21

Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści – recenzja. Powrót do świata Wiedźmina w pięknym stylu!

Wracamy do świata Wiedźmina! Jednak tym razem nie jako Geralt, a królowa Lyrii i Rivii. Natomiast zamiast dwóch mieczy otrzymujemy talię kart i rozgrywamy setki partyjek Gwinta. Wbrew pozorom nie jest to jednak lekka i przyjemna historia... Zdecydowanie nie jest.

Meve, wspomniana królowa jednego z królestw Północy – Lyrii i Rivii – wraca ze szczytu na którym zawarła z sąsiadami sojusz obronny mający chronić ich wszystkich przed imperialistycznymi zakusami Cesarstwa Nilfgardu. Wraca i nie wierzy własnym oczom, bo jej ziemie ogarnął chaos. Zuchwali bandyci napadają na poborców podatkowych, a po gościńcach pałętają się potwory – zaradna królowa bierze sprawy w swoje ręce, by zaprowadzić ład i porządek. Niestety jednocześnie spełnia się najczarniejszy scenariusz. Zaatakowana przez Nilfgard północ pogrąża się w chaosie, a Meve i jej wojska są jednymi z nielicznych, którzy mogą się przeciwstawić cesarstwu.

Tak pokrótce rozpoczyna się Wojna Krwi. Te ciężkie, mroczne realia i fabuła są przedstawiane w najprostszy możliwy sposób – statycznymi animacjami, dialogami i głosem lektora, który towarzyszy nam praktycznie do samego końca, snując swoją opowieść. Na bajkową oprawę graficzną składają się setki dopieszczonych do granic możliwości (i w większości „nieruchliwych”) modeli 2D, które doskonale komponują się z mechaniką gry – a ta przecież polega na graniu w karty.

Zapomnijcie o pięknych sceneriach z Wiedźmina, a przygotujcie na rzut izometryczny i dwuwymiarowe makiety na miarę produkcji z gatunku indie. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak czytać/słuchać i uruchamiać za każdym razem wyobraźnię. Ale może to lepiej? Gra przez to bardzo mocno zbliża się do takiego rasowego „papierowego” RPG, w którym Mistrz Gry (narrator) snuje swoją opowieść, a my tworzymy obrazy w głowie. Świetna sprawa!

A trzeba tutaj od razu dodać, że polski dubbing jest tutaj świetny. Dobrze dopasowano lektorów do postaci, a głosy są charakterystyczne, wyraziste i przekonujące – bez żadnej zbędnej artykulacji i udawania, po prostu naturalne. W takiej produkcji, gdzie mocno liczy się na wyobraźnię gracza, zatrudnienie dobrych lektorów jest kluczowe. I moim zdaniem, twórcom się udało.

Naparzamy w karty!

Rozgrywka dzieli się na dwa tryby. Podczas eksploracji poruszamy naszą postacią po otwartej mapie (nie łudźcie się jednak na zbytnią swobodę – do celu prowadzi nas tylko jedna droga) wydając jej rozkazy myszką zupełnie niczym w jakimś RTS-ie. Meve biega od punktu do punktu, zbiera zapasy (złoto i drewno), gromadzi rekrutów, a także podejmuje różnego rodzaju decyzje. I tutaj zaczynają się smaczki, bo gra bardzo często stawia nas przed trudnymi wyborami i każde wybrać między złem, a mniejszym złem. Sami przy tym często będziemy mieć trudność, by rozpoznać, co jest czym. Zdarza się bowiem, że na pozór chwalebne decyzje okazują się prowadzić do naszej (i nie tylko naszej) zguby, a bezwzględność i brak współczucia pozwalają uchronić więcej niewinnych żyć.

Spodziewajcie się zatem, ze gra będzie Was zaskakiwać. I trudno się dziwić, bo pracowali nad nią scenarzyści odpowiedzialni za ostatniego Wiedźmina. A tam przecież również nie brakowało trudnych pod względem moralnych wyborów.

Zanim to jednak nastąpi, bardzo szybko przyjdzie nam stoczyć pierwszą bitwę. I tutaj niespodzianka czeka na fanów Gwinta, bo oryginalne zasady tej karcianki zostały mocno przebudowane. Zredukowano rzędy, w których wykładamy karty do dwóch. Wprowadzono też mnóstwo nowych zasad i aż 250 nowych kart. Co więcej, rozgrywka nie zawsze wymaga od nas zwycięstwa w dwóch rundach – ogromna liczba starć będzie się ograniczała do zaledwie jednej rundy.

