4

Recenzja filmu „Zakonnica” – nieźle się uśmiałem na tym horrorze. Ale chcę więcej!

Niektórzy widzowie nawet nie zdają sobie sprawy, że komiksowe uniwersum Marvela czy DC to nie jedyne światy filmowe, które oglądamy ostatnio w kinach. Filmy "Obecność" i "Annabelle" rozgrywały się w tym samym świecie, ale chyba wszyscy czekali na opowieść dotyczącą tajemniczej zakonnicy, która przewijała się w tle wydarzeń z dotychczasowych produkcji. To miał być najmroczniejszy rozdział całej serii. I chwilami jest. Ale tylko chwilami.

„The Nun” to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. Dlaczego? Ponieważ dość rzadko oglądam horrory – w większości budzą na mojej twarzy uśmiech zamiast przerażenia, a dodatkowo dość niedawno zapoznałem się z obydwoma częściami „Obecności”. Każdy, kto je widział, doskonale pamięta jak intrygująca jest postać zakonnicy z obrazów oraz wizji niektórych bohaterów. Wzbudzała rzeczywistą grozę, dlatego ja tak bardzo obawiałem się filmu dotyczącego jej historii. Odkrycie wszystkich kart na temat jej pochodzenia mogło zepsuć skrzętnie budowaną atmosferę w poprzednich filmach, ale mając pod ręką materiał o takim potencjale każde studio zdecydowałoby się na nakręcenie tego filmu.

Akcja „Zakonnicy” rozgrywa się w 1952 roku. Ulokowane w jednym z rumuńskich miasteczek opactwo sieje postrach wśród mieszkańców. Nikt nie zapuszcza się w jego rejony poza pojedynczym śmiałkiem, który czuje odpowiedzialność dostarczania siostrom kwartalnych zapasów. Podczas jednej z eskapad znajduje ciało zakonnicy. Wieści o tym zdarzeniu docierają aż do Watykanu, skąd wysłany zostaje ojciec Burke, z którym w drogę rusza siostra Irene. Młoda dziewczyna nie przyjęła jeszcze święceń, dlatego przyczyny wskazania właśnie jej na towarzyszkę podróży są co najmniej dziwne. Gdy docierają na miejsce, zaczynają stopniowo odkrywać prawdę na temat historii klasztoru i powodów jego powstania.

Wydawać by się mogło, że zepsucie tego filmu jest niemożliwe. Jedyne, co należało zrobić, to przygotować poprawny horror, w którym wraz z bohaterami będziemy poznawać sekrety tytułowej zakonnicy. Stosowanie typowych dla tego gatunku chwytów i zagrań byłoby wybaczalne – to, co miało uczynić „Zakonnicę” filmem pod pewnym względem wyjątkowym, to historia, której chyba każdy widz „Obecności” był naprawdę ciekaw. Skąd wzięła się demoniczna zakonnica? Dlaczego i kogo prześladuje? Co dzieje się za murami klasztoru? Początki filmu są bardzo obiecujące, ale im dalej w klasztor, tym więcej…  no rozumiecie.



Z niewytłumaczalnych dla mnie powodów twórcy postanowili wpleść w fabułę filmu całe mnóstwo gagów. Odpowiada za nie w głównej mierze tylko jedna postać – gdy znika, znów robi się poważnie, ale każdy jej powrót na ekran można określić wręcz triumfalnym. W takich chwilach „The Nun” zaczyna przypominać film przygodowy z domieszką horroru – ucieczka przed straszydłami staje się passe. Walka wręcz za pomocą siekiery czy strzelby miała być miłą odmianą, ale towarzyszące im gagi i punchline’y skutecznie wybijają widzów z atmosfery horroru. Po kilku takich sytuacjach trudno jest zachować powagę – to raczej jedna z części Indiana Jones czy Mumii (nie, nie ta z Tomem Cruisem – mam na myśli tę z 1999 roku).

Mimo wszystko nie mogę napisać, że ten film nie straszy. „Zakonnica” i zakonnica mogą przyprawić o niepokój niektórych widzów – szczególnie tych o słabych nerwach. Producenci od samego początku wiedzieli, z czym mają do czynienia, dlatego starali się jak najlepiej wykorzystać możliwość sięgnięcia po tę postać. Choć w pewnym momencie można mieć już serdecznie dość stosowania tego samego zabiegu z niewidoczną twarzą odwróconej zakonnicy – bo przecież nigdy nie wiadomo kto czai się pod habitem.

Nie przypadkowo w filmie występuje Taissa Farmiga wcielająca się w siostrę Irene – jest ona łudząco podobna do Very Farmiga, która grała Lorraine Warren w obydwu częściach „Obecności” (prywatnie aktorki są siostrami). Czy te dwie postacie są spokrewnione? Mają ze sobą wiele wspólnego, co zauważycie podczas seansu, i takie nawiązania na pewno są fajnym smaczkiem dla każdego fana serii, ponieważ budzą kolejne spekulacje.

Demián Bichir, jako ojciec Burke i Jonas Bloquet, jako przewodnik Frenchie (Francuzik) musieli wykonywać polecenia reżysera, dlatego ich postacie są jakie są. Corin Hardy zapragnął, by byli dla siebie przeciwwagą na ekranie – pierwszy wprowadza do filmu odrobinę mroku i tajemniczości, drugi to szczypta humoru i bojaźliwości. Trudno jednak im cokolwiek zarzucić – w swoich rolach odnaleźli się zaskakująco dobrze. Muzyka Abela Korzeniowskiego broni się także jako samodzielny soundtrack, a w filmie dobrze buduje napięcie w odpowiednich momentach.

Mam jednak spore trudności z jednoznaczną oceną „Zakonnicy”. Nie jest to film zły, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdy twórcom brakowało pomysłów na utrzymanie klimatu horroru, decydowano się na rozluźnienie atmosfery żarcikami. I właśnie one są największym problemem tej produkcji, ponieważ mało kto spodziewał się ich tak dużo w horrorze zapowiadanym, jako jeden z najstraszniejszych ostatnich miesięcy czy lat. „Zakonnica” to świetna rozrywka, ale nieco inna, niż byście się spodziewali…