laptop i karta debetowa
99

Robiłem duże zakupy w sklepie internetowym i płaciłem za rzeczy, których wcześniej nie przewidziałem…

Przy okazji remontu czy budowy domu człowiek uczy i dowiaduje się wielu rzeczy. Zdawałem sobie z tego sprawę już wcześniej, ale nie sądziłem, że to aż taka szkoła życia. Znajomi śmieją się, że na temat tych "przygód" powinniśmy z drugą połówką napisać książkę, ale jestem przekonany, iż niektóre historie zostałyby z miejsca uznane za zmyślone. Abstrahując od tematu samego remontu, wspomnę o rzeczy, która w tym tygodniu wywołała u mnie spore zaskoczenie. Chodzi o... zakupy w sklepie internetowym. Płaciłem za rzeczy, których wcześniej nie brałem pod uwagę.

Zakupy w sklepach internetowych nie są dla mnie jakimś novum, robię je od lat. Mimo to ten tydzień uzmysłowił mi, że o prawdziwych zakupach nie mam zielonego pojęcia – wtargnąłem na terytorium, które do tej pory było mi całkowicie obce…

Wcześniej kupowałem zazwyczaj drobne rzeczy, paczki przynosił kurier czy listonosz albo odbierałem je w Paczkomacie, sklepy nie proponowały mi stu dodatkowych opcji czy usług przy okazji wrzucania towarów do koszyka, płacenia, realizacji zamówienia. Aż przyszedł dzień, w którym postanowiłem z konkubiną (od jakiegoś czasu próbuję odczarować to słowo) zamówić AGD. Komplet, wszystkie urządzenia niezbędne w kuchni i łazience. W tym miejscu mógłbym opisać wizyty w sklepach stacjonarnych ze sprzętem tego typu, ale to chyba przy innej okazji, bo trauma jeszcze trwa – odwiedziłem kilka elektromarketów przed tygodniem i ból głowy leczyłem do niedzieli. W jednym z nich trafiłem na 5 (słownie: pięć) bardzo niekompetentnych osób i w pewnej chwili zastawiałem się, czy jestem w ukrytej kamerze. Dość napisać, że pracownik stojący kilka metrów od pralek do zabudowy przekonywał mnie, że ich sklep nie ma takiego sprzętu w ofercie. Jego kolega zbierający do kupy ewentualne zamówienie nie umieścił w nim zmywarki, ale dorzucił telewizor… W ciągu całego wieczoru trafiłem w tych przybytkach na jednego człowieka, o którym mógłbym z czystym sumieniem napisać, że zna się na swojej pracy i wykonuje ją rzetelnie.

Wróćmy jednak do sklepów internetowych. Po krótkim rekonesansie wybraliśmy jeden z nich, duża firma, solidne recenzje, atrakcyjne ceny. Do szczęścia nic więcej nie potrzeba. No, może podwyżki, bo rachunki związane z remontem sprawiają, że człowiek siada byle gdzie, a powieki same się unoszą.

Wybieram na stronie lodówkę, sklep pyta mnie czy chcę ubezpieczenie. Na wypadek, gdybym coś źle podpiął czy uszkodził urządzenie w inny sposób. Niby sporo bonusów, rozciągnięte na kilka lat i miesięcznie nie wychodzi dużo za taką przyjemność, ale… No nie zapłacę kilku dodatkowy stówek za raczej wątpliwe usługi. Raz, że mnie nie stać, dwa, uważam, że gra nie jest warta świeczki. Rezygnuję też z tej opcji w przypadku kolejnych urządzeń: pralki, zmywarki, płyty… Przy każdym urządzeniu sklep podsuwa pod nos jakieś dodatkowe produkty: tabletki, proszki, eliksiry, maści, spreje, kurki, zaworki – pewnie niektórych kusi, by kliknąć i dbać o wygląd lodówki czy żywotność zmywarki. Przecież i tak prędzej czy później trzeba będzie to kupić. Trzeba?

Za chwilę sklep proponuje mi dodatkowe usługi i to w przypadku każdego urządzenia: wniesienie towaru do mieszkania, wypoziomowanie, instalacja. Za wniesienie drobnych rzeczy dziękuję, ale z pralką czy zmywarką raczej nie dam rady, więc… Za chwilę pojawia się motyw drzwi w lodówce: trzeba zmienić kierunek ich otwierania. Jeśli zrobię to sam, mogę stracić gwarancję (potwierdzone na infolinii producenta). Jeśli zrobi pracownik sklepu i coś pójdzie nie tak, mogę spać spokojnie. Przynajmniej tak wygląda teoria. No to biorę usługę, kolejna stówka pojawia się na liczniku. Zakupy zakończone? Nie.

Sklep proponuje mi jeszcze ekspresowy dowóz – oczywiście za dopłatą. Nie spieszy się, więc towar przyjedzie w przyszłym tygodniu. To transport gratis. Ale o której? Mogę zaryzykować i czekać od rana do wieczora (nie ma mnie w tym mieszkaniu, a kurier nie dzwoni z informacją, o której będzie) albo… wybrać konkretną godzinę i usługę telefonu od kierowcy, gdy będzie się do mnie wybierał. Cóż, kilka dyszek znowu opuszcza kieszeń. Ostatecznie rachunek jest wyższy od tego, który wyliczyłem „na sucho”. Gdybym jednak był klientem bardzo otwartym na propozycje sklepu, brał dodatkowe produkty, ubezpieczenia i usługi (pewnie o niektórych zapomniałem i nie opisałem), to za finalny koszyk zapłaciłbym krocie.

Nie chciałbym być źle zrozumiany: nie chodzi o to, że domagam się wniesienia towaru za darmo, proszku do prania, zamontowania i najlepiej wypucowania sprzętu w cenie towaru (chociaż… halo, jestę blogerę!). Zdziwiło mnie po prostu to, ile dodatków sklep dorzucił, by urozmaicić moje zakupy i zarobić. Nie byłbym zdziwiony, gdyby okazało się, że więcej zarobi na tym przekręcaniu drzwi niż na samej lodówce. A gdybym tak jeszcze wziął do niej myjkę i ubezpieczenie… Bajka. Niekoniecznie moja, lecz wierzę, że część klientów boi się samodzielnego podpinania zmywarki, chce mieć w usłudze szybką naprawę itp. Oni zapłacą.

Mam nadzieję, że w cenie jest chociaż uśmiech obsługi dowożącej – różnie z tym bywa…