14

To było wiele lat gróźb, ale nareszcie klienci zagłosowali portfelem. Tego chyba nikt się nie spodziewał

Od lat słyszymy, że z gigantami nie wygramy. Głosowanie portfelem nie ma sensu. Właściwie, to nawet nie warto się starać. Ostatnie dni pokazują jednak, że sprawa wcale nie jest przesądzona — i jeżeli faktycznie naciśnie się ma odcisk, to nawet posiadające grube miliony dolarów korporacje mogą znaleźć się w tarapatach.

Dzisiejszy felieton odnosi się, rzecz jasna, w dużej mierze do Electronic Arts i ich ostatniej wielkiej premiery: Star Wars: Battlefront 2. Wspominałem już o pierwszej zwycięskiej bitwie z mikrotransakcjami na głównym planie. Sprawa zrobiła się na tyle głośna, że zainteresowali się nią nawet politycy — i co z tego wyniknie… dopiero się okaże. Polityka to jedno, ale wkurzenie (a może raczej rozgoryczenie połączone z pewnego rodzaju bezsilnością) graczy — to zupełnie inna sprawa. I tak oto sytuacja nabrała rumieńców: po pierwsze, EA i DICE musieli się ugiąć i na premierę przestali obstawać przy swoich racjach — wyłączyli mikrotransakcje w grze. Ale na tym jeszcze nie koniec: na znak protestu, nawet promocje na Black Friday nie zachęciły graczy do zakupu gry w wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Inne tytuły znikały z regałów jak świeże bułeczki — zaś widok Star Wars: Battlefront 2… był naprawdę smutny. Podobnie zresztą sprawa miała się z zestawami konsol brandowanymi BF2. To jednak jeszcze nie koniec, złość na wydawcę zaowocowała nawet petycją. Fani marki chcą, aby licencja na Gwiezdne Wojny została odebrana Electronic Arts. Ci zaś którzy zdecydowali się kupić grę, znaleźli sposób jak nie dać się naciągnąć i nie spędzać setek godzin czekając aż wylosują to, na co zasłużyli — korzystają… z gumek recepturek. Psują grę i zabawę innym, no ale lepszego sposobu nie znaleźli. A wszystko to przez pazerność EA. Dodam jeszcze, że według ostatnich raportów — firma nie przewiduje, że cała ta sytuacja niespecjalnie odbije się na ich kontach z porównaniem do tego, czego się spodziewali.

O krok za daleko, no i… zrobiło się nieprzyjemnie

Wydawcy gier wideo od wielu lat testują cierpliwość graczy. Ostatnich kilka(naście) lat to era płatnych dodatków (zdarzały się wśród nich wycięte części pełnej gry, które… nawet dostępne były na nośnikach z „podstawą”), season passów, mikrotransakcji i innych elementów na które tłumnie narzekano. I regularnie toczyły się dyskusje o tym, na ile twórcy / wydawcy mogą sobie pozwolić. Ostatecznie jednak finał był taki sam: gra rozchodziła się na pniu, miliony graczy spędzało czas online — a kilka tygodni później wszyscy zapominali o awanturach i pewne zagrywki stawały się chlebem powszednim. O natrętnych mikrotransakcjach w Star Wars Battlefront 2 które wpływały na coś więcej niż tylko kosmetykę całej zabawy wiedzieliśmy już na kilka miesięcy przed premierą. I wszyscy zwiastowali powtórkę z rozgrywki… aż tu miarka się przebrała. Sprawa urosła do dużo większych rozmiarów awantury, niż ktokolwiek się spodziewał. I nagle okazało się, że głosowanie portfelem ma sens — bo może faktycznie prowadzić do jakiś zmian, albo chociaż pozwoli obu stronom konfliktu spotkać się po środku.

A wiecie co w tej sytuacji jest najbardziej tragiczne? Wszyscy którzy dali Star Wars: Battlefront 2 szansę twierdzą jednogłośnie, że to kawał świetnej gry. Może jestem naiwny, ale naprawdę mam nadzieję, że ta cała sytuacja da wydawcom do myślenia…

Zdjęcie: Reddit