10

Zwycięzcy wybrani – Asus ZenFone Max i powerbanki wędrują do…

Zainteresowanie naszym konkursem przerosło wszelkie oczekiwania. Pod wpisem zamieściliście bowiem aż 250 komentarzy pełnych niespodziewanych sytuacji, w których Wasz smartfon odmówił współpracy ze względu na brak energii. Nie był to oczywiście temat przypadkowy - smartfon ASUS-a ma ten problem rozwiązać, dlatego był główną nagrodą w konkursie. Trafił on do autora najciekawszego naszym zdaniem komentarza, natomiast aż 9 powerbanków rozdaliśmy wyróżniającym się opowieściom.

Wybaczcie nam delikatny poślizg, ale jak napisałem, nie spodziewaliśmy się aż tak ogromnej liczby przytoczonych historii. Najpierw musieliśmy je wszystkie poznać, a następne wyselekcjonować, w naszej ocenie, najciekawsze. Nie mniej, już dzisiaj jesteśmy gotowi do ogłoszenia dziesiątki szczęśliwców, do których trafią nagrody od firmy ASUS.

Zwycięzców prosimy o nadesłanie danych adresowych i telefonicznych na biuro@antyweb.pl używając adresu e-mail, z którego korzystacie w Disqusie. 

Nagroda główna – ASUS ZenFone Max:

Piotr
Oceńcie sami :)

Rozwożąc paczki jako listonosz, kurier, debiutant w zawodzie, szybko nauczyłem się, że telefon jest jak samochód, dobry śmiga, a słaby potrafi zawieźć w najmniej oczekiwanym momencie. Więc do rzeczy: jeżdżę z paczkami od domu do domu i dzwonię od adresata do adresata i tak skutecznie zmniejszam ilość paczek leżących na samochodzie, które dzielą mnie od rozpoczęcia weekendu. Na półmetku pracy słyszę, jak telefon sygnalizuje mi bardzo niski poziom baterii – ładowarki nie mam, bo po co, skoro w domu go ładowałem. Została mi jeszcze między innymi TA PACZKA, której odbiorcy nie ma w domu i nie odbiera telefonu, a napis na paczce – uwaga! żywe! Rozwożę więc ostatnie paczki, sięgam po telefon i po wybraniu numeru, ku mojemu zaskoczeniu, zgłasza się jej niedoszły, wspomniany właściciel. Biorąc pod uwagę stan mojej baterii w telefonie – jedną myśl –tylko konkrety! 1. Przedstawiam się. 2. Mówię o co chodzi. 3. Odbiorca paczki wita mnie entuzjastycznie i wypytuje gdzie teraz jestem z jego paczką jednocześnie przeprasza, że nie ma go pod adresem doręczenia i nie mógł wcześniej odebrać telefonu i … nastaje cisza… głucha cisza………. Nie, nie zakończył rozmowy, rozmowę zakończyła moja bateria. Myślę – co robić?! Weekend się zaczyna, a paczka ma zostać na magazynie do doręczenia na poniedziałek, tylko czy „żywe” z paczki wytrzyma w takim samym stanie, w jakim było nadane w czwartek i nadal będzie żywe… Otwieram więc paczkę i fru!!! Kończę opowieść, serdecznie pozdrawiając wszystkich: Szanowną Redakcję, Szanownych Czytelników, Odbiorcę – Hodowcę Pasjonata i tego Mondaina – hodowlanego gołębia z paczki, który gdzieś tam pewnie nadal lata. Jeszcze tylko dodam, że jeżeli chodzi o mnie, to ta myśl często do mnie powraca: telefon, bateria, głąb!, yyy g o ł ą b.

9 powerbankami wyróżniliśmy:

