lektor czy dubbing
114

Lektor może i nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale zawsze lepsze to, niż dubbing

Filmy z lektorem, czyli szeptanka to domena polskiej telewizji. Rozwiązanie jest stosowane także w innych krajach, ale trudno uznać je za bardzo popularne: dominuje w Europie Środkowo-Wschodniej i kilku krajach azjatyckich. Nie brakuje głosów, że to kiepski wybór, że lepsze byłyby napisy, bo dzięki temu można się uczyć języków, głównie angielskiego. Zgadzam się. Ale jednocześnie stwierdzam, że lektor to i tak mniejsze zło - gorszy byłby dubbing, który w Europie ma naprawdę silną pozycję.

Dubbing w Polsce funkcjonuje, świetnym przykładem gry komputerowe i animacje, zwłaszcza te przeznaczone dla dzieci. Całkowicie kina, a już tym bardziej telewizji, zdobyć jednak nie zdołał. Pamiętam, że lata temu wybrałem się do kina na Alicję w Krainie Czarów, seans miał być z napisami, ale obsługa się pomyliła i zaczęła odtwarzać wersję z dubbingiem. Projekcję przerwano, poinformowano, że ta kopia będzie dalej odtwarzana, lecz jeśli ktoś nie jest zainteresowany, może zwrócić bilet. Spora część sali wyszła. Sam zostałem chociaż długo biłem się z myślami. Ostatecznie nie było najgorzej, dubbing pozytywnie mnie wówczas zaskoczył. Podobnie jak to, że została tylko połowa widzów.

Nie zmienia to faktu, że trudno sobie wyobrazić tę formę przekazywania treści na co dzień. Utwierdziłem się w tej opinii kilka dni temu, gdy dłuższą chwilę oglądałem czeskie kanały telewizyjne. Popularne hollywoodzkie filmy, znani aktorzy i głosy, które nijak mają się do tych kojarzonych z daną twarzą. Zdaję sobie jednak sprawę, że to może być kłopot dla nowicjusza – Czesi (lub inne nacje stosujące dubbing) pewnie po jakimś czasie się do tego przyzwyczajają, bo do każdego aktora przypisany został jeden aktor głosowy. Nie jest zatem tak, że Robert De Niro czy Bruce Willis za każdym razem brzmi inaczej – we wszystkich produkcjach emitowanych w danym kraju powinien on mieć ten sam głos. Człowiek uczy się całe życie…

Może po jakimś czasie bym się przyzwyczaił do tego rozwiązania. Na razie stwierdzam, że szeptanka (lektor) to mniejsze zło. Intryguje mnie przy tym fakt, że w telewizji ma ona tak silną pozycję, chociaż w kinie dominują napisy oraz dubbing (ten ostatni głównie w animacjach). Na szeptankę trafia się naprawdę rzadko, to musi być np. film dokumentalny. Pojawią się pewnie głosy, że ta rozbieżność wynika z faktu, iż do kina chodzą ludzie młodsi, którzy znają angielski, w domu odtwarzają filmy z napisami. A lektor jest dla starszych, którzy są do niego przyzwyczajani i nie chodzą do kina, nie ściągają filmów, nie korzystają z serwisów streamingowych. Sęk w tym, że znam młodszych ludzi, którzy, gdy mają możliwość, wybierają lektora. Kiedy zaczniemy szukać filmów w serwisie YouTube, szybko okaże się, że popularną frazą jest „film z lektorem”. Stare nawyki zawsze wezmą górę.

Najlepszym rozwiązaniem jest oczywiście… możliwość wyboru, ale ta nie będzie zawsze dostępna. Z czasem może się to zmienić, podejrzewam, że rozwój IT pozwoli rozwiązać problem, ten sam program czy film dostaniemy w kilku wersjach i sami zdecydujemy, jak chcemy to konsumować, przestaniemy być uzależnieni np. od stacji telewizyjnej. Jeśli komuś nie będą odpowiadali państwo Knapik, Czubówna i Kozioł lub ich następcy, wybiorą Ala Pacino w oryginale albo z głosem Karolaka czy Więckiewicza – na tym polu mogą nas czekać ciekawe eksperymenty. A jeśli do nich nie dojdzie, nadal będę się cieszył z faktu, że szeptanka wygrała z dubbingiem. W przeciwnym razie polska Sieć mogłaby pęcznieć od fragmentów filmów uznanych za komiczne z powodu podłożonego głosu…

PS Król Lew jest wyjątkiem od reguły.