80

YouTuberzy pod ostrzałem: kolejne filmiki są blokowane, masa roszczeń o naruszenie praw autorskich zalewa skrzynki pocztowe

W ciągu ostatnich paru dni przez YouTube’a przelewa się fala żalu i goryczy. Rozpoczęła się kolejna odsłona walki o prawa autorskie, toczona na linii: niezależne media – wielcy wydawcy. Wiele wskazuje na to, że w ciągu najbliższych tygodni let’s playerzy staną się gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Od kilkudziesięciu godzin na YouTube trwa gorączka. YouTuberzy związani z […]

W ciągu ostatnich paru dni przez YouTube’a przelewa się fala żalu i goryczy. Rozpoczęła się kolejna odsłona walki o prawa autorskie, toczona na linii: niezależne media – wielcy wydawcy. Wiele wskazuje na to, że w ciągu najbliższych tygodni let’s playerzy staną się gatunkiem zagrożonym wyginięciem.

Od kilkudziesięciu godzin na YouTube trwa gorączka. YouTuberzy związani z rynkiem gier wideo, w dużej części tzw. „zagrajmerzy”, zajmujący się tworzeniem materiałów z przechodzenia kolejnych etapów różnych produkcji, toną w lawinie oskarżeń o naruszenie praw autorskich, a ich materiały są blokowane, bądź wyłączana jest ich monetyzacja. Co za tym idzie – koniec pieniążków z Google AdSense.

Ważne w tej sprawie są szczególnie dwie kwestie:

Wydaje się, że powodem blokowania filmików jest zautomatyzowany system, który wdraża Google. Znajduje on fragmenty podkładu muzycznego, albo filmiku (np. zwiastuna gry), które zostały oznaczona jako chronione prawem autorskim, przez dany podmiot (zazwyczaj wydawcę gry). Niektóre firmy również poczytują to za problem – np. Blizzard za pośrednictwem Twittera poprosił osoby, których filmy zostały zablokowane o kontakt, aby mogli wspólnie zaradzić tej sytuacji.

 

 

Nie ma znaczenia, czy YouTuber jest w sieci partnerskiej. Do tej pory więksi twórcy podpisywali kontrakty z sieciami partnerskimi, z czego największą korzyścią był fakt, że mieli ułatwioną sprawę walki o prawa autorskie – w zamian za odsetek zarobków, zajmowały się tym zewnętrzne podmioty. Ponadto, ich filmiki mogły być monetyzowane od momentu uploadu, nie musiały być zatwierdzane przez  Google. Twórcy, którzy niedawno podpisali umowy np. na rok, prawdopodobnie będą więc „odpalać” działkę przez kolejne dwanaście miesięcy, niewiele z tego mając.

Można odnieść wrażenie, że problem pojawia się dopiero teraz. Prawdę jest jednak, że deweloperzy już o dłuższego czasu utrudniają życie YouTuberom, np. poprzez kategoryczne zabranianie publikowania jakiegokolwiek materiału z gier wideo, do których mają prawa. Nie mówiąc już o zarabianiu na takich materiałach. Teoretycznie, istnieje coś takiego jak prawo cytatu, jednakże w sprawie gier wideo rzecz jest dosyć kontrowersyjna. Pytanie brzmi bowiem – ile materiału można wykorzystać? Zdaniem wydawców, nie za dużo. A najlepiej w ogóle. Chyba, że otrzyma się zgodę na piśmie.

Co jest oczywistym wykorzystywaniem istniejącego, idiotycznego reżimu prawnego, z rozbuchanym do granic możliwości systemem ochrony własności intelektualnej. Wedle najnowszych zmian (zdaje się, że sprzed paru lat), trzymajcie się poręczy – prawo autorskie majątkowe jest w mocy przez 70 lat od śmierci autora. Co najlepsze, te prawa w bardzo rzadkich przypadkach są w rękach faktycznego twórcy – zazwyczaj przez sto lat bogacą się na nich wydawcy, czyli korporacje większe i mniejsze.

Wracając do tematu – wyobrażacie sobie na przykład, żeby Paweł Opydo, robiąc sobie relację na żywo z czytania Zmierzchu, miał się borykać z problemami prawnymi? Przecież to absurd. Podobnie jest z grami wideo, które są przecież interaktywne z definicji. Każdy kto oglądał let’s play’e wie, że patrzenie jak ktoś się bawi, komentując jednocześnie rozgrywkę, ma tyle wspólnego z graniem, co patrzenie jak ktoś je loda i opisuje jego smak.

W rzeczywistości nie chodzi wcale o straty, które youtuberzy mogą powodować, a kontrolę sytuacji. Im mniej niezależnych mediów, tym lepiej. A że przestarzałe przepisy prawne, które są wręcz zaostrzane, dzięki naciskowi lobbystów, tworzą dogodną sytuację, to czemu by jej nie wykorzystać?