9

Zima to zmora nie tylko drogowców. Internauci też cierpią

Doniesienia z branży nowych technologii śledzę od ładnych kilku lat. Każdego dnia czytam nie tylko o produktach, usługach czy technologiach, które trafią na rynek za tydzień/miesiąc/kwartał, ale też o wielkich innowacjach, pomysłach określanych mianem przełomów i rewolucji. Po lekturze wpisów tego typu zazwyczaj dochodzi się do wniosku, że świat za dziesięć lat może nie przypominać […]

Doniesienia z branży nowych technologii śledzę od ładnych kilku lat. Każdego dnia czytam nie tylko o produktach, usługach czy technologiach, które trafią na rynek za tydzień/miesiąc/kwartał, ale też o wielkich innowacjach, pomysłach określanych mianem przełomów i rewolucji. Po lekturze wpisów tego typu zazwyczaj dochodzi się do wniosku, że świat za dziesięć lat może nie przypominać tego, w którym obecnie żyjemy. Biorę pod uwagę taki scenariusz, co więcej, zakładam, iż jest on bardzo prawdopodobny. Jednocześnie jednak dostrzegam bariery uprzykrzające nam życie od dawna i spodziewam się, że nie znikną one zbyt szybko.

Pogoda za oknem pozostawia wiele do życzenia: na przestrzeni kilku dni wichura, ulewa, śnieżyca. Przez chwilę było też słonecznie, więc cały pakiet zaliczony. Zmiana aury stała się także odczuwalna w domu, podczas pracy i szeroko pojętej rozrywki – pojawiły się problemy z Internetem. Wolniej, brak, wraca. Wolniej, brak, wraca. I tak w kółko. Podejrzewam, że nie tylko ja zderzam się z tym zjawiskiem i nie jest to wyłącznie wina mojego dostawcy. Korzystałem już z usług różnych firm i w mniejszym lub większym stopniu każda zaliczyła jakąś wpadkę (nie ulega oczywiście wątpliwości, że lepiej być klientem takiej, która w miarę szybko reaguje na zgłaszany problem – kilkudniowa awaria może poważnie zniechęcić nawet cierpliwą osobę). Potwierdzają to również doświadczenia znajomych. Problemy z Internetem mogą się przydarzyć każdemu i wszędzie – nie ma tu reguły, a karty rozdaje zazwyczaj aura. Dostawca może się lepiej lub gorzej przygotować na śnieżycę czy deszcz, lecz stuprocentowej ochrony nie zapewni nigdy. I to pewnie nie ulegnie zmianie.

Ludzkość może się doczekać nowych rozwiązań w wielu sferach naszej rzeczywistości, wspaniałych wynalazków definiujących na nowo konkretne dziedziny życia. Jest jednak całkiem prawdopodobne, że i one zaczną szwankować, gdy pojawią się śnieg, deszcz, spadek temperatury czy wichura. Z tymi problemami zmagali się ludzie w XX wieku, w X i na początku naszej ery. Kiedyś śnieg blokował przełęcze, dzisiaj unieruchamia samoloty, kiedyś wichura łamała słupy telegraficzne, dzisiaj deszcz powoduje zwarcie w sprzęcie dostawcy Internetu. Kiedyś sztormy zatrzymywały statki w portach, a dzisiaj… jest podobnie. Rozwój cywilizacyjny nie sprawił, że wszystko stało się proste, idealne i odporne na uszkodzenia oraz wpływ zjawisk, których nie potrafimy kontrolować (całe szczęście, że nie potrafimy ich kontrolować, bo mogłoby się to źle skończyć). Tak było, jest i będzie.

Od jakiegoś czasu omawiany jest temat inteligentnej odzieży oraz tzw. ubieralnych gadżetów (okularów, zegarków, bransoletek, guzików), uwagę poświęcamy także miastom przyszłości, inteligentnym środkom transportu (np. autonomicznym samochodom), dronom czy zakupom XXI wieku. Teraz te rozwiązania są testowane, nierzadko na sporą skalę, część już jest wdrażana w życie, inne niedługo się tego doczekają. Czy to jednak sprawi, że miasta, konkretne domy, ich mieszkańcy i uczestnicy ruchu drogowego nie padną już ofiarą nagłej zmiany pogody albo trwających długo opadów śniegu? Wątpię.

