10

Widziałem Iron Fist i nie rozumiem tej krytyki. Inne wcale nie oznacza gorsze

Do premiery Iron Fist na Netfliksie pozostał tylko tydzień. Miałem okazję już zobaczyć pierwsze odcinki serii i zupełnie nie rozumiem mało przychylny mu opinii. Iron Fist jest czymś innym niż pozostali superbohaterzy dostępni na łamach Netfliksa, ale czy inny musi oznaczać gorszy?

Obydwie stajnie, Marvel i DC Comics, dysponują przeogromną bazą superbohaterów. O większości z nich zwykli widzowie nawet nie słyszeli, dlatego chcąc nie chcąc, producenci są zmuszani do pewnych ustępstw, na przykład wplatania w historię dodatkowych wyjaśnień czy uproszczeń. Jednocześnie, mnogość historii typu origin powoduje, że twórcy muszą wzbić się na swoje wyżyny, by zachęcić widzów do poznania kolejnej z nich. Ta robota nie jest łatwa, a gdy mamy do czynienia z czwartą produkcją Marvel Studios, to można mieć pewne obawy co do świeżości pomysłu na realizację serii.

Iron Fist opowiada historię Danny’ego Randa, który staje się tytułowym superbohaterem. Po śmierci rodziców w katastrofie lotniczej, którą jakimś cudem udało mu się przeżyć, spędził lata w mieście K’un-Lun, szkolony w sztukach walki. Mając dziewiętnaście lat wraca do rodzinnego Nowego Jorku, gdzie, naturalnie, musi zmierzyć się z wieloma przeciwnościami, a przede wszystkim wrogim nastawieniem osób, które kiedyś były mu bliskie, a dziś zarządzają prawnie należącą do niego korporacją. Nieco przypadkowo niedługo po powrocie udaje mu się też zdobyć sojuszniczkę. Zbyt banalne?

Nie jest to najbardziej oryginalna idea na powstanie superbohatera, ale spotykałem się z gorszymi. Na tle pozostałych Defenderów, Jessici Jones czy Luka Cage’a, cała opowieść jest mniej mroczna i poważna. Iron Fist nie powstał w stylu, do którego przyzwyczaił nas Daredevil. Wielu scenom z pierwszych dwóch odcinków brakuje dynamizmu, na dłuższe sceny walki musimy swoje odczekać, a nawet gdy się ich doczekamy, okazuje się, że nie prezentują tak wysokiego poziomu, co fenomenalna choreografia z Daredevila. Spędzamy mnóstwo czasu wsłuchując się w dyskusje bohaterów i poznawanie niektórych postaci, które jakiś czas później nie mają już żadnego znaczenia. To wszystko prawda, ale czy przez to Iron Fist można określić mianem rozczarowania?

Nie sądzę, by taki werdykt był sprawiedliwy. Nie wiemy, czy efekt końcowy jest w pełni zamierzony, ale naprawdę miło było zobaczyć coś innego od mrocznych Daredevila czy Luke’a Cage’a. Iron Fist, pomimo powagi sytuacji, jest lżejszy. Doprowadza do tego przede wszystkim zachowanie Danny’ego Randa, który otacza się aurą niezłomności. Pomimo wcześniej wymienionych niedociągnięć, każdy z odcinków ogląda się przyjemnie, a jeśli będziecie mieli ochotę odpuścić po pierwszym epizodzie, to uwierzcie mi że warto poczekać co najmniej do końcówki drugiego odcinka. Mając wieloletnie doświadczenie w sztukach walki nie napiszę, że przygotowane sceny są mało wiarygodne. Naprawde nieźle radzi sobie nawet główna postać, wobec której miałem największe obawy. Nie trzeba być azjatą, by zdobyć tytuł mistrza i nabrać odpowiednich umiejętności – kolor skóry nie ma tu żadnego znaczenia.

Wiele mówi się o postaciach drugoplanowych, które zależnie od potrzeby, potrafią przyjmować skrajne postawy. Coś podobnego widzieliśmy w poprzednich seriach, ot choćby Matt Murdock nie potrafiący podejść pragmatycznie do działań i zachowania Elektry, podczas gdy udawało mu się to osiągnąć w relacjach z innymi. Rzeczywiście w Iron Fist nie znajdziemy tak wyróżniających się postaci, jak w pozostałych seriach. Podobnie jak i głównego przeciwnika dla Iron Fista (ci bowiem w pewien sposób definiowali resztę Defenderów), który od samego początku ma za zadanie toczyć bój z organizacją Hand. Podejrzewam, że twórcy nie chcieli wprowadzać niepotrzebnego zamieszania i maksymalnie uprościli przebieg akcji prowadzącej nas do wielkiego finału w The Defenders.

Iron Fist może mieć najniższe notowania z czterech dotychczasowych produkcji, ale jest dość udanym pomostem pomiędzy poprzednimi seriami a nadchodzącą kulminacją wszystkich wydarzeń. Można odnieść wrażenie, że jest to metoda na wciągnięcie nowych widzów do ciągu zdarzeń w Nowym Jorku – część z nich na pewno sięgnie po Daredevila, Jessicę Jones i Luke’a Cage’a ze zwykłej ciekawości i ochoty poznania szerszej perspektywy na całą sytuację.

Przy pierwszych odcinkach Iron Fist bawiłem się całkiem nieźle, z pewnością lepiej niż przy ciągnącej się w nieskończoność historii rozterek Elektry w drugim sezonie Daredevila.

Iron Fist debiutuje na Netfliksie 17 marca.

  • galtom

    „Ta robota nie jest łatwa, a gdy mamy do czynienia z czwartą produkcją Marvel Studios, to można mieć pewne obawy co do świeżości pomysłu na realizację serii.” – uuuuuu spora gafa merytoryczna.

  • galtom

    Co to znaczy „a dziś zarządzające prawnie należącą do niego korporacją” – zarządzające prawnie vs po prostu zarządzające?

  • galtom

    „To wszystko prawda, ale czy przez to Iron Fist można określić mianem rozczarowania?” – jest Trinity – nie ma rozczarowania :-)

    • Konrad Kozłowski

      Prawda!

  • Subiektywnie-obiektywny:)

    Galtom nie spamuj tyle:D

  • Artur

    Jak dla mnie kopia Arrowa. Podobna historia, wraca bogaty synek i będzie walczył ze złem w mieście. Raczej nie obejrzę.

    • PIT

      Kopia Batmana – wraca bogaty synek i będzie walczył ze złem w mieście

    • galtom

      Wiesz… to zawsze tak działało w obie strony. Arrow jest ze stajni DC – pytanie kto byl w komiksach pierwszy Green Arrow czy Iron Fist.

    • Zenderable

      Tylko nadal Arrow jest gorszy niż Iron Fist.

  • galtom

    1. Wywalono moj komentarz – a blad zostal – cenzura?

    2. Zatem powtarzam:

    „Ta robota nie jest łatwa, a gdy mamy do czynienia z czwartą produkcją Marvel Studios, to można mieć pewne obawy co do świeżości pomysłu na realizację serii.” – widac robota blogera tez nie jest latwa. A jak bloger nie wie gdzie popelnil blad, to niech bloger zapyta zamiast usuwać.