Drzeyewski

” Ach witaj, chodź, siadaj przy ognisku opowiem Ci, bo to Ciekawa historia była …
Wracaliśmy akurat z narzeczoną od znajomych z Warszawy do naszego nadmorskiego Szczecina. Grudzień to był to i szaro było i zimno , a i kilometrów sporo, godzina też nie specjalna – środek nocy – Złośliwa ładowarka została zgodnie z prawem Murphiego w drugim samochodzie … – Jak to nie rozumiesz o co mi chodzi ? – No przecież mówię, że paliwa nam zabrakło na autostradzie ze 3 kilometry przed ostatnimi bramkami w okolicach Poznania ! Nie pośpieszaj mnie bo tracę wątek; na czym to ja… Ach, Paliwo i brak komunikacji ze światem, już pamiętam. Więc stoimy na poboczu, trójkąt rozłożony, kamizelka na grzbiecie, więc idę w stronę „żółtego telefonu który to co rusz stoi właśnie na „płatnych” autostradach by wezwać bezpłatną pomoc. Jakże wielkie było moje zdziwienie gdy męski głos w słuchawce w chwilę po słowach „Halo” uświadomił mi jak bardzo mamy przechlapane i jak płatne autostrady są paradoxalnie najdroższą imprezą na świecie gdy brakuje Ci paliwa. 500 zł za przyjazd plus zwrot kosztów dojazdu. Dobre ? Dobre ! Ale to nie wszystko… Do tego dolicz koszt paliwa oraz oczywiście zwrot kosztów za bramki dla pomocy drogowej. Kto zabroni – Hegemonistyczne władze autostrad ? Chcesz jechać to płać Gapo ! Groteskowość sytuacji niech zobrazuje jedno z ostatnich zdań głosu w słuchawce które wypowiedział ” Proszę podać numer telefonu, za moment oddzwoni do Pana ktoś z pomocy drogowej” Opadły mi ręce, zabrałem „piątkę” z bagażnika i udałem się na romantyczny spacer w stronę świateł … Ale o tym opowiem Ci już następnym razem… ”
Sytuacja może odrobinę przerysowana stylistycznie ale autentyczna. Zabrakło nam paliwa ponieważ zawiesił się pływak, nie mieliśmy jak zadzwonić do kogoś znajomego gdyż telefony padły, a zaproponowane „koszta pomocy drogowej” były ponad możliwości finansowe w danym momencie. Na szczęście przy bramkach znalazł się człowiek o miękkim sercu który to za symboliczną „100-kę” odstąpił piąteczkę paliwa więc obyło się bez mordu (narzeczonej na mojej osobie oczywiście:) ). Od tego momentu zawsze już mamy ładowarkę …

dks

jestem w pubie, caly czas przed oczami przewija mi sie mega ladna dziewczyna :) w koncu po paru piwach postanowilem podejsc i poprosic o nr telefonu. Kiedy odblokowalem telefon i dalem go nieznajomej, ktora miala wprowadzic swoj numer wtedy wlasnie podczas wprowadzania telefon sie rozladowal… dziewczyna spojrzala na mnie swoimi duzymi oczami, oddala mi telefon i powiedziala „widocznie tak musialo byc” …
Mariusz Tarnaski
1 marca tamtego roku urodził się mój syn. W moje urodziny :) Byłem przy porodzie, widziałem jak przychodzi na świat, odcinałem pępowinę. Taki prezent dostałem od żony ;) Cudowne chwile.
Upewniłem się, że żonie niczego nie brakuje i musiałem opuścić szpital z racji godzin nocnych. Dopiero pod drzwiami naszego mieszkania zorientowałem się, że klucze zostały z nią… 4 w nocy, telefon właśnie się wyłącza (w dzień narodzin syna trudno było o nim pamiętać), do szpitala nie wiadomo czy mnie wpuszczą a do rodziny u której mógłbym przenocować mam ponad 100km drogi. Ale nic to! Przecież mam blisko do firmy, tam jest kanapa, nie będzie tak źle.
Kod do alarmu w firmie wbijam codziennie rano i często też ostatni wychodzę więc powtarzam cały proceder wieczorem. I tak przez ostatnie kilka lat. Ale nie tym razem ;) Teraz, akurat teraz (!!) musiałem go zapomnieć… Tak więc jest ta 4 w nocy, syrena wyje a ja staram się tłumaczyć panom z ochrony kim jestem i co tu robię. Możecie sobie wyobrazić ich wymalowany na twarzach entuzjazm z powodu tej nocnej akcji. Na szczęście miałem asa w rękawie. Przecież właśnie przyszedł na świat mój syn! W moje urodziny! Pochwaliłem się i na moje szczęście, wąsaty dryblas z ochrony okazał się ojcem szóstki dzieci. Od razu my tatowie znaleźliśmy wspólny język. Skończyło się na tym, że zadzwoniłem do żony z jego telefonu i pielęgniarka zniosła klucze. Wąsacz chciał mnie nawet podwozić do szpitala. Widujemy się teraz raz na jakiś czas, zawsze mnie zaczepia i wypytuje o synka.
Za kilka dni razem z synem będziemy obchodzić urodziny. Biorąc pod uwagę powyższe, bardzo przydałby mi się telefon z dużą baterią bo planujemy z żoną następne dziecko :)

