34

Alibaba zamknął 240 tysięcy sklepów internetowych. Klienci pewnie nie są zadowoleni

Tekstom o Chinach, tamtejszych firmach i inwestycjach zazwyczaj towarzyszą duże liczby. Trudno się temu dziwić: populacja kraju poważnie przekracza miliard osób, państwo ma wielkie ambicje, które mają pomóc zrealizować m.in. lokalne korporacje. A te ostatnie nie działają już tylko w Państwie Środka, coraz śmielej wychodzą na arenę międzynarodową. Przykładem Alibaba, imperium e-commerce, które nie boi się starcia z firmami eBay czy Amazon. Ostatnio chiński moloch pokazał, jak zwalcza piractwo, łamanie zasad własności intelektualnej. Robi wrażenie, chociaż będą i odmienne zdania...

Alibaba zrobił ukłon w stronę właścicieli marek, zwłaszcza tych najpopularniejszych: firma poinformowała, że w samym tylko 2017 roku zamknęła 240 tysięcy sklepów internetowych działających na jej platformach i oferujących podrabiane produkty. Gigant przekazał też wartościowe dane odpowiednim służbom, dzięki czemu zatrzymano ponad 1600 osób podejrzanych o łamanie prawa w zakresie ochrony własności intelektualnej. Wnioski nasuwają się same: korporacja z Państwa Środka zwalcza oszustów, chroni interesy innych graczy. Przynajmniej tych legalnie działających.

Problem polega na tym, że Amerykanie są innego zdania: platforma Taobao.com niedawno powróciła na czarną listę Biura Przedstawiciela Handlowego USA. Listę, którą dobrze zna, bo od kilku lat pojawia się na niej, a następnie znika, gdy pokaże, że pracuje nad usuwaniem oszustów ze swoich struktur, że zwalcza piractwo. Możliwe, że ostatnie doniesienia na temat tych 240 tys. usuniętych sklepów też mają związek z ową czarną listą. Bo chociaż nie wiąże się ona z konkretnymi karami czy ograniczeniami, to utrudnia robienie biznesu, podmioty na nią wpisane mogą być postrzegane jako mało wiarygodne.

Muszę przyznać, że te przepychanki są naprawdę ciekawe, to swoisty teatr. Alibaba chwali się świetnymi wynikami, np. tymi wykręcanymi w Dniu Singla, tajemnicą Poliszynela jest to, że część tych świetnych rezultatów zapewnia sprzedaż podrabianych produktów. Potem Amerykanie czy inne nacje dysponujące silnymi, globalnymi markami, kręcą nosem, pojawiają się protesty i ostrzeżenia. Padają zdania w stylu „Coś robicie, ale to wciąż za mało”. Alibaba się oburza, zapewnia, że jest kozłem ofiarnym, że to wszystko przez zmagania USA i Chin na arenie międzynarodowej, m.in. w zakresie handlu, po czym podaje dane, które mają pokazać, że idzie ku lepszemu. I wszystko wraca do normy, bo klienci chcą korzystać z chińskich sklepów, a globalne marki boją się je odpuścić – może i tracą część zysków, lecz jednocześnie podkręcają obroty za sprawą współpracy z Alibaba. Dowodem przywołany już Dzień Singla.

Chiński gigant przekonuje, że z pomocą analizy Big Data i przy wsparciu partnerów może skuteczniej zwalczać piractwo, ale nie ma się co oszukiwać – te działania nie są póki co priorytetem. Wyrugowanie handlu podrabianymi produktami pewnie mocno uderzyłoby w wyniki korporacji. A i ludzie na całym świecie powiedzieliby „ej, nie można kupić zegarka Breitling za 10 dolarów?”. Podchody będą zatem trwały dalej. W jakimś stopniu wszystkim jest to na rękę.