27

Wszyscy jesteśmy ekspertami

Nie będę rozpływać się nad zdolnością opanowania każdej możliwej dziedziny wiedzy – „przymiocie” Polaków. Szlifowana wiedza ogólna jest świetna. Przydatna zwłaszcza w teleturniejach, gdzie raz dostaniemy pytanie o zwyczaje seksualne bonobo, a tuż po tym trafimy na łamigłówkę z zakresu fizyki. Nie myśleliście kiedykolwiek o tym, że otrzymanie głównej wygranej byłoby prostsze, gdybyśmy do telewizyjnego […]

Nie będę rozpływać się nad zdolnością opanowania każdej możliwej dziedziny wiedzy – „przymiocie” Polaków. Szlifowana wiedza ogólna jest świetna. Przydatna zwłaszcza w teleturniejach, gdzie raz dostaniemy pytanie o zwyczaje seksualne bonobo, a tuż po tym trafimy na łamigłówkę z zakresu fizyki. Nie myśleliście kiedykolwiek o tym, że otrzymanie głównej wygranej byłoby prostsze, gdybyśmy do telewizyjnego studia zabrali ze sobą telefon komórkowy? To oczywiste – milion z palcem… w pępku.

Gotuj jak Okrasa, sprzątaj jak Rozenek

Ostatnio miałem niemały problem z nowiutkimi spodniami. Moja luba zna się na tym, jak pomalować pekińczyka tak, aby wyglądał jak Emma Watson, Dobra, przesadzam. Maże po twarzy dziewczyny po to, by były ładne. Mam swoje zdanie na ten temat. Dla mnie kobiecy makijaż mógłby nawet nie istnieć – alkohol daje te same efekty. Poza tym, nie lubię sztucznego wyglądu u kobiety. Skoro naturalnie jest ładna, to super. Jak nie – z gówna bata nie ukręcisz.

funny-man-shit-stain-white-trousers-farts-cant-trust-them-pics
(żeby nie było, nigdy mi się nie zdarzyło „z gruzem” – a propos plamy na spodniach…)

Wróćmy „do”. Lubej nudziło się niemiłosiernie i zauważyła z triumfem, iż mam jedną brew. No, super. Jestem facetem i moje brwi mają wyglądać jak u faceta, a nie jak u Kwiatkowskiego. Na nic zdały się tłumaczenia, że jak będę rąbał drewno, to będzie mi płynął pot po czole. A brwi są po to, żeby mi nie naleciał do oczu. Ostatecznie musiałem położyć się jej na kolanach i oddać się zabiegowi. Warunkiem pełnego zakończenia zabiegu kosmetycznego było nałożenie „henny”. Co to jest – nie wiem. Mógłbym sprawdzić w Google – w sumie tak zrobię.

– barwnik roślinny produkowany z liści i pędów rośliny zwanej lawsonią bezbronną (Lawsonia inermis L.).

Tak rzekła Wikipedia

Teraz już wiem czym jest henna. Dzięki temu felietonowi mogę dowiedzieć się, co tak naprawdę było na moich brwiach przez jakieś trzy dni. Gorzej, że wspomniane wyżej paskudztwo wylądowało także i na moich nowych spodniach w kolorze… właśnie nie wiem. Sprawdzę sobie w Google… mam. #4D1F1C. Czyli kasztanowy.

Szybkie zapranie plamy nie pomogło. Na moich pięknych, nowiutkich spodniach śmiała się do mnie okrutna plama. Henna naświniła mi akurat w takim miejscu, że nie da się tego zakryć pod bluzą. Bezpośrednio nad kolanem. Życie to cham.

Proszek nie dał rady. Luba rozkłada ręce. Palę jednego za drugim, bo boli mnie okrutnie fakt, iż na spodnie wydałem pieniądze, a teraz mam i plamę i spodnie. Przy czym taki układ raczej mnie nie odpowiada. Szukam w Google – są sposoby. A jednak!

Popatrz, co zrobiłem wyżej

Moja codzienność składa się z trzech etapów. Wstaję rano, klękam przy łóżku i modlę się do Nadelli i dziękuję mu za dary, które mi zsyła za przychylne teksty o Microsofcie. Wstaję, otrzepuję się i myję zęby. Jem cokolwiek, byleby było świeże. Piję kawę, wychodzę na balkon zapalić. Ewentualnie idę na uczelnię, choć teraz nie jest to już przymus. Wracam i o ile nie jem w galerii, zastanawiam się, co ugotować. Jeżeli mam coś gotowego to raczej nie bawię się w eksperymenty – wrzucam na gaz, odgrzewam i jem. Gorzej, jak mam wybór. Wtedy rozmyślam.

food_prep

Jeszcze gorzej jest, jak luba zarządza wieczór u mnie. No, ok. Przyjdzie – trzeba posprzątać. To się czasem nie udaje, bo z grafikiem u mnie jest lichutko. W niektóre szczeliny mojego kalendarza od pewnego czasu trudno jest choćby piórko włożyć, a co dopiero głowę sobie sprzątaniem zawracać. O ile łóżko, biurko i przejście do drzwi jest niezagracone – może być. Dziewczyna ma inne zdanie w tej kwestii.