Paweł Bojarski

Przez chwilę powieje grozą. Pracuję w Pogotowiu Ratunkowym, tam kontakt z dyspozytorem i jednostkami medycznymi, tj. Szpitale to podstawa pracy. Pamiętam pewien bardzo ciężki transport między dwoma miastami. Pacjent z minuty na minutę się pogarszał, musiałem wykonać ważny telefon z informacją do Szpitala by Izba Przyjęć do której zmierzamy przygotowała się na ciężkie przyjęcie. Biorę wysłużony, służbowy smartfon, rozładowany – mój błąd, ale usprawiedliwia mnie jedynie to, że tyle co zdążyłem przejąć dyżur to już mieliśmy zlecony ów transport, kolega przekazał mi karetkę „w biegu”, ale myślę…..mam swój prywatny telefon…..wyjmuję go z kieszeni….patrzę, rozładowany, cały ciepły, a nawet gorący – ruszając się w kieszeni kurtki najprawdopodobniej odblokował się ekran i przez kilkadziesiąt minut był aktywny – kilka razy tak mi się zdarzyło, ale….człowiek w pewnych rzeczach, miejscach pracy musi się naprawdę zabezpieczać. Zawsze na dyżury zabieram stary telefon, który tylko dzwoni i wysyła smsy, ten telefon na jednym ładowaniu trzyma ponad tydzień, przed dyżurem zawsze go ładuję na 100% – wyjmuję telefon z „kangurki”, jest moc, jest zasięg, wykonuję telefon, połączenie udane, Izba Przyjęć poinformowana. Pacjent w ciągu kilku minut po dotarciu do miejsca profesjonalnie zabezpieczony w ów jednostce i po chwili został przewieziony na Blok Operacyjny. Ale było gorąco……dlatego co do baterii w smartfonach, ufam im średnio. Chyba że ASUS ZenFone Max mnie przekona do siebie :) I mój stary wysłużony 9 letni telefon, odejdzie na wysłużoną emeryturę i spocznie w szufladzie jako relikt czasu młodości – okresu Liceum oraz studiów :)
julciap26
Energii w telefonie zabrakło mi, że tak powiem, w jednym z najważniejszych momentów mojego życia, czyli … przy porodzie. Wiem, ktoś powie, że po co komu telefon jak rodzi i kto by tam myślał w takim momencie o dzwonieniu, ale jednak … . Cała akcja zaczęła się w dzień świąteczny 11 listopada, o 6.00 rano. Całe szczęście, że mąż był w domu i do szpitala pojechaliśmy razem. Poród miał być rodzinny więc mąż był przed salą i czekał, aż go wpuszczą. Jednak córcia miała inne plany i zabrali mnie na cesarkę. Już miałam dzwonić do męża, że zmiana planów, żeby przeniósł się pod inną salę, gdy właśnie wtedy rozładował mi się telefon. O technologio złośliwa!!! Mnie już wywieźli z całą masą podłączonych kabelków do mojego człowieka i sama męża fizycznie powiadomić nie mogłam, więc poprosiłam o to pielęgniarkę. Pech chciał, że przed salą czekało kilku mężczyzn i pani wysłała pod moją salę nie mojego męża a kogoś innego. Mąż trafił do zupełnie innej pani po cesarce i czekał przed jej salą z aparatem. Z kolei pod moją salą czekał pan zupełnie niepodobny do mojego męża. A tak chcieliśmy mieć pierwsze zdjęcie dzidzi zrobione przez tatusia. Śmiesznie wyszło. Potem panowie wymienili się pierwszymi zdjęciami dzieciaczków. Dzięki tej sytuacji stwierdziłam, że nie ma to jak porządna bateria w telefonie, albo chociaż podręczna ładowarka. A że telefony rozładowują się w najmniej odpowiednich momentach, to norma. Przynajmniej jest ciekawie i później jest z czego się pośmiać.

