41

Wreszcie ewolucja jaką chcę widzieć! – Lenovo Yoga

Samsung zapowiada nowego Galaxy? Łał, pewnie będzie miał lepszy procek! Apple przebąkuje o nowym iPadzie? Świetnie, może jeszcze bardziej podbiją rozdzielczość ekranu! Jestem już znudzony takimi innowacjami, które nie wnoszą nic nowego do naszego życia. Ale oto pojawiła się Yoga od Lenovo, która próbuje skierować bieg technologii na właściwe tory, które są bardziej ergonomiczne i […]

Samsung zapowiada nowego Galaxy? Łał, pewnie będzie miał lepszy procek! Apple przebąkuje o nowym iPadzie? Świetnie, może jeszcze bardziej podbiją rozdzielczość ekranu! Jestem już znudzony takimi innowacjami, które nie wnoszą nic nowego do naszego życia. Ale oto pojawiła się Yoga od Lenovo, która próbuje skierować bieg technologii na właściwe tory, które są bardziej ergonomiczne i wygodniejsze dla pasażerów, a nie tylko pozwalają pociągowi pędzić na złamanie karku.

Wczoraj odbyła się polska premiera dwóch nowych tabletów Lenovo. Na Domaniewską ściągnęły tłumy dziennikarzy, ale też (czym byłem szczerze zaskoczony) fotoreporterów… z gatunku paparazzi. No bo skoro amerykańska centrala zaangażowała do promocji Ashtona Kutchera, to Polacy przecież nie gęsi i swoich celebrytów też mają. Jeśli oprócz Antyweba śledzicie również portale plotkarskie, to już pewnie wiecie, że wczoraj w błysku fleszy królowały m.in. Małgorzata Foremniak, Grażyna Szapołowska, Natalia Siwiec i Marcin Bosak.

Jednak to nie oni byli głównymi gwiazdami wieczoru, bo niedługo po tym jak celebryci prężyli się przy banerach reklamowych, tego samego wyzwania podjęła się też nowa 10-calowo Yoga!  Tablet absolutnie nie trafił w moje serce przy pierwszym kontakcie, ale już po pierwszym dniu, metodą małych kroczków, konsekwentnie podchodzi coraz bliżej chłodnego rozumu. Nawet jeśli sprzęt nie jest demonem szybkości, to:

w kwestii Ergonomii bije na głowę wszystkie konstrukcje dostępne na rynku.

Ale po kolei… Pierwszy dzień z Yogą to jeszcze stanowczo zbyt mało, aby pisać recenzję, więc jest to bardziej mój pierwszy rzut oka, omiatający ten dość awangardowy tablet. Nie jest on bowiem płaską deską do krojenia warzyw, a płaską deską do krojenia warzyw z mocno zaokrągloną i wypukłą jedną ze stron ;)

To właśnie ona jest tą główną, wyróżniającą z tłumu, cechą Yogi. I przyznam szczerze, że na początku podchodziłem do niej dość sceptycznie, bo… dziwne to jest… Gdy pierwszy raz wziąłem go w ręce, to musiałem się przyzwyczaić do innego niż wszystkie wyważenia konstrukcji. Zwykle, gdy trzymamy tablet pionowo bez żadnej podpórki to robimy to obiema rękoma; przynajmniej ja tak robię. Tutaj jednak o wiele wygodniej chwyta się go tylko jedną ręką, która ma przecież za co pewnie złapać. Druga jest w tym przypadku zupełnie wolna i może do woli mazać po ekranie.












Wymyślmy to na nowo

Kolejnym, bardzo fajnym i przemyślanym zastosowaniem „wypukłości” jest możliwość jej obrócenia i uzyskania podpórki, dzięki której tablet może sobie bezpiecznie stać bez naszej pomocy. Nic też nie stoi na przeszkodzie, aby do swobodnie położyć. A jak na mój gust wszystkie, powstające dzięki takim ewolucjom kąty nachylanie są wprost idealnie dobrane do ludzkiej ergonomii.

Przykładowo, gdy położę na stole przed sobą zwykły tablet, to i tak angażuję palce, aby go odpowiednio przechylić, bo „na płasko” musiałbym nienaturalnie wyciągać szyję… A tu wszystko wydaje się ze sobą idealnie współgrać i po prostu jest

Wygodne!

Specjalnie powiększyłem ten wyraz, bo jak mi się wydaje jest on słowem-kluczem, otwierającym konsumenckie ramiona na Yogi. Drugim, niemniej ważnym jest energooszczędność, czyli pięta achillesowa większości modeli dostępnych na rynku.

Tutaj mamy do czynienia z akumulatorem o pojemności, aż 9K mAh, znajdującym się właśnie w owej „wypukłości”, który wedle zapowiedzi producenta ma pozwalać na 18 godzin pracy. Tego nie miałem jeszcze okazji w pełni przetestować, ale już widzę, że jest naprawdę dobrze, bo po 4 godzinach dość intensywnego przeglądania sieci po WiFi (jest też model z 3G) baterii ubyło tylko na 20 %.

I tak jak napisałem we wstępie, takiego właśnie kierunku rozwoju oczekuję po nowych produktach. Za każdym razem, gdy biorę taki do ręki, to chcę czuć, że producent pracował nie tylko nad „bebechami”, ale także przemyślał gruntownie całą konstrukcję, a by sprawdzić, czy nie można jakoś ulepszyć tego, co na pierwszy rzut oka może już doszło do kresu innowacyjności.

A ta granica przecież w ogóle nie istnieje.

Model 10 – calowy będzie sprzedawany za 1200 zł, a jego mniejszy 8 – calowy brat za stówkę mniej. Jest jednak pewna kłopotliwa kwestia, która łączy oba modele, a mianowicie rozdzielczość ekranu. Rozumiem, że za taką kwotę nie można jeszcze oczekiwać kokosów, ale to już jednak ponad tysiąc zeta, za który dostajemy rozdzielczość 1280 x 800. Nawet 7 – calowy Nexus 7 (2013) ma już Full HD…

Nie przeszkadza to do momentu, kiedy porównamy do Yogi jakąś matrycę z większym zagęszczeniem pikseli, które wtedy zaczynają kłuć w oczy.

Coś za coś

Widać wyraźnie, że Lenovo w tym modelu nie stawia na bicie się po głowach specyfikacją. Cztery rdzenie od Media-Techa dają jeszcze radę, ale już 1 GB RAMu, może niekiedy sprawiać problemy i powodować np. przycinki przy przeglądaniu PDFów.

Mogę więc od razu powiedzieć, że jeśli uwielbiacie benchmarki, to Yoga nie jest tabletem, dla Was bo nie spiorunuje Was swoją wydajnością. Trzeba jednak pamiętać, że właśnie dzięki temu, bateria pozwala na tak długą pracę, co dla mnie szczerzą mówiąc jest już od pewnego poziomu szybkości ważniejsze.

Wystarczy przecież, że Android (4.2 JellyBean) nie robi mi problemów z przeglądaniem sieci i tworzeniem prostych dokumentów, a ten długi jak Mur Chiński, czas pracy na baterii przyjmuję z pocałowaniem ręki.

Szczerze pragnę, aby Yoga odniosła sukces.

Mam nadzieję, że wtedy pozostali producenci zreflektują swoje strategie i większy nacisk położą na ergonomię i ten nieszczęsny czas pracy na baterii. Bo przecież codzienne podłączanie smartfona na noc do ładowarki, do przyjemnych nie należy…

Recenzja już niebawem!