46

Zarobki miesięczne do 50 tysięcy zł. Nowy hit w sieci!

Czym się różnią szczurze bobki od kminku? To proste. Te pierwsze są bardziej soczyste, choć zdecydowanie gorsze w smaku. Podobnie jest z internetowymi ofertami pracy. Jedne są realne, inne soczyście atrakcyjne. Niestety, fałszywe. Problem w tym, że w sieci spotykają się dwie pasujące do siebie jak ulał grupy ludzi – zdesperowani bezrobotni i… złotouści oszuści […]

Czym się różnią szczurze bobki od kminku? To proste. Te pierwsze są bardziej soczyste, choć zdecydowanie gorsze w smaku. Podobnie jest z internetowymi ofertami pracy. Jedne są realne, inne soczyście atrakcyjne. Niestety, fałszywe. Problem w tym, że w sieci spotykają się dwie pasujące do siebie jak ulał grupy ludzi – zdesperowani bezrobotni i… złotouści oszuści (rym niezamierzony). I tylko nikt, absolutnie nikt nie ma nad tym kontroli. Mało tego, UE dofinansuje taki cyrk nawet pięcioma milionami zł. Hulaj dusza, piekła nie ma!

Polski rynek pracy jaki jest, każdy widzi. Wczoraj poproszono mnie o opinię w sprawie pozornie nowego i wystrzałowego zarazem ogłoszenia. Czyżbym był fachowcem? Niekoniecznie. Jednak jako internetowa niewyparzona gęba od dłuższego czasu śledzę przekręty w tej delikatnej materii. Swego czasu szeroko opisywałem historię firmy, która za 5,5 miliona zł dotacji unijnej publikowała fałszywe oferty pracy. Całkiem niedawno natomiast skupiłem się na historii oszusta i zboczeńca, który obiecywał na łamach większości znanych portali HR pracę w zamian za, jak się okazało… macanko (sic!).

Dziś przyszedł czas na arcyksięcia rekrutacji – celebrytę mrocznych krańców Internetu i zarazem mistrza, który zaoferował właśnie kokosy z platynowym jądrem. Nic, tylko brać! A potem zastanawiać się, kto w tej całej historii jest największym idiotą. Poznajcie historię Piotra N., która jest kolejnym sutym przykładem tego, że należy zweryfikować model, w którym portale z ofertami pracy za pieniądze opublikują wszystko…

Duchowy spadkobierca doktora Pająka?

Na trop Piotra N. trafiłem parę lat temu przy okazji dziwnych ogłoszeń w serwisach rekrutacyjnych. Sprawa była nieco podobna do opisanego przeze mnie ostatnio przypadku Tomasza W., jednak nie trafiłem na jakiekolwiek doniesienia wskazujące, iż ucierpiały osoby trzecie. Po prostu w sieci pojawiały się różnej maści dziwaczne anonse, które z miejsca były krytykowane. Oto jeden z przykładów.

Wysoki zarobek bez pracy – uczciwie i do tego pomagając drugiej osobie w potrzebie. Odnajmę jakiekolwiek mieszkanie w dowolnej lokalizacji w Gorzowie Wlkp po cenie kilkukrotnie przewyższającej rynkową. Przyczyny takiej „nieekonomicznej” transakcji może tu pomińmy z braku miejsca.

Piotr N., podobnie jak Tomasz W., to człowiek renesansu. Jest specjalistą w różnych dziedzinach, oferuje gruszki na wierzbie, a co w tym wszystkim najgorsze, trafia na osoby, które w jego obietnice wierzą. Nasz bohater ma jednak w sobie coś ze słynnego doktora Pająka – otóż prowadzi on kolosalny, pełen spiskowych teorii blog (wydrukowany jako pdf zajmuje bite 93 strony bez załączników!). Nie szuka jednak natchnienia w gwiazdach i obcych cywilizacjach, a porusza tematy bliskie nam wszystkim. Dla przykładu rozprawia się z… Telewizją Polską. Zanim jednak przyklaśniemy tej idei, warto bliżej zapoznać się z teoriami Piotra N.

