36

Wprowadzenie do Google+ stron firmowych „dopiero teraz” to część większej, dobrze przemyślanej strategii

Wielokrotnie spotkałem się z opinią, również tu, w komentarzach Antyweb, że Google+ za wolno się rozwija i dlatego ludzie z niego uciekają, że już dawno powinien wprowadzić strony firmowe, skoro wszyscy wiedzą, że to jedna z ważniejszych cech Facebooka. Tymczasem ja myślę, że Google mógł to zrobić już w momencie zamkniętej bety, niecałe 5 miesięcy […]

Wielokrotnie spotkałem się z opinią, również tu, w komentarzach Antyweb, że Google+ za wolno się rozwija i dlatego ludzie z niego uciekają, że już dawno powinien wprowadzić strony firmowe, skoro wszyscy wiedzą, że to jedna z ważniejszych cech Facebooka. Tymczasem ja myślę, że Google mógł to zrobić już w momencie zamkniętej bety, niecałe 5 miesięcy temu, lecz nie zrobił tego celowo. Co więcej sądzę, że jest to najlepsza możliwa strategia, biorąc pod uwagę konkurencję oraz sytuacje portali społecznościowych. Niesie ze sobą cały szereg zalet, które postaram się wyłuszczyć w tym artykule. Mówiąc krótko: Google bezbłędnie realizuje swój plan.

Facebook jest tak naprawdę jednym z prekursorów. Nie chodzi o to, czy był pierwszy, lecz pierwszy zdobył aż taką popularność. Do swojej pozycji dochodził powoli na zasadzie prób i błędów, wprowadzając kolejne zmiany stopniowo. Jedne lepsze, drugie gorsze, w każdym razie dzisiejszy Facebook różni się bardzo od tego z 2004 i 2005 roku.

Google natomiast startował z G+, kiedy Facebook miał ugruntowaną pozycję i przeszło 700 milinów użytkowników. Zamiast wyważać otwarte drzwi i wynajdować koło od nowa, wystarczyło skopiować wszystkie dobre pomysły, omijając te mniej udane, całość modyfikując na tyle, żeby dopasować do obowiązującej infrastruktury innych usług. Czemu zatem Google nie wprowadził od razu stron firmowych? Przecież nie jest to nazbyt skomplikowana funkcja, prawie nie rożni się od zwykłych profili, jak na razie. Samo Hangouts wydaje się dalece bardziej skomplikowane w realizacji. Czemu nie uderzył z grubej rury, przedstawiając dopieszczony w najmniejszych szczegółach, gotowy produkt?

Spotkałem się nawet z komentarzem na Antyweb, pod jednym z moich artykułów opisujących nowości na Google+, który brzmiał następująco:

Oj, z tymi nowymi funkcjonalnościami G+ to Google drobi jak gejsza. Żeby się nie przewróciło. Innymi słowy – mało, za wolno.

Google stać na ryzyko budowania serwisu po cichu i wprowadzenie gotowego produktu na rynek, nawet jeżeli ten się nie przyjmie, widać to chociażby po poprzednich próbach „uspołecznienia Google”. Stać ich również w sensie finansowym, aby długo rozwijać produkt, który nie przynosi zysku, bo nie został jeszcze upubliczniony. Mimo wszystko wprowadzenie G+ na rynek wygląda zupełnie inaczej. Powoli, jak to podkreśla zacytowany komentarz, małymi kroczkami. Moim zdaniem jest to przemyślna strategia budowania marki jaką jest Google+. Google doskonale zdaje sobie sprawę, że wygrana bitwa nie oznacza wygranej wojny.

Zastanówmy się co by było, gdyby Google przedstawił gotowy produkt, że G+ od pierwszego wyglądałby tak, jak pewnie będzie wyglądać za 2, może 3 lata.

Po pierwsze, nie ma co liczyć, że ludzie nagle rzucą się na nowy portal społecznościowy, bez względu na to jak dobry jest i o ile lepszy od konkurencji. Zaludnianie takiego serwisu to powolny proces. Ludzie są tam gdzie ich znajomi, a większość naszych znajomych to są ludzie konserwatywni, nie early adopters. Potrzebują czasu na oswojenie się ze zmianami. Innymi słowy, stawiam hipotezę, że niezależnie od tego czy G+ jest na początku dobrym, bardzo dobrym czy wręcz genialnym serwisem społecznościowym, prędkość adopcji jest podobna i sytuacja w której setki milionów użytkowników rzucają Facebooka i rejestrują się na G+ jest nie do osiągnięcia w momencie debiutu w żaden sposób.

Jeśli Google od razu wyciągnąłby wszystkie asy z rękawa nie miałby argumentów żeby stopniowo przyciągać nowych użytkowników i przypominać o sobie tym, którzy spróbowali, pobawili się i zapomnieli. Długotrwałe kuszenie małymi premierami będzie skuteczniejsze w dłuższym wymiarze czasu niż jedna wielka premiera o której przestanie się mówić nie dalej jak po miesiącu.