Jeżeli już przyjdzie, nie będziemy sobie patrzeć w oczy. Trzeba coś zjeść – jak w Simsach. No, ale co? Pomidorówkę zrobię? Znowu spaghetti? Lamerstwo. Gotować umiem – przede wszystkim smacznie. Wrzucona przeze mnie na Facebooka wątróbka nie zrobiła furory i rzeczywiście, wręcz odstraszała… ale w smaku była świetna. Co do gotowania brak mi jednak inspiracji. Nie dzwonię do mamy po fajny przepis, bo ich zwyczajnie nie ma. Przecież wszystko jest w Internecie.

Na zadanie domowe…

Praca indywidualna, w domu polegająca na opisaniu czegokolwiek na jakikolwiek przedmiot to aż proszenie się o to, by w ruch poszły telefony, Google lub Wikipedia. Ja tego nie piętnuję – super, że informacje są tak łatwo dostępne. Ja już nie żyłem w czasach, gdy po wiedzę zasuwało się do biblioteki i wertowało opasłe tomiska w poszukiwaniu czegokolwiek, co pasowałoby do tematu pracy. Formuła tego zadania też jest nieco koślawa, choć i sam Internet stwarza przykrą możliwość bezczelnego skopiowania treści z Wikipedii na kartkę A4. Podobnie jest z prezentacjami na studiach. Z nudów, słuchając wystąpienia moich współtowarzyszy studenckiej niedoli, wpisywałem treści zawarte w ich prezentacjach do wyszukiwarki. I co? Toćka w toćkę zerżnięte z Internetu. Kilkudziesięcioletni profesor na krześle jedynie przytakiwał i pewnie zastanawiał się, jak to możliwe, że student, który ledwo kilka zdań napisze na kolokwium operuje tak bardzo wyspecjalizowanym językiem. Pół biedy, jak wie o czym mówi i potrafi wypowiedzieć nierzadko trudne do wymówienia terminy.

Dziecko z wygody zrobi tak samo. Bezmyślnie zerżnie i odbębni zadaną pracę. Nauczyciel zaś będzie zadowolony i odfajkuje fakt rzetelnego wykonania polecenia. Rzadko się zastanawia jednak nad faktem, czy poza wypełnieniem obowiązku, uczeń cokolwiek pojął. Czy przeczytał coś więcej, zgłębił zagadnienie. Nie? No, właśnie. Od tego jest Google, w razie potrzeby.

A gdy psor nie widzi…

Kolokwium, klasówka, cokolwiek. Jeżeli nauczycielowi nie chce się akurat przechadzać po klasie i woli odwalić przy okazji „wolnego” zaległą robotę, uczniowie oraz studenci rozpoczynają jeden z mniej etycznych rytuałów. Sięgają po telefony, które ściąganie wyniosły na nowy poziom. Internet w telefonie to już nie luksus, lecz codzienność. Nierzadko okazuje się, że na jedno pytanie kilku uczniów ma dokładnie takie same odpowiedzi. Wpisanie ich do wyszukiwarki potwierdza tylko, że treść została żywcem zdarta ze „Ściągi” lub „Zadane.pl”. I ja powiem Wam od razu – święty nie jestem. Są przedmioty na studiach, które są dla mnie tak durne, że aż płakać się chce. Nie uczę się ich, wolę poświęcić czas na to, co mnie naprawdę na studiach interesuje. Ale gwoli formalności przedmiot zaliczyć trzeba. Z przezorności i z chęci zachowania pozorów, owe teksty przeredagowywałem. Żeby nie było, że zerżnięte.

cell-cheat

Twój przepis na życie jest w Twojej kieszeni

Jak zostać bogatym? Ja zarobić milion w 14 dni? Jak uprawiać seks, żeby nie mieć dziecka? Jak naćpać się bananem? Tego szukamy w Google. Google wie wszystko. Z Google szukałem prezentu dla swojej dziewczyny. Google podpowiedziało mi także dlaczego boli mnie kręgosłup. Najpierw wyszło, że mam raka. Potem okazało się, że to nieco inna przypadłość, która na domiar złego położyła mnie w szpitalu i zaznajomiła z kulami na kilka tygodni.

how-to-search-google-offers-free-online-classes-6f851f810f1

Odeszły czasy, w których córki brały przepisy od mam – mamę zastąpił Okrasa. Córki przestały obserwować mamy przy prasowaniu koszul – te, kiedy już muszą, szukają metod prasowania w Google i trafiają na Rozenek. Nie dzwonią do mam zapytać, dlaczego dziecko płacze w nocy i spać nie chce. Szukają w Google. Przekaz wiedzy z pokolenia na pokolenie umarł. Po co, skoro wszystko jest w Internecie? To nie jest absolutnie złe – jak wspomniałem, powszechny dostęp do informacji jest świetną sprawą. Za tym idzie jednak brak spontaniczności – nie myślimy sami nad prezentami, lecz posiłkujemy się poradami blogerów. Przy wyborze konta w banku ułatwiamy sobie życie i bazujemy na opiniach w Sieci – bez własnej analizy. Nawet życzenia, które dostaję w SMS-ach, wiadomościach na Facebooku to zwykłe kalki z Internetu – różniące się tylko fragmentem: „Życzy ktośtam”.

O ile szukamy rozwiązań naszych problemów w Internecie szukamy mądrze, ze zrozumieniem problemu – jest w porządku. Jeżeli zostawiamy sobie w tym pędzie za informacją margines spontaniczności – jest dobrze. Używajmy Internetu z głową. Rozwijajmy się. Pielęgnujmy w sobie ciekawość świata. Myślmy samodzielnie. Bądźmy ekspertami – ale z umiarem.

Grafika: 1, 2, 3, 4, 5