Ryszard

Kilka lat temu sprawy zawodowe spowodowały, że pojawiłem się
tranzytem na lotnisku w Oslo. Miałem tak zwany elektroniczny bilet, z którym
udałem się do okienka przewoźnika celem odebrania karty wstępu. Oczywiście
uznałbym się za wyjątkowego szczęściarza gdyby wszystko odbyło się bez
problemów. Pani przy okienku poinformowała mnie, że owszem rezerwacja jest, ale
nieopłacona. W związku z powyższym ona karty wstępu mi nie da. Ponieważ to nie
pierwszy taki przypadek, więc już wiedziałem gdzie wszcząć alarm. Chwyciłem
telefon z zamiarem skontaktowania się z rezerwującym bilety i od razu zostałem
ukarany za umilanie sobie lotu do Oslo grą na smartfonie. Złośliwość losu i
moje nieroztropne działanie doprowadziły do rozładowania baterii. Taki
„farciarz” jak ja powinien przewidzieć taki rozwój wypadków. Mogłem
zakupić kartę telefoniczną i zadzwonić z automatu, ale nie chciałem tego
czynić, by nie zostawać później z niewykorzystaną pulą minut. Pani przy okienku
podzieliła moje troski i zaproponowała darmowe połączenie u koleżanki. Chętnie
przystałem podziwiając wyjątkową uprzejmość i zorganizowanie. Jednak to nie ten
fakt wywołał moje największe zdziwienie, bowiem „koleżanka”, do
której mnie skierowano okazała się być również moją koleżanką ze szkoły
podstawowej. Z rozdziawionymi ustami obydwojgu nam trudno było na początku
odnaleźć się w tej niecodziennej sytuacji. Momentalnie zapomniałem swojego
angielskiego i w sposób naturalny po polsku spytałem wprost czy nie jest ową
Małgosią, którą zapamiętałem przed laty. Przytaknęła ze śmiechem i
rozpoczęliśmy naszą wspólną retrospektywną podróż w głąb naszej pamięci. Trwało
to dobre pół godziny, a ja zupełnie zapomniałem, w jakim celu się u niej
znalazłem. Po oprzytomnieniu wyłuszczyłem swój problem, a ona udostępniła mi
swój służbowy telefon. Szybko poinformowałem agenta o braku opłaty, a ten
zobowiązał się przelać pieniądze. Oczekiwanie na potwierdzenie i wydanie biletu
na kolejny etap podróży umilałem sobie kontynuacją naszej przerwanej na krótko
rozmowy. Będąc poza rzeczywistością
zapomniałem, że właśnie kilka chwil temu moje połączenie odleciało w siną dal,
a ja nadal tkwię w Oslo. Skończyło się na przebukowaniu na kolejny samolot, ale
to mnie zupełnie nie martwiło, bowiem miałem sposobność spędzenia swojego czasu
oczekiwania w wyjątkowo dla mnie miłym towarzystwie. Do dzisiaj utrzymujemy ze
sobą „skypeowy” kontakt wdzięczni słabości baterii mojego telefonu.
To zdarzenie, nie zupełnie zabawne, lecz bardzo fortunne w zakończeniu nauczyło
mnie, że telefon i możliwość kontaktu jest ważniejsza od chwilowego relaksu na
pokładzie samolotu. Pierwszy raz też doświadczyłem prawdziwości powiedzenia, że
„nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