Po drugie, użytkownicy zasypani setkami funkcji i możliwości zamiast je wszystkie wypróbować i docenić, po prostu się pogubią. Komu starczyłoby motywacji aby siedzieć kilka dni, eksperymentować i uczyć się obsługi wszystkich nowości? Odpowiedź brzmi, jakiemuś nieistotnemu promilowi użytkowników – największym geekom. Większość funkcji zwyczajnie zmarnowałaby się niedoceniona i niewykorzystana (ile osób wie, że podobna do kręgów funkcja istniała również na Facebooku jeszcze zanim powstał G+?), część osób na pewno zniechęciłoby się do nowego serwisu, który na pierwszy rzut oka wydawałby się bardzo skomplikowany.

Kiedy Google powoli dozuje kolejne funkcje, wszyscy mają czas je poznać i się do nich przyzwyczaić. Zaczęło się od samych kręgów i chyba każdy użytkownik Google doskonale wie do czego one służą, nawet jeżeli niezbyt często z nich korzysta.

Dodatkowo przy każdej premierze nowych funkcji, tak jak wczoraj podczas debiutu stron firmowych, jest czas na zapoznanie się ze zmianami, omówienie ich na serwisach branżowych, wyłuszczenie wszystkich niuansów. Wystarczy przejrzeć RSS i zobaczyć ilu rozmaitych artykułów doczekały się strony firmowe i poprzednie aktualizacje. Doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby wszystkie nowe funkcje skomasować w jedną wielką aktualizację, nie miałbym ani czasu ani ochoty rozgryzać o co w tym wszystkim chodzi. No i oczywiście mamy efektu punktu pierwszego, przypominanie o serwisie w najlepszy możliwy sposób.

Po trzecie, Google+ ma w założeniu bardzo mocno zintegrować wszystkie usługi Google, prawdopodobnie bardziej niż się tego spodziewamy. Dokumenty, mapy, czytnik, poczta, wszystko zmienia wygląd, kolejne funkcje umożliwiają dzielenie się i współpracę wzbogaconą o Hangouts. Wyobrażacie sobie wprowadzenie tych wszystkich zmian nagle, jednego dnia we wszystkich usługach? Pomijając problemy organizacyjne tak wielkiego wdrożenia, użytkownicy doznaliby ciężkiego szoku. Zamiast oswajać się ze zmianami, pouciekaliby gdzie pieprz rośnie, do konkrecyjnych serwisów. Wpadka z Readerem byłaby przy tym niezauważalna i nieistotna.

Użytkowników nie można podchodzić z zaskoczenia, zwłaszcza jeśli zmiany są obligatoryjne i dotyczą wszystkich. Można nie kupować nowego Windowsa i siedzieć na XP nawet jak straci wsparcie, ale wygląd i funkcje usług Google zmieniają się wszystkim, czy tego chcą czy nie, w tym samym czasie.

Podsumowując, nagła, wielka premiera zmieniająca wszystko ma wątpliwe zalety, których efektów nikt nie zagwarantuje, ma natomiast cały szereg wad, które są nie do uniknięcia. Mówiąc krótko, nie jest rozsądne, żeby ryzykować wszystko nie wiedząc nawet czy są realne szanse na wygranie czegokolwiek.

Dlatego Google działa stopniowo. Celowo wprowadza nowe możliwości z dużymi odstępami czasowymi. Powolutku buduje swoją bazę użytkowników i dąży do uzyskania masy krytycznej, która spowoduje, że nawet najmniej zainteresowani technologią ludzie pójdą tam, gdzie będą ich znajomi. Ciągle przypomina o sobie znowu i znowu, każdą nową funkcją, każdą zmianą, nie tylko w Google+ ale w każdym swoim produkcie, który upodobnia się z wyglądu do G+ i otrzymuje jakiś rodzaj integracji. Oswaja nas ze zmianami drobnymi kroczkami tak, że nie zauważymy kiedy dokona się rewolucja.

Dodatkowo nawiązuje z użytkownikami dialog. Pyta jak podobają się zmiany, co chcieliby nawiązać w następnej kolejności. Buduje atmosferę dbałości o klientów, uwzględnienia ich potrzeb. Przypomina to wczesną betę Windows 7 i obecny dialog z przyszłymi z klientami na temat Windows 8. Zmiany są niemal rewolucyjne, ale nikt nie czuje się nimi niemile zaskoczony. Podczas gdy przedstawienie gotowego produktu przypominałoby premierę Windows Vista…

Proces jest powolny, bo musi taki być. W porównaniu do ewolucji Facebooka i tak wszystko dzieje się znacznie szybciej, o czym większość zdaje sie całkowicie zapominać. Nie ma sensu spodziewać się, że ów proces zakończy się w najbliższym czasie, sądzę, że plany Google sięgają co najmniej 2 lata w przód. Kiedy spotkamy się na Antyweb za 2 lata, wtedy chętnie podsumuję jak Google wywiązał się ze swojego planu i na ile bliski jest przerwania dominacji Facebooka oraz na ile trafne były moje przewidywania.

Tymczasem nie powinniśmy spodziewać się trzęsienia ziemi w świecie serwisów społecznościowych. Nie dlatego, ze Facebookowi nikt nie podskoczy, lecz dlatego, że kropla drąży skałę… powoli.