53

Po czterech miesiącach pożegnałem się YouTube Premium. Bez żalu

Macie czasem tak, że czekacie na jakiś produkt lub usługę i jesteście przekonani, że to coś niezbędnego w Waszym życiu? Miałem tak z YouTube Premium. Jednak po czterech miesiącach okresu próbnego pożegnałem się z subskrypcją. Dlaczego?

Kiedy tylko wyczekiwane YouTube Premium wystartowało w Polsce, Konrad przygotował wyczerpujące wideo opisujące poszczególne usługi i korzyści płynące z opłacania abonamentu. Jeśli więc jakimś cudem Wam to wszystko umknęło, warto się z tym materiałem zapoznać.

YouTube bez reklam? Nie, jeśli używasz kilku kont

Jedną z podstawowych rzeczy, dla których chciałem wykorzystywać subskrypcję YouTube Premium był brak reklam w serwisie z filmami. Cały czas uważam, że jest ich tam za dużo, są niezbyt dobrze targetowane i o ile jeszcze na początku materiału nie przeszkadzają mi tak bardzo, to bardzo psują przyjemność z oglądania kiedy pojawiają się na przykład w połowie filmu. I abonament bez wątpienia rozwiązuje ten problem sprawiając, że z serwisu korzysta się przyjemniej (choć umówmy się – są też bezpłatne sposoby na reklamy i masa osób radzi sobie w ten sposób). Wszystko fajnie kiedy na każdym komputerze i każdym urządzeniu mobilnym używacie tego samego konta Google. Ja mam na przykład kilka – główne z 4 miesięcznym YT Premium (wciąż nie wiem dlaczego tak długim), jedno typowo “testowe”, konto na którym trzymam zestaw aplikacji instalowanych do recenzji smartfona (a nie potrzebuję ich u siebie), do tego konto AntywebTV. Generalnie w tej chwili mam w swoim telefonie podłączonych 8 kont Google i uwierzcie mi, nie zawsze zwracam uwagę które jest zalogowane w tej chwili na YouTube. Szczególnie w przypadku AntywebTV bardzo często zarządzam kanałem z poziomu mobile, więc to właśnie ono wskakuje do aplikacji jako zalogowane. I co? I są reklamy. Te cztery miesiące z YT Premium nie wyglądało więc tak, że nagle reklamy zniknęły całkowicie, bo i nie zawsze oglądałem serwis z poziomu konta z próbną subskrypcją.

Jakość? Raczej jakoś

Wielokrotnie piszę o tym, że YouTube jest fajnym odtwarzaczem muzyki, z którego czasem korzystam. Zespoły publikują swoje nowe płyty za darmo na YouTube i bardzo szanuję to podejście. Jednak o tym jak bardzo nie pasuje mi jakość muzyki prosto z YT przekonałem się finalnie podczas pierwszego odsłuchu nowego albumu zespołu Mgła. Perkusyjne talerze brzęczały, dźwięk był za płaski, detale nie do wyłapania. Na szczęście krążek szybko wpadł na Spotify (płyta CD niestety wciąż do mnie idzie) i doskonale słychać różnicę jakości na tych dwóch platformach. W takim układzie odpada też odtwarzanie w tle, bo zwyczajnie tej muzyki z YT aż tak dużo nie słuchałem. Może podcasty, ale znowu – nie słucham podcastów. Kolejny argument za opłacaniem abonamentu zniknął.

Zaraz Konrad Kozłowski napisze w pierwszym komentarzu, że nie doceniam ogromnego katalogu YouTube Music, który daje dostęp do zawartości nieobecnej u konkurencji. I pewnie ma rację, tylko ja tej zawartości w ogóle tam nie szukałem. A skoro nie szukałem, to znaczy, że jej nie potrzebuję. W Muzyce Play znalazłem dosłownie dwa albumy, których brakuje mi na Spotify – ale skoro mam je na płytach CD, to naprawdę nie jest gamechanger. Od lat nie czuję potrzeby uzupełniania wspomnianego Spotify jakimkolwiek innym serwisem streamingowym i usługa Google nie jest tu wyjątkiem. Próbowałem, nie polubiliśmy się z Muzyką Play – choć z YT music chyba jeszcze mniej, bo chaos który tam znajduję kompletnie do mnie nie przemawia.

Podobnie jak YouTube Originals. Poza Cobra Kai nie znalazłem tam nic dla siebie, a nie będę szukał na siłę opłacając Netfliksa i HBO Go, których bibliotek nie jestem w stanie ogarnąć z powodu braku wystarczającej ilości czasu na filmy i seriale.

Myślałem, że będę też używał funkcji pobierania klipów z YouTube do pamięci urządzenia mobilnego. I faktycznie, użyłem – raz. Wziąłem do samolotu dwa krótkie materiały mojego ulubionego youtubera, których nie zdążyłem obejrzeć w domu. Ale tu też wychodzi na wierzch mój sposób oglądania YouTube – śledzę kilka kanałów i oglądam ich materiały regularnie, na resztę trafiam przypadkiem z poleceń serwisu. A to oznacza, że w moim przypadku pobieranie klipów do offline nie ma racji bytu. Więc nawet nie wspominam o śmiesznej rozdzielczości 720p, bo w takiej można niestety pobierać klipy do pamięci urządzenia.

23,99 zł – tyle kosztuje miesięcznie dostęp do YouTube Premium. To więcej niż miesiąc ze Spotify i więcej niż miesiąc z HBO Go. Choć filmowo-serialowy serwis z Grą o Tron technicznie strasznie mnie irytuje, to jednak katalog produkcji niedostępny u konkurencji sprawia, że wciąż opłacam abonament. Spotify to moje główne źródło muzyki w sieci i chyba nigdy z niego nie zrezygnuję. A YouTube Premium? Niby to “tylko” 24 złote miesięcznie, ale jednak gdzieś w głowie ta opłata by mnie “uwierała” z takiego zwykłego ludzkiego rozsądku. Bo po co płacić za coś, z czego się nie korzysta, a za opłaconymi funkcjami nie tęskni? Szczególnie, że poza dwiema wspomnianymi usługami opłacam jeszcze miejsce w chmurze Google, PlayStation Plus i Nintendo Online –  do tego dochodzą opłacane przez Grześka dwa programy z pakietu Adobe (Premiere+After Effects) i dostęp do świetnej bazy muzyki dla filmów na YT. I tak jest tego sporo, nie widzę sensu dokładać kolejnej opłaty.

A jak u Was? Po zakończeniu okresu próbnego YouTube Premium wykupiliście dostęp do usługi czy tak jak ja wróciliście do klasycznego darmowego YT?