Kurtka naszpikowana elektroniką może się zepsuć z powodu zwarcia i straci np. bonus w postaci dogrzewania właściciela w czasie mrozu. Inteligentne samochody i tak ugrzęzną w korku, gdy wichura przewróci kilka drzew na drodze albo gdy zima zaskoczy drogowców. Bo to, że zaskoczy jest pewne. Nawet najnowocześniejszy tabor kolejowy nie poradzi sobie, jeśli długotrwała ulewa podmyje tory albo gdy wichura uszkodzi wiadukt (o złodziejach nie wspomnę, a to przecież najgorsza plaga, której o dziwo nie można wyeliminować). Samoloty będą zatrzymywane na lotniskach, a statki w portach, gdy bezpieczeństwo rejsów stanie pod znakiem zapytania.

Rozważana coraz głośniej opcja dostarczana przesyłek za pomocą dronów może się zderzyć z kaprysami aury i szybko okaże się, że w wielu regionach świata przez pół roku lepiej sprawdza się człowiek przewożący towary wysłużonym busem niż latające roboty, które pod wpływem wiatru lądują w koronach drzew lub wbijają się w szyby samochodów. Podobnie może być z innymi zdobyczami rewolucji technologicznej – zwłaszcza, jeśli wprowadzono je szybko i na masową skalę. Zapewne prędko dadzą o sobie znać choroby wieku dziecięcego, a te przecież nierzadko pojawiają się, gdy aura nie sprzyja…

Nie jestem oczywiście przeciwnikiem postępu – nie namawiam do tego, by zrezygnować z energii elektrycznej, bo może jej co jakiś czas zabraknąć, z Internetu, bo może zwolnić czy samolotów, bo mogą zostać uziemione. Cieszę się, że możemy korzystać z tych wynalazków i jednocześnie czekam na kolejne (może poza tymi dronami dostarczającymi przesyłki – do tej koncepcji podchodzę akurat z ogromnym sceptycyzmem). Chcę jednak podkreślić, że nie wierzę w to, iż zmiany w ciągu dziesięciu, dwudziestu czy nawet pięćdziesięciu kolejnych lat wybawią nas od problemów, z którymi zmagamy się od kilku tysięcy lat (oczywiście w wielu przypadkach jest to znacznie krótszy okres sięgający kilkunastu lat wstecz).

Można wprowadzać kolejne usprawnienia, realizować nowe pomysły i minimalizować zagrożenia, ale nigdy nie da to całkowitej pewności, że jakaś wioska nie straci energii elektrycznej na tydzień czy nawet miesiąc, pół dzielnicy nie zostanie pozbawione ogrzewania (w tym przypadku parę dni oznacza już dość poważne problemy), a mieszkańcy kilku bloków nie będą zasypywać dostawcy Internetu pytaniami, kiedy zniknie usterka na godzinę po jej wykryciu. Po takim czasie dochodzi się już do wniosku, iż sprawa jest poważna i trzeba reagować.

W tym ostatnim przypadku może i mamy do czynienia z problemem pierwszego świata, ale np. dla mnie, osoby pracującej w Sieci i utrzymującej się z tego, brak Internetu to nie tylko przestój w pracy – czasem to także niemożność dotrzymania terminu. Nie ma połączenia, pojawia się potrzeba jego uzyskania, przemieszczanie się w nowe miejsce, nierzadko zawracanie komuś głowy. Bo przecież nie zadzwonię do kogoś i nie powiem, że nie prześlę obiecanych materiałów z powodu braku Internetu. Po pierwsze, może to nie brzmieć zbyt wiarygodnie – przerzucanie odpowiedzialności na innych i pogodę jest niebezpieczne, po drugie, człowiek odcięty od Sieci chyba sam sobie chce udowodnić, że jego praca i byt nie są uzależnione od kłopotów z jedną maszyna czy kablem. Niestety, prawda zazwyczaj okazuje się bolesna.

Jak już wspominałem, możemy, a nawet powinniśmy usprawniać nasz świat. Wszystko w granicach rozsądku i nie „na siłę”, ale jednak. Nie ulega jednak wątpliwości, iż zmiany nie uczynią życia doskonałym w każdym jego aspekcie (co więcej, nie nastąpi to w żadnej jego sferze). Wizję idealnej przyszłości, w której Internet śmiga zawsze i wszędzie, samoloty startują i lądują zawsze punktualnie, a ludzie przestają inwestować w agregaty, bo „prąd zawsze jest w gniazdku”, lepiej już dzisiaj schować do szuflady – w ten sposób uniknie się nieprzyjemnego rozczarowania. Zresztą, taki świat oznaczałby większe bezrobocie, mniej wrażeń i koniec filmów katastroficznych. A tego chyba byśmy nie chcieli…;)

Źródło grafiki: achcity.com