karolina

Lato, środek dnia. Promienie słońca otulały swym blaskiem szare budynki i otaczające je ulice. Wracając po ciężkich zajęciach na uczelni, patrząc na świat dookoła postanowiłam znaleźć kompana, z którym będę dzielić czas w ten piękny dzień. Chwyciłam szybko za telefon , obdzwoniłam grono koleżanek mieszkających na tyle blisko, by spotkanie było możliwe, jednak bez zadowalających rezultatów. Cień smutku przeszył moją twarz, usiadłam na pobliskiej ławce w rękach trzymając telefon . Przez frustrację, która mnie dopadła weszłam na jeden z portali internetowych umożliwiających zawarcie nowych znajomości. Choć nie robię tego notorycznie, dziś nie miałam się do kogo zwrócić. Po chwili napisał do mnie chłopak (po nicku było wiadome, że tez jest z Łodzi) bez ogródek proponując kino. Niewiele myśląc zgodziłam się, ustaliliśmy adres, godzinę i seans.
-TIU TIU PIIIIIK!!!!
Nagle usłyszałam ten charakterystyczny dźwięk! Zwiastował on koniec mojego dalszego posługiwania się telefonem! Komórka padła! (soooo sad :( )
Ani rano, ani wieczorem nie podłączyłam telefonu pod ładowarkę z powodu nauki. Myślę – seans jest za godzinę, poczekam, zaryzykuję – może przyjdzie… Stając pod kinem, wypatrując samotnego nieznajomego czekałam spoglądając na każdą parę, każdą rodzinę przechodzącą obok mnie. Aż nagle wypatrzyłam GO! Przyszedł, przystanął rozglądając się dookoła. Zauważył, że się mu przyglądam – rzucił w moją stronę szarmancki uśmiech. Podeszłam do NIEGO z pewnym oporem mówiąc:
– Cześć! Nie byłam pewna czy przyjdziesz, wchodzimy do środka?
– Cześć, ale jestem. Jasne. Panie przodem.
Z tego całego zamieszania – mieszanki wstydu i zażenowania nie popisałam się kulturą. Nie wpadłam na to, by się przedstawić – co dotarło do mnie o wiele za późno.
Po wejściu do kina kupiliśmy popcorn, bilety, zajęliśmy miejsca. Rozmawialiśmy o studiach (okazało się, że też studiuje w Łodzi), o wakacjach, wycieczkach.
Po seansie chłopak odprowadził mnie na tramwaj, mówiąc:
– Jak dojedziesz – daj znać!

Wróciłam do domu, zalogowałam się do portalu chcąc napisać wiadomość, lecz wcześniej przeczytałam:
Hej, to jak z tym kinem? Bo nie wiem czy się ogarniać.

Widzę, że dziś nie wypali, może innym razem…
Byłam w szoku! Z kim spędziłam pół dnia?
Ja… nie wiem.

mati91

W styczniu koleżanka rodziców poprosiła mnie o przewiezienie kanapy do jej brata do jakiejś małej miejscowości. Podjechałem do niej, zapakowałem z jej ojcem kanapę na samochód, wklepałem w aplikację GPS adres, który przesłała mi SMSem, podłączyłem smartfona do zapalniczki i w drogę. Warto dodać, że w otrzymanym SMSie nie było wyłącznie docelowej miejscowości, ale też opis trasy z dziwnymi nazwami miejscowości. Przewidywany czas prawie 2 godziny, tą trasą nigdy nie jechałem wcześniej. Gdy według GPS zostało mi kilkanaście minut do celu telefon zabrzęczał, że pada bateria (5%). Moja reakcja „WTF?!” … okazało się, że ładowarka samochodowa padła. Zatrzymałem się w zatoczce przy wjeździe do lasu, żeby dokładnie przejrzeć trasę i ją zapamiętać. W razie czego wolałem stanąć tak, żeby nie zablokować przejazdu ( może gdzieś tam w głębi były jakieś działki, domki – różnie to bywa ). Chcę trochę podjechać do przodu, a tu zonk … tylnie koła mielą niemalże w miejscu. Trasa przez las gdzieś na końcu świata, wszędzie ciemno, a ja zakopałem się na poboczu ?! … bujałem samochodem przód-wsteczny-przód i tak aż udało się wyjeździć odpowiednio długie „koleiny”. Rozpędziłem się po raz ostatni i udało się wyjechać na bardziej pewny grunt. W razie czego włączam awaryjne, sięgam po telefon i niemiła niespodzianka – ekran czarny. Przez tą nerwówkę z błotem i może zbyt głośną muzykę nie usłyszałem kolejnego ostrzeżenia o stanie baterii (2%). Chwilę gmerałem przy tej ładowarce, ale nic nie wskórałem. Pomyślałem, że pojadę dalej, a jak gdzieś będą się paliły światła to poproszę o możliwość podładowania telefonu albo chociaż przełożenia karty sim żebym zadzwonił, powiedział gdzie jestem i poczekał na odbiorcę kanapy. Pierwsza miejscowość cała ciemna ( kilka gospodarstw wzdłuż trasy ), w kolejnej coś się świeci. Zatrzymuję się, pukam, otwiera starsze małżeństwo. Przepraszam, że tak późno, opisałem problem, mówię że oczywiście zapłacę za pomoc, komórki nie mieli, ale jak dopytałem to okazało się, że jest komputer ich córki, która gdzieś tam wyjechała. Ucieszony pobiegłem po kabel z samochodu ( ten od ładowarki ), uruchamiam komputer, podpinam pod USB i czekam, aż się trochę podładuje, żeby go uruchomić. Dziadek siedział cały czas ze mną, zagadywał, wypytywał co robię i takie tam. Pierwszy raz próbowałem uruchomić za szybko i telefon się wyłączył nim w pełni ożył. Postanowiłem dać mu tym razem 10 minut dla pewności. Chwilę przed tym jak miałem podjąć drugą próbę, zauważyłem przez okno podjeżdżający pod dom radiowóz. Okazało się, że babcia zadzwoniła na komisariat, który był w następnej ( większej ) miejscowości. Jak się później dowiedziałem, pasowałem do opisu jakiegoś oszusta, który w okolicznych miejscowościach zatrzymywał się u ludzi przez rzekomy problem z samochodem, a potem ludzie zauważali, że coś zniknęło – jednego niby tak oczarował, że wymienił u niego kilkaset zabawkowych EURO na polskie złotówki po korzystnym kursie :P Prawie godzinę tłumaczyłem na komisariacie co się stało, pozwolili mi podładować telefon, zadzwoniłem do brata koleżanki rodziców iiii … okazało się, że on mieszka 4 domy od domu przy którym się zatrzymałem xD Przez to, że wcześniej w SMSie było kilka nazw miejscowości i to dosyć podobne, myślałem że to po prostu jedna z miejscowości po drodze.
Ale nic z tego nie miałoby miejsca, gdybym miał smartfona z baterią większą niż 2100 mAh :/