Otóż TVP Warszawa to z pozoru normalny program regionalny, jednak jego pracownicy to tak naprawdę szpiedzy i to nie byle jacy – wynaleźli bowiem metodę gwałcenia bez fizycznej obecności. Nie znamy ich, bowiem pracują incognito i nie pojawiają się na ekranie. Od 2004 roku ich misją jest całodobowy podsłuch Piotra N., realizowany dzięki wsparciu premiera Donalda Tuska i wszystkich funkcjonariuszy warszawskiej policji i straży miejskiej.

Agentów można jednak rozpoznać, bowiem ubierają się specjalnie (mają na sobie biało-czarne pasy!) oraz trzymają telefon komórkowy, jeżdżą na rowerze lub… kaszlą. Za każdym razem, gdy Piotr N. opuszcza swoje podsłuchiwane mieszkanie, śledzi go od 15 do 100 osób.

Niestety, to nie wszystko. Premier Donald Tusk, najwyraźniej nieusatysfakcjonowany efektami pracy szpiegów, zastosował metodę telepatycznej manipulacji myślami Piotra N.

Jest jeszcze gorzej. Tuskowi nie wystarczało to, co robił i Kaczyński, czyli śledzenie mnie i mojego komputera (to już prawie jak znajomość moich myśli), wprowadził jeszcze specjalnie manipulowanie myślami tak, że już w ogóle nie mam żadnej wolności i prywatności. (…) Stosują do tego manipulowania w TVP Warszawa przekaz podprogowy, tzn. bardzo ciche słowa szeptem.

Piotr N. stale jest też okradany. Jak się okazuje, dysponuje on dewizowymi kontami, z których znikają pieniądze. 7 czerwca 2012 roku skradziono mu 20 tysięcy dolarów. Jeśli dobrze zrozumiałem, w sprawę zamieszany jest Narodowy Bank Polski wraz z Ministerstwem Finansów. Zdarzało się też, że agenci kradli poszkodowanemu zeszyty w taksówce, a potem podrzucali je do domu.

19 lipca tego samego roku Piotr N. został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Jakim cudem, dlaczego, na jakiej podstawie? Odpowiedź jest prosta – to spisek rządowy. Co prawda nasz bohater uderzył obcą kobietę pod centrum Handlowym Promenada w Warszawie, jednak osoba ta… kaszlała, więc ewidentnie była szpiegiem!

Trwa także zjawisko kaszlania w moim otoczeniu, które zaczęło się z początkiem sierpnia 2011 r. Nawet w szpitalu kaszlali na mnie prawie wszyscy współlokatorzy, a miałem ich wielu (zmiana pokoju, później 4 osoby w nim, kilka zmian współlokatora); każdy musiał przynajmniej te 2 razy dziennie zakaszleć na siłę. Chyba im ktoś to doradził, zresztą w tym szpitalu było więcej znanych motywów, np. manipulowanie moimi myślami.

16 października 2013 r. Piotr N. wysłał skargę do Hanny Gronkiewicz-Waltz. W piśmie czytamy:

Informuję, że prawdopodobnie kontrolowana przez Państwa Straż Miejska m.st. Warszawy – we współpracy z TVP Warszawa, który to ośrodek mnie obserwuje przy użyciu istniejących tam nowoczesnych technologii podsłuchowych – jeździ za mną po mieście i wysyła w celu nękania mnie (ubranych po cywilnemu, jednak dosyć charakterystycznych) ludzi na ulice i do autobusów, tramwai. Niestety najprawdopodobniej podsyłają oni także do tramwai i autobusów ludzi z radiem, odtwarzając dręczących mnie „spikerów” z TVP Warszawa.

Internetowy magnat prasowy

Sytuacja jest skandaliczna – w aferę zamieszane są nie tylko obecny i poprzedni rząd, nie tylko policja i straż miejska, ale i kilkanaście obcych krajów. Piotr N. szpiegowany jest wszędzie, a prawdopodobnie także telekinetycznie gwałcony (zapewne również wszędzie, choć to tylko moje domysły). Nie pomogło też zainstalowanie w domu klatki Faradaya – ekipa ją montująca kaszlała i nie dokręciła jednej śrubki, więc nadal myśli poszkodowanego są szpiegowane. Nic dziwnego, że postanowił on obalić system i założyć imperium prasowe, które ujawni wszystkie te nieludzkie przestępstwa.

