięcia błędów, pojawia się nowsza wersja obarczona błędami wieku dziecięcego. Proces się powtarza i nieustannie korzystamy z rzeczy jedynie na tyle dopracowanych, na ile jest to konieczne, aby daną aplikację czy urządzenie zaakceptować.

Jeśli coś jest stosowane na szeroką skalę, to prawdopodobnie zalety przewyższają wady. Sieć wyglądałaby dzisiaj inaczej, gdyby nie konkurencja między przeglądarkami i gonitwa za kolejnymi numerkami. Smartfony nie byłby tym, czym są dzisiaj, gdyby Android ciągle nie był aktualizowany i rozwijany, nawet jeśli wiele urządzeń i tak nie dostaje aktualizacji. Coś za coś.

Są też koszty społeczne, zdrowotne. Niby technologie są testowane, ale pewne efekty wychodzą dopiero po latach, jak stosowanie niektórych środków. Błędy się zdarzają, jak Talidomid, który przeszedł rutynowe badania na zwierzętach, a mimo to miał silne działanie teratogenne.

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem przeciwny postępowi. Ogromnie cenię zdobycze współczesnej medycyny, widzę zalety roślin modyfikowanych genetycznie. Trzeba też zachować rozsądek. Zdawać sobie sprawę, że rezygnacja z WiFi w mieszkaniu, w bloku, tak na wszelki wypadek, nie dość, że dyskusyjna i raczej skrajna, to nieskuteczna, bo większość mieszkań i tak znajduje się w zasięgu kilkunastu sieci WiFi sąsiadów. Twierdzę jedynie, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich możliwych skutków pojawienia się wszystkich wynalazków, w dowolnie długim okresie czasu, a do części zmian coraz trudniej nam się dostosować społecznie. Zwłaszcza teraz, kiedy roboty i AI będą odbierać nam pracę. To nie jest jednak powód, żeby żyć dzisiaj w chatce, bez prądu i bieżącej wody, bez telefonu i konta w banku. Cechuje nas też romantyzm, że kiedyś było lepiej, co rzadko jest prawdą, a to temat na inny felieton.

Nie wierzymy w nowe technologie, a te i tak pobijają świat

Jest jeszcze jeden przypadek, kiedy postęp nas zaskakuje – kiedy totalnie go nie doceniamy. Uważamy, że coś jest zupełnie bez sensu. Pamiętam, jak zastanawiałem się co ludzie widzą w pierwszych smartfonach i jaki sens jest w wydawaniu na telefon kwoty, która starczyłaby na przyzwoity komputer. Dziś wiem, że to jedno z najbardziej wszechstronnych i pomocnych urządzeń jakie powstały. Po prostu początki bywają ciężkie. Często zdarza się, że potencjał jest trudny do uchwycenia. Czasami postęp wyprzedza swój czas, jak to było z telefonem komórkowym, który na początku został skreślony przez firmę, która go stworzyła, jako całkowicie zbędny, a dziś wydaje się jednym z ważniejszych wynalazków ostatnich kilkudziesięciu lat, obok internetu.

Nie ma złotego środka

Nikt nie wie co się przyjmie, a co jednak nie. Zdrowy sceptycyzm jest dobry, bo jest dobry i zdrowy – nie warto zachwycać się każdą nową technologią, bo często to zwykła machina marketingowa. Ja nie zachwycałem się smartwatch’ami i nadal uważam, że słusznie. Mimo to, jak podałem przykłady w poprzednim akapicie, rewolucjonizujące życie wynalazki często są niedoceniane, zupełnie błędnie i niesłusznie.

Z drugiej strony hurra optymizm też nie jest wyjściem, bo rozmaitych kombinacji technologii, która się nie przyjęła, jak te nieszczęsne telewizory 3D, jest jeszcze więcej. Często mamy do czynienia z pobożnymi życzeniami producentów, niż z faktyczną potrzebą. Ale nie myśmy, że my, konsumenci jesteśmy mądrzejsi. Jak powiedział sam Henry Ford, zapytany o źródło swojego sukcesu:

nie korzystaliśmy z badań marketingowych – gdybyśmy zapytali klientów czego potrzebują, to powiedzieliby, że szybszego konia, ponieważ nie wiedzieli czym właściwie jest samochód

Może o to właśnie chodzi? Może najbardziej ekscytujące jest to, że tak naprawdę nikt nie wie, co się faktycznie sprawdzi i przyjmie. Samo obserwowanie rozwoju technologicznego i próba zgadywania w którą stronę będzie szedł, jest jak gra na loterii. Jeśli do tego w grę wchodzi biznes, jest to loteria z możliwością przegrania lub wygrania dużych pieniędzy. A to zawsze budzi emocje. Stąd tak lubimy o tym czytać i komentować,zaspokajając też swoją ciekawość świata.

Obecnie największą niewiadomą są technologie wirtualnej rzeczywistości i rozszerzonej rzeczywistości. Wiadomo, że obie niosą dużą wartość. Wiadomo, że wykorzystywanie ich daje niezapomniane wrażenia. Ale wiadomo też, że są drogie i mają bardzo duże wymagania sprzętowe, a kluczowe dla nich jest bogactwo interakcji. Kontrolery dają poczucie zagłębienia w świat, ale nie ma swobody poruszania się poza bieżącym pomieszczeniem – trzeba posiłkować się teleportacją, albo kokpitem, pojazdu. Rozwiązanie problemu jest możliwe za pomocą specjalnej bieżni. Rozwinięciem kontrolerów jest skanowanie dłoni i całego ciała technologiami podobnymi do Kinect, ale koszty, skomplikowanie i wymagania co do przestrzeni i liczby urządzeń rosną wówczas lawinowo. Mało osób ma miejsce i środki aby sobie na to pozwolić, a jeszcze mniej osób chce to faktycznie zrobić. Płaski obraz na monitorze wciąż wygrywa prostotą i wygodą.

Kibicuje VR i AR z całego serca. To ostatni bastion marzeń z młodzieńczych lat, może poza autentycznymi podróżami do innych światów. Zastanawiam się jednak, czy na powszechną skalę VR i AR nie przyjmą się dopiero wówczas, kiedy złudzenie obecności w innym miejscu będzie symulowane bezpośrednio w naszej świadomości, w naszym mózgu. Bez tych wszystkich kłopotliwych sprzętów. Wówczas jednak powraca pytanie o zagrożenia i konsekwencje. O to czy będziemy chcieli wracać do świata realnego.

Tytułowa grafika pochodzi z theadvancedapes. Pozostałe grafiki pochodzą z Wikipedii.