5

Wybacz Paweł, ale Ty sam sobie przeczysz: odradzasz preordery czy nie?

Gracz ze mnie niedzielny, konsoli nie posiadam, na PC kilka starych tytułów. Ale za sprawą doniesień medialnych, głównie tych na AW, kojarzę mniej więcej, co dzieje się na rynku. Ostatnio obserwuję aferę wokół Batmana, a to kolejna odsłona nieprzyjemnego zjawiska dostarczania klientom niegotowych produktów. „Preordery psują rynek” słychać tu i tam. Tak mówił też Paweł. […]

Gracz ze mnie niedzielny, konsoli nie posiadam, na PC kilka starych tytułów. Ale za sprawą doniesień medialnych, głównie tych na AW, kojarzę mniej więcej, co dzieje się na rynku. Ostatnio obserwuję aferę wokół Batmana, a to kolejna odsłona nieprzyjemnego zjawiska dostarczania klientom niegotowych produktów. „Preordery psują rynek” słychać tu i tam. Tak mówił też Paweł. A potem pisze o nowej platformie crowdfundingowej i chyba docenia projekt. A przecież to może być wstęp do kolejnego etapu patologii.

Obejrzałem ostatni film z podsumowaniem tygodnia, najważniejszym tematem był w nim wspomniany Batman. Batman, który został wycofany z rynku przez producenta, ponieważ był niegrywalny. Pisząc krótko: ludziom wciśnięto bubel. I nie brakuje głosów przekonujących, że firmy rozpuścili sami gracze płacąc za niegotowe produkty w preorderach. Skoro kasa się zgadza, to można olać klienta, niech się cieszy z tego, co dostał. Chore. Śledząc takie wątki cieszę się, że nie jestem „aktywnym” graczem, bo zgrzytałbym zębami i rzucał mięsem w stronę komputera czy konsoli.

Pełna zgoda z Pawłem: nie kupujcie preorderów, bo sami sobie robicie krzywdę.

Ale teraz drugi wątek: platforma First Flight, czyli crowdfunding w wykonaniu Sony.

Oprócz klasycznego wspierania innowacyjnych projektów można tam będzie kupić produkty tworzone przez sam koncern.

Mogę się oczywiście mylić, jeśli tak jest, to proszę, popraw mnie Pawle, ale Tobie chyba spodobał się ten pomysł. Jeżeli to nadinterpretacja, to przepraszam. Jednocześnie jednak muszę zauważyć, że nie brakuje w Sieci głosów przekonujących, że nowy projekt Sony jest ok, to słuszna koncepcja, skorzystają młodzi, zdolni twórcy, korporacja, klienci… Czyżby? Ja już wyrażałem swoje zdanie na temat tego pomysłu, on tak naprawdę nie jest nowy – Sony pod koniec ubiegłego roku dało do zrozumienia, że myśli o finansowaniu społecznościowym. Wtedy taki akapit umieściłem w swoim wpisie:

Pchanie się w finansowanie społecznościowe przez takich graczy jest niebezpieczne – za jakiś czas może się okazać, że 10 dużych firm oferuje nam swoje produkty w ramach crowdfundingu. Serwisy tego typu zamienią się w zwyczajne sklepy. I to z niepewnym towarem. Ryzyko będzie minimalizowane, przeniesie się je na klienta, zyski ulegną podkręceniu. Z punktu widzenia firmy fajna sprawa, ale niszczone jest zjawisko, które u podstaw miało wpisane pomaganie zdolnym i pomysłowym ludziom bez środków niezbędnych do realizacji planu. Niestety, zbiórka Sony zakończyła się sukcesem, a to może podziałać na innych gigantów niczym magnes. Źle się dzieje…

W tej kwestii pojawia się naprawdę dużo niebezpieczeństw. Wśród nich… preordery. Klient zapłaci za towar, którego nie ma. A przecież to może się okazać bublem. Gdy kasa spłynie na konta, część twórców przestanie się przykładać, sprawę uznają za zamkniętą i zaserwują ludziom chłam. Niedopracowany, czasem wręcz bezużyteczny. Skoro można tak zrobić z grą, to dlaczego zjawisko miałoby omijać segmenty smartwatchy, telefonów albo opasek fitness? To będzie zwyczajne psucie rynku, dla szybkich zysków firmy mogą zrobić rzeczy, które wywołają u klientów głośne WTF.

First Flight

Popularne serwisy crowdfundingowe zamieniły się w sklepy z przedsprzedażą i już niejednokrotnie pisałem, że źle się stało. Potem zdenerwowało mnie to, że wykorzystują je nawet te firmy, które mają pieniądze – np. Pebble. Teraz dochodzimy do momentu totalnego wypaczania idei finansowania społecznościowego: po kasę zgłaszają się korporacje. Pisałem już: jeżeli Sony chce promować młode talenty i ułatwiać im start, to niech szuka rozwiązania, ale bez pchania się w crowdfunding. W preordery. Ostatecznie może stanąć na tym, że stratni będą klient oraz młody twórca, który wpadnie w korporacyjny mechanizm, zostanie zmuszony do szybkiego „dowiezienia” produktu, a zyska korporacja. Niemożliwe albo mało prawdopodobne? Pożyjemy, zobaczymy. Jeżeli to rozwiązanie się przyjmie i spodoba się innym, to jeszcze zatęsknimy za czasami, gdy za swoje pomysły firma odpowiada swoimi pieniędzmi.