13

Kochany pamiętniczku: „zgubili mi bagaż”. Tu zaczyna się zabawa

Od wczorajszego poranka miałem uczucie, że "ten wyjazd będzie ciekawy". Okres "przedifowy", dziennikarze wylatują do Berlina z różnymi producentami - rzekłbym nawet, że jest to jeden z momentów w roku, kiedy to branżowa "biegunka" uwidacznia się szczególnie mocno. Bo wyjazdy, choć są fajne, to po prostu są harówką. Fajne są do momentu, w którym wszystko idzie dobrze.

Przez 5 lat pisania dla AW i 5 lat wyjazdów na przeróżne wydarzenia nie zdarzyło mi się ani razu, bym stracił bagaż rejestrowany. Z tym kabinowym (o ile go wniesiemy do kabiny) zazwyczaj nie ma żadnego problemu, o ile go nie zostawimy w samolocie. Wczoraj, po przylocie z Warszawy do Berlina (wcześniej lot łączony z Rzeszowa, wszystko obsługiwał PLL LOT) okazało się, że na taśmie mój bagaż nie tańcuje. Nie ma gada. Może go nie wypakowali? A może poleciał na Kamczatkę? A może ktoś go zwyczajnie rozwalił, wrzucił do kontenera razem z moimi ubraniami i sprzętem, a następnie skazał na utylizację?

Czytaj także: Antywirusy na Androida… nie działają! Sprawdź które

W takich momentach myśli się szybko. A kiedy nie ma się doświadczenia z bagażem zagubionym, myśli się również chaotycznie. W centrum obsługi bagażu ustalili tyle, że w Berlin Tegel „nie ma, idź pan złożyć dokument”. Dokument złożyłem, walizkę opisałem, zaznaczyłem, że jest w niej coś, co jest mi cholernie potrzebne – wcale nie chodzi o gacie na zmianę, buty, czy głupi dezodorant. Głupi ja, że nie zapakowałem tego do bagażu podręcznego, ale z drugiej strony mógłbym się narazić obsłudze lotniska. To nic nielegalnego, ale może wywoływać pytania w trakcie „security”.

Dzwonię do LOT-u i: „nie mamy Twojego bagażu i co nam zrobisz?”

Serio, komunikacja z tym przewoźnikiem w kontekście zagubionego bagażu to jak hardkor w postaci pożartych 4 tabletek Stoperanu (albo innego leku z loperamidem). Na kontakt czekasz długo, a jak już się doczekasz, to wszystko rodzi się w bólach. Na rozmowę z konsultantem czekałem raz minut 10, raz 25 i dopiero za trzecim razem udało mi się ustalić, że „jest coś takiego jak tracker zagubionego bagażu”. W trakcie dwóch poprzednich rozmów jawnie dano mi do zrozumienia, że „to nie jest w sumie nasz problem, choć zgubiliśmy ci – hehe – bagaż”. Pouczono mnie jedynie, że jeśli chcę, mogę sobie wydać do 100 dolarów na ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy – zwrócą. Więc wydałem, w plecaku ze sobą mam tylko kilka kabli, komputer i chusteczki. Choćbym był niezłym McGyverem, gaci na zmianę i koszulki z tego nie zrobię.

Od wczoraj korzystałem więc z trackera zagubionego bagażu, który jest sobie tutaj. WorldTracer służy wyłącznie do śledzenia tych rzeczy, które z niewiadomego powodu nie znalazły się wraz z podróżnym w lotnisku docelowym. Powiem tak – widziałem strony brzydsze i gorzej działające – w Polsce to przecież norma. Wystarczy zobaczyć na czym działa (działa?!) choćby taki ZUS.

Korzystam z WorldTracer o godzinie 12:00 i co widzę? Dalej szukają walizki. Zaczynam się trochę niepokoić, bo rzecz, którą umieściłem w bagażu rejestrowanym jest mi odrobinę potrzebna do życia. Nie jestem ćpunem, ja się po prostu leczę. Odrobinę zwątpiłem przy tej okazji, bo pewien jestem, że zawaliła Warszawa (krótki czas na przesiadkę i bagaż pewnie nie dojechał do samolotu), a oni dalej „szukają”. Żałuję, że w bagażu nie miałem na przykład hordy karaczanów, bo pewnie znaleźliby ją szybciej.

