dark phoenix
7

Nie tak wygląda koniec z przytupem. Recenzja X-men: Mroczna Phoenix

Filmy o mutantach miały różne fazy. Bywało umiarkowanie (X-Men), bywało świetnie (X-Men: Pierwsza Klasa), ale — niestety — zdarzały się też odsłony, których oglądanie było dla mnie prawdziwą męczarnią (X-Men: Ostatni Bastion). Mimo wszystko regularnie otrzymujemy świeżą dawkę kinowych opowieści o losach mutantów. Najnowsza z nich skupia się w całości na wiernej pierwowzorowi historii Mrocznej Phoenix. Opowieści doskonale znanej nie tylko fanom komiksów, ale także kultowego serialu animowanego z ekipą Charlesa Xaviera.

X-men: Mroczna Phoenix — efektowne zakończenie ery filmów z mutantami, ale…

Mroczna Phoenix jest bezpośrednią kontynuacją Apokalipsy, która w 2016 roku trafiła do kin. Obserwowane wydarzenia dzieją się kilka lat później — sytuacja mutantów wydaje się zatem doskonale znana. Wybierając się do kina miałem cały czas z tyłu głowy, że to produkcja oficjalnie kończąca pierwszą erę przygód bohaterów — i po cichu liczyłem na to, że wszystko odbędzie się z przytupem. Niestety, rzeczywistość okazała się dość brutalna — bo choć dramatycznie nie jest, jakoś wybitnie… również.

Mroczna Phoenix to jedna z najważniejszych (a już na pewno najpopularniejszych) sag w komiksach o ekipie Charlesa Xaviera — i choć czerpie z nimi całymi garściami, to jednak nie jest dokładnie ta sama opowieść. Filmowe uniwersum drugi raz podchodzi do tematu i… drugi raz wtrąca coś od siebie — tym razem tworząc dziwną hybrydę. Niemniej wydarzenia w filmie skupiają się na postaci Jean Grey, która podczas misji w kosmosie wchłonęła tajemniczą energię. Następstwem tego jest niemoc zapanowania nad swoimi zdolnościami, przez co jej życie zostaje wywrócone do góry nogami. Jane opuszcza swoich przyjaciół i postanawia podążać własną ścieżką. Nie trzeba wiele, by pojawiły się kłopoty — a jakby tego było mało, napotyka tajemnicze pozaziemskie istoty, z którymi szybko się zaprzyjaźniają. Nie potrzeba dedukcji Szerloka Holmesa by wiedzieć, że te nie mają czystych zamiarów — i nie ma łatwego wyjścia z tej sytuacji. Na szczęście Jean wciąż ma za sobą grono przyjaciół którzy mimo minionych wydarzeń i nieporozumień, stoją za nią murem.

Za scenariusz i reżyserię Mrocznej Phoenix odpowiada Simon Kinberg, od lat związany z kinowymi przygodami X-menów. I, niestety, jeżeli liczyliście na prawdziwy hit — to nie mam dla Was najlepszych wiadomości. Mroczna Phoenix to jeden z tych filmów, które sam umieściłbym na… średniej półce. I nie zrozumcie mnie źle — ogląda się go z przyjemnością, a dwie godziny spędzone w kinie minęły nie wiadomo kiedy.

Jednak cała historia toczy się w ekspresowym tempie. Pełne efektownych przejść i zwolnień sceny przeplatane są dynamicznymi pojedynkami, które w sali kinowej prezentują się widowiskowo — prawdziwa uczta dla oka. Do tego sporo magii całości dodaje świetna muzyka Hansa Zimmera. Mimo wszystko akcja toczy się na tyle szybko, że dla mnie… o zgrozo zabrakło w niej miejsca na Jean Grey! Szczególnie tę, jaką poznaliśmy wcześniej — czy to na komiksowych kartach tej historii, czy w telewizyjnej adaptacji. Patrząc na szerszy obrazek, ta historia nabiera dużo więcej mocy. Tutaj wyraźnie widać pośpiech i skupienie się na efekciarstwie, przez co wyraźnie zabrakło miejsca na bliższe przedstawienie postaci. Gdyby nie to że to doskonale znana mi od lat historia, prawdopodobnie jako kinowy widz pozostałbym kompletnie niewzruszony wszystkim co dzieje się na ekranie — bo sposób w jaki przedstawiono Jean jest, delikatnie mówiąc, niesatysfakcjonujący. I, o zgrozo, dużo większe wrażenie zrobiły na mnie tęsknoty Hanka McCoya, prawdziwa złość Erika Lehnsherra czy poddanie wątpliwości wyborów i dróg obranych przez Charlesa. Prawdopodobnie spora w tym również zasługa wcielających się w nich aktorów, z których każdy poradził sobie o niebo lepiej, niż odtwórczyni głównej roli.

X-Men: Mroczna Phoenix to finał pierwszego zestawu filmów o superbohaterach. Nie taki na jaki liczyłem — ale… bardzo wpisujący się w historię tych produkcji (niestety). To typowy, widowiskowy, film o superbohaterach w którym sporo rzeczy nie zagrało… a mogło. Widowiskowe efekty specjalne nie są w stanie przykryć całego zestawu braków — ze spłyconą historią i bohaterami bez wyrazu na czele. Nie pomagają też specjalnie smaczki w postaci nawiązań do poprzednich produkcji i innych drobnostek, które przemycili twórcy. Nie spodziewajcie się zatem produkcji na miarę ostatnich Avengersów, to zupełnie nie ta liga. Ale jeżeli znajdziecie dwie wolne godziny i nabierzecie ochoty na niezobowiązujące kino superbohaterskie, śmiało. Powinno wystarczyć!