166

A gdyby tak wrócić do 4-calowego, poręcznego smartfona?

Różnica to zaledwie 0,7 cala, a komfort i przyjemność podczas użytkowania oraz sama przydatność smartfona zmienia się diametralnie. Przez kilka dni byłem zmuszony odłożyć iPhone’a 6 i zastąpić go iPhonem 5. Nie sądziłem, że w tak krótkim czasie zdoła mi on tak dobrze służyć, ale i poważnie zirytować.

Powodem do frustracji nie była jednak kwestia wydajności modelu z 2012 roku. Prawdę mówiąc, spodziewałem się jeszcze większych problemów i jeszcze dłuższych czasów oczekiwania na uruchomienie aplikacji czy wczytanie treści wewnątrz niej. Tymczasem, iPhone 5 zaskoczył mnie dość pozytywnie pod tym względem.

Nawet dziś, w ponad 4 lata od jego premiery całkiem nieźle radzi sobie z najnowszymi wersjami aplikacji, z których część z pewnością nie powstaje z myślą o takim urządzeniu. Jakiś czas temu zaskoczyło nawet samo Apple, które postanowiło zaktualizować “piątkę” do najnowszego iOS 10, choć możemy być pewni, że to ostatnia tak duża aktualizacja, której się iPhone 5 doczekał.

W ciągu kilku dni przypomniałem sobie jak poręczny jest smartfon takich rozmiarów. Wszystkie zadania bez najmniejszego wysiłku wykonuje się jedną ręką, ponieważ kciuk sięga do każdego rogu ekranu. Szybkie odpisanie na SMS-a, sprawdzenie stanu konta i historii przelewów, przesłanie zdjęcia w jednym z komunikatorów – przykłady pierwsze z brzegu.

To sprawiło, że iPhone SE stał się obiektem moich zainteresowań.

Duże “ale”

Po kilku latach spędzonych z iPhonem 5 zupełnie nie spodziewałem się szoku, jaki spowodowała u mnie zmiana rozmiaru ekranu w używanym na co dzień telefonie. Zazwyczaj bowiem idziemy w górę, wybierając smartfona z nawet minimalnie większym ekranem. Wspomniana różnica wynosząca zaledwie 0,7 cala (4 cale w iPhone 5 vs. 4,7 cala w iPhone 6) okazała się przepaścią. W tak wielu sytuacjach obsługa smartfona stała się dla mnie może nie męczarnią, ale z pewnością było to uciążliwe. Wprowadzanie tekstu za pomocą kciuków obydwu dłoni wymaga większej precyzji, a na ekranie mieści się oczywiście mniej tekstu, co w niektórych przypadkach (materiały pełne grafik) wypada mało przyjemnie.

Największym wyzwaniem jest jednak korzystanie ze stron internetowych nieprzystosowanych do wyświetlania na urządzeniu mobilnym. Czasami wykonanie niektórych czynności w serwisach wymaga używania pełnej wersji witryny, co na 4-calowym ekranie bywa niemałym wyzwaniem, a przecież w sieci nie brakuje stron (np. placówek medycznych czy niektórych firm), które projektowano z myślą o desktopach.

Ten ostatni argument wystarczył, bym zaczął wyczekiwać chwili, gdy wróci do mnie smartfon z delikatnie większym ekranem. Na papierze różnica wydaje się wręcz śmieszna, ale w praktyce jest kolosalna.

Na marginesie dodam, że najbardziej odczuwalnym brakiem podczas wymuszonej przesiadki było Touch ID. Następca, czyli iPhone 5S, jako pierwszy model został wyposażony w czytnik linii papilarnych i gdy korzystanie z niego staje się chlebem powszednim, niezwykle trudno jest powrócić do każdorazowego wpisywania cztero- lub sześciocyfrowego kodu w celu odblokowania urządzenia. Już po kilku godzinach używania iPhone’a 5 zatęskniłem za magicznym przechodzeniem do danej aplikacji albo ekranu głównego po prostu po przytrzymaniu palca na przycisku domowym. Tak łatwo przekonujemy się i przyzwyczajamy do nowości, wygód, które stają się codziennością i które tak szybko przestajemy zauważać i/lub doceniać.