Twórcy zadbali też o specjalne wyzwania i zagadki, w wyniku czego praktycznie każda bitwa wygląda inaczej. Raz mamy zredukować życie przeciwników do 1, innym razem musimy ustawić ich w odpowiednim rzędzie, a jeszcze innym pokonać dowódcę ze 150 punktami życia (który na szczęście atakuje najsilniejsze jednostki na planszy – niekoniecznie nasze). Często też dostajemy do rąk zupełnie inne talie, którymi mamy wygrać dane starcie. Słowem, różnorodność jest ogromna! I za to należą się wielkie brawa, bo przy takiej liczbie walk szybko wkradłaby się tutaj monotonia (i w końcu wkradnie, ale na szczęście dopiero gdzieś pod koniec).

Ekonomia jak w Hirołsach

Skoro wspomniałem o surowcach, musi tutaj też być element ekonomiczny, prawda? Otóż w każdym momencie możemy otworzyć sobie ekran obozu – do złudzenia przypomina on królestwa z Heroes of Might and Magic. W obozie budujemy konstrukcje, które pozwalają nam rekrutować nowych żołnierzy lub ulepszają obecnych (a właściwie karty z żołnierzami). Modyfikujemy tutaj też naszą talię, zmieniamy główną umiejętność naszego dowódcy (Meve), dobieramy karty ze specjalnymi efektami itd. Do dyspozycji oddano nam też kantynę, w której porozmawiamy z członkami naszej drużyny (i zapewniam Was, że będziecie mieli ochotę to zrobić, bo to w większości bardzo barwne i świetnie wykreowane charaktery) oraz biblioteczkę na wszystkie znajdowane w trakcie gry listy, mapy skarbów etc.

O skarbach wspomnę jedynie tyle, że w znajdowanych na mapach skrzyniach możemy znaleźć… karty do Gwinta (któż by się spodziewał…) i następnie wykorzystać je w tej „multiplayerowej”, samodzielnej wersji karcianki. Sprytny sposób na to, żeby ludzie, którzy kupią Wiedźmińskie Opowieści, zainteresowali się też karcianką CD Projektu.

Oj warto, warto…

Główny wątek fabularny to jakieś 12-14 godzin grania. Jeżeli jednak planujecie przejść grę w 100 proc. to zabawa będzie trwała o wiele dłużej. Szacuję, że może to być nawet 40 godzin, bo na mapie znajdziemy mnóstwo dodatkowych zadań i wyzwań, które często nie należą do najprostszych. Fani fabuły mogą na szczęście kompletnie z tego wszystkiego zrezygnować, bo na najniższym poziomie trudności po przegraniu (poddaniu) potyczki możemy zwyczajnie ją pominąć. Dobrze, że znalazła się tutaj taka opcja.

Przyznam szczerze, że początkowo bardzo sceptycznie podszedłem do tej produkcji, a pierwsze dwie godziny zupełnie mnie nie zachęcały do dalszego grania. Pierwszy zwrot akcji i idące za nim twisty fabularne sprawiły jednak, że moje nastawienie zupełnie się zmieniło i na długie godziny przykleiłem się do monitora. Z czystym sumieniem mogę zatem polecić Wojnę Krwi każdemu, kto pokochał świat Wiedźmina i po przejściu Dzikiego Gonu oraz dodatków ma ochotę na więcej.

Co oczywiście nie znaczy, że ta gra jest ideałem. Do ideału jej daleko. Budżetowy charakter nie wszystkim na pewno przypadnie do gustu. Toporne sterowanie rodem z RTS też jest średnio przyjemne (przyznaję jednak, że nie grałem na padzie). Gra też cierpi na dziwną przypadłość nudnego początku i przewidywalnej, mało ciekawej końcówki. Najbardziej wciąga i satysfakcjonuje ta środkowa część opowieści – szkoda, że nie udało się przez cały czas utrzymać jednego, wysokiego poziomu.

A co jeżeli nie lubicie Gwinta? Nie przejmujcie się – ja też nie lubię. Gra serwuje go jednak pod zupełnie inną, moim zdaniem bardziej strawną postacią. Zawsze też możecie korzystać z funkcji pomijania bitew i cieszyć się historią, a ta w typowy dla Wiedźmina mroczny, posępny i ciężki sposób przedstawia nam realia wojny. Ostatni raz tak mocno o wojnie mówiło chyba This War of Mine (nie grałem jeszcze w Memory of Us – uprzedzając komentarze). Tym sposobem wydźwięk Wojny Krwi jest dość głