13

Warrior Nun dobrze pokazuje, co jest dla mnie nie tak z współczesnymi serialami

współczesne seriale
Warrior Nun jest dla mnie personifikacją tego, czym są współczesne seriale. I niestety, nie jest to nic dobrego.

Na początku chciałbym jedną rzecz ustalić – ten wpis to nie recenzja tego serialu i jeżeli będziecie go oceniać tylko przez pryzmat tego, co tu przeczytacie, będziecie mieć o nim bardzo niepełną opinię. Poza tym – pojawią się tu spoilery z poszczególnych odcinków i zakończenia, dlatego, jeżeli nie oglądaliście Warrior Nun, zachęcam do przeczytania recenzji Konrada. W tym wpisie chcę bowiem poruszyć to, co irytuje mnie w dużej części dzisiejszych produkcji, a czego Warrior Nun jest po prostu najbardziej dobitnym przykładem, z jakim zetknąłem się w ostatnim czasie. Chodzi mi tu o sposób, w jaki są one napisane.

Współczesne seriale często nie potrafią opowiadać historii

Warrior Nun posiada 10 trwających godzinę odcinków, co sumarycznie daje 600 minut czasu ekranowego – całkiem sporo, żeby zbudować postacie, ich relacje i opowiedzieć wciągającą historię z kilkoma zakrętami fabularnymi. Tymczasem po całym tym czasie w Warrior Nun zostaliśmy z… niczym. To nawet nie był cliffhanger, to był serial ucięty w połowie, zakończenie sugerujące, że po 10. odcinku będzie 11. i kolejne. Ale nie było. 600 minut nie wystarczyło, by upchnąć w nich całą fabułę i wszystkie relacje pomiędzy bohaterami. I zrozumiałbym, gdybyśmy mieli tu do czynienia z serialem psychologicznym, gdzie każdy gest, każdy ruch mają jakieś znaczenie. Ale nie – Warrior Nun jest serialem prostym jak konstrukcja cepa (co nie znaczy, że złym) z fabułą w dużej mierze opartą o teenage dramę. Co w takim razie zapełniło te 10 godzin, zapytacie.

współczesne seriale

Widoczki. Serio. Ktoś w Netflixie uznał, że nie może być serialu, w którym co kilka sekund nie będzie ujęcia z drona. Albo kadru na dwie bohaterki stojące i patrzące się na siebie. I tak na zmianę. Generalnie wygląda to tak, jakby reżyser musiał dobić do tej standardowej długości odcinka (godziny) i nie za bardzo miał pomysł, jak to zrobić. Innymi słowy, gdyby każdy z odcinków Warrior Nun miał nie po 60 a, dajmy na to, 20 minut, to naprawdę nic – ani głębia postaci, ani ich relacje, ani sceny akcji, ani nawet doświadczenie widza – by na tym nie ucierpiało. Łącząc to z „zakończeniem” które de facto powinno być środkiem serialu, mamy tu naprawdę modelowy przykład, jak nie prowadzić fabuły.

Współczesne seriale są jak współczesne gry AAA

Oglądając Warrior Nun, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że został tu zastosowany ten sam mechanizm, co w większości wysokobudżetowych gier z otwartym światem. W takich grach twórcy wrzucają masę prostych (żeby nie powiedzieć – prostackich) aktywności, tylko po to, by wydłużyć czas trwania gry i by użytkownik miał poczucie, że zapłacił za dużą produkcję. I tutaj mam wrażenie, że myslenie było podobne – gdyby serial zamknął się w 3 odcinkach (a mógł) to nikt nie traktowałby go poważnie. A tak dorzuciliśmy masę widoków i niewiele wnoszących interakcji pomiędzy bohaterami i bum – 10 godzin zrobione.

I nie mówię, że jestem zwolennikiem seriali wypakowanych akcją. Jest wręcz przeciwnie, jestem wielkim zwolennikiem czegoś, co w japońskiej kulturze nazywa się „Ma”, czyli docenienie istotnej roli braku jakiegoś elementu w budowaniu całości kompozycji. Tak jest w muzyce, gdzie cisza często jest istotnym aspektem utworu, tak jest w grach, gdzie nie zawsze musimy być popychani do przodu przez oskryptowaną akcję i tak jest też w serialach, gdzie często nic nie wnoszące fragmenty pozwalają nam odpowiednio docenić te, które coś wnoszą. Tylko, że gdyby porównać Warrior Nun do utworu, to byłby to bardzo długi numer zbudowany w większość z pauz, z okazjonalnymi dźwiękami i co gorsza – ucięty w połowie.

I możecie powiedzieć – przecież to tylko głupawy serial, nie miał być dziełem wybitnym, tylko zapychaczem wieczoru dla klasy średniej na całym świecie. I chyba to boli mnie w tym wszystkim najbardziej, ponieważ serial, jak każde dzieło, ma swój potencjał. Celowe rezygnowanie z niego by stworzyć łatwo przyswajalne dzieło o określonej długości zamiast czegoś, co zostanie w głowach widzów na długo.

Szkoda.