Piotr N. powołał więc do życia spółkę komandytowo-akcyjną. Jak twierdzi, przeznaczył na to cały swój majątek do niedawna wart 4,1 miliona zł. Działalność rozpoczął od oferty godnej Amber Gold:

Kilkumilionowy inwestor rozdaje, w ramach pozyskiwania dodatkowego kapitału, lokaty z gwarantowaną stopą zwrotu 25% w skali roku. Nieograniczony czas trwania inwestycji, może być dowolnie długi. Prawdopodobna stopa zwrotu wynosi ok. +150% w skali roku (przy depozycie X zyskuje się już po opodatkowaniu ok. 1/10 X miesięcznie). (…) Minimalny wkład 5000 zł.

Mniej więcej w tym samym czasie pojawił się hit Internetu – kuriozalna oferta pracy, którą Piotr N. opublikował na łamach przynajmniej dwóch wiodących płatnych serwisów.

Polski inwestor oferuje posadę kierowniczą (dyrektor zarządzający, może być tytuł prezesa) w kształtującej się dużej spółce z branży prasy i mediów o kilkumilionowym kapitale zakładowym. Odpowiedzialność, w sensie project manager, za wprowadzany na rynek tytuł prasowy (nowy dziennik ogólnopolski w rodzaju „Rzeczpospolita” czy „Polska”), nie mylić jednak z redaktorem naczelnym. Elastyczne wynagrodzenie zawarte w granicach 10 tys. zł do 50 tys. zł.

Zatrudniona osoba będzie musiała postawić firmę prawie od zera. Ponoć trwa obecnie tworzenie drukarni, ale brak pracowników i siedziby firmy. Co dalej? Trzeba będzie negocjować kontrakty reklamowe i kolportażowe, wytyczać strategię reklamową (do wydania na ten cel od jednego do dwóch milionów zł!), pozyskiwać dla firmy pożyczki i kredyty oraz zarządzać drukarnią i wydawnictwem. A to dopiero początek…

Jakie są wymagania dotyczące wykształcenia i doświadczenia? Żadne. Trzeba tylko znać się na obsłudze komputera i być odpornym na przekupstwo. Należy też przedstawić zaświadczenie o niekaralności w przeszłości i… przyszłości. To pierwsze można zdobyć w sądzie, drugie zapewne u wróżki. Być może wróżbita Maciej pomoże?

Najważniejszy jest jednak cel pracy, a jest nim… obalenie rządu (sic!). Gazeta, którą wyda spółka, w pierwszym tygodniu zdeklasuje wszelką konkurencję – jak napisał sam twórca, miażdżąca przewaga nad konkurencją (moralna i nie tylko) zapewniona już teraz.

Co z tym fantem począć?

Przeciętny czytelnik o średnio rozwiniętych zdolnościach analizy treści machnie ręką na to ogłoszenie, bowiem – mówiąc kolokwialnie – całość śmierdzi ściemą na kilometr (niestety, czytanie ze zrozumieniem to polska pięta Achillesowa, co wykazały badania UNICEF). Sęk w tym, że rynek pracy w Polsce jest w tak fatalnej kondycji, że wiele osób z obszarów dotkniętych wysokim bezrobociem ma nóż na gardle i w akcie desperacji brzytwy się chwyta. Takie sytuacje nie tylko rodzą płonne nadzieje, ale i są niebezpieczne, co udowodnił opisywany poprzednio przykład oszusta i zboczeńca Tomasza W.

To smutne i żenujące, że nie ma żadnej kontroli nad rynkiem ofert, a gazety za pieniądze wydrukują wszystko – nawet, jeśli ogłoszenie to ewidentna fałszywka. Znacznie to obniża wiarygodność serwisów rekrutacyjnych, a wierzcie mi, nie każdy kandydat, dzień i noc poszukujący pracy, jest w stanie oddzielić ziarno od plew. Moje zdanie jest w tej materii proste – w dobie elektronicznych mediów potrzebne są stosowne regulacje, które pomogą w zapobieganiu rekrutacyjnym oszustwom. Amen.