Maciek Czajkowski

Jestem studentem informatyki – teraz to już magisterka, ale za czasów inżynierki to różne rzeczy się zdarzały. Wiadomo, informatycy doszukują się najlepszych i najnowocześniejszych sposobów na ściąganie zwłaszcza z jakże ważnego i bardzo potrzebnego przedmiotu jakim jest programowanie deklaratywne. Nie miałem wtedy jeszcze smartłocza, więc ściągi wrzucałem na telefon (czarny to i pod garniakiem za bardzo nie widać). Pamiętam to jak dziś: sala pełna (na roku było nas coś koło 150 osób), jeden wykładowca i 3 pomocników do pilnowania, każdy ściąga na potęgę, gdyby tylko można by było to by kartki latały po sali. Ja z kolegami siedzimy na czacie Bluetooth, podpowiadamy i uzupełniamy się nawzajem i czas jakoś leci. Wybudzanie, gaszenie ekranu, BT, pdfy, i inne ściągi – procek nieźle obciążony a co za tym idzie i bateria poleciała mi na łeb na szyję. Ostatnie 20 minut, osób coraz mniej, trudniej ściągać, każdy podenerowany, ja z nerwów już 2 długopis prawie zjadłem. Piszę odpowiedź na przedostatnie pytanie – otwarte z teorii, która dla mnie była praktycznie niezrozumiała (sama matma prawie), przeglądam ściągę między kolanami, swoją drogą strasznie wielką objętościowo. Wiedziałem, że mam telefon na wyładowaniu, ale myślę cisnę do końca. Jeden z przybocznych profesorka patrzy na mnie krzywym wzrokiem – „Acha, zaraz pewnie podbije” – pomyślałem i tak się stało. Jak podchodził to mi bateria padła na amen, ale ja tego nie zauważyłem. Ten obczaił telefon i kazał mi go oddać. „No to ładnie” – myślę sobie i chcę już pakować, wszak za ściąganie 3 pały i widzimy się za rok. Pomocnik profesorka próbuje odblokować i przyłapać mnie na gorącym uczynku z włączoną ściągą. Ku jego jak i mojemu ździwieniu nie udaje mu się to. Na szczęście dla mnie mój złom zdechł i się już nie włączył.Wybąkałem tylko: „Kazano wyłączyć na początku egzaminu, co też zrobiłem, a trzymam go między nogami bo tak czuję się bezpiecznie”.
Wiem, głupota jakich mało – co jak co stres i strach przed wykryciem wzięły górę :)
A ja mogłem kontynuować pisanie.
Ostatecznie zdałem na 3,5 a już kilka lat po studiach dalej nie wiem do czego mi ten przedmiot może się przydać :)