Doświadczenie nauczyło mnie nie ufać brzydko wyglądającym systemom informatycznym

Takiemu ZUS-owskiemu portalowi, który każe mi instalować Adobe Flash Playera nie ufam w ogóle. W czym więc lepszy jest WorldTracer? W niczym właśnie. Zacząłem się zastanawiać, czy czasami nie jest on odrobinę „opóźniony” względem tego, co aktualnie dzieje się z walizką. Godzina 12:30, postanowiłem zadzwonić do LS Airport Services. W sumie nie miałem większych nadziei na ustalenie czegokolwiek, ale mocno (i pozytywnie) zostałem zaskoczony. Walizka się znalazła. I co ciekawe, jest już w Berlinie (niespodzianka numer 2). Przyleciała po 11:00 do Berlina i niedługo pewnie zgarnie ją jakiś kurier. Aaaale fajnie, zapakuję swoje nowe graty do poczciwej walizki. No i przy okazji wezmę te cholerne leki.

A co na to WorldTracer? Szukają dzielnie. Szukają cierpliwie. Nie wiem na jakim etapie ów system zawalił (ktoś nie dopilnował zmiany statusu, nie przemieliło?), ale skoro taki użytkownik jak ja nie znajduje rzetelnej informacji na temat swojego bagażu, najpewniej winny jest i tak system. Zresztą, przeszperałem trochę opinii na jego temat – rzadko kiedy ktoś uzyskał dzięki niemu dokładne dane dotyczące zagubionej walizki. No i ostatecznie – jak to jest, że LS Airport Services zdołał zadbać o nadanie walizki (i ma to w systemie), a WorldTracer tego nie odnotował?

Mimo wszystko dobrze, że dowiedziałem się wcześniej o statusie swojego bagażu od LS Airport Services, bo okazało się, że w centrum obsługi klientów z zagubionym bagażem źle wpisano moje dane kontaktowe. W telefonie komórkowym trójka zamiast dwójki, z mojego maila zrobili sziszkebaba i co najwyżej dobiliby się do afrykańskiego księcia (albo odbiliby się od postmastera). Jedynie adres w Polsce wpisany poprawnie. A cholera, pisałem na formularzu DRUKOWANYMI LITERAMI (bo nie potrafię inaczej). W hotelowej recepcji zostawiłem informację, że przyjedzie mój bagaż i niech zadzwonią jak już dotrze. OK, nie ma sprawy, zadzwonimy. Uwielbiam hotele pod tym względem, o co byś nie poprosił, z uśmiechem na twarzy okażą ci tyle pomocy ile potrzebujesz (nawet jak niczego nie załatwią).

Walizki jeszcze nie mam, ale ta historia kończy się dobrze. Zawsze chciałem to zrobić: powystawiam uczestnikom tego zamieszania oceny. PLL LOT za fatalną jakość obsługi, postawę „zgubiliśmy i co z tego” i możliwość zwrotu do 100 dolców: 2. LS Airport Services – zaskakująco 4, zgubili, przeprosili i znaleźli mimo WorldTracera, który dostanie wielką, czerwoną pałę (do dziennika!). Średnia to i tak wysokie 3. Za 3 z matematyki w liceum niejeden by się dał pochlastać.

Co na tym zyskałem? Kilka siwych włosów, możliwość przypomnienia sobie zapachu pranej w zlewie koszulki i widoku suszących się pranych ręcznie gaci na kaloryferze. Do tego kilka pierdół z KIK-a i zestaw standardowy z Rossmana. Zyskałem też doświadczenie – teraz, choćbym musiał trzymać swoje potrzebne mi leki w tyłku, to będę je miał zawsze przy sobie. Ewentualnie… zabiorę zaświadczenie, że muszę je brać i że to wcale nie jest tak, że mam przy sobie leki „dla głupich”, bo nimi szmugluję. Ja po prostu jestem głupi.

Autor przyjmuje leki SSRI (choruje na depresję reaktywną, z której nieźle wychodzi jak na razie). Zespół dyskontynuacji leków przeciwdepresyjnych to paskudna sprawa. Tym bardziej, że przyjmuje wenlafaksynę, po odstawieniu której odczuwa tzw. „brain zaps”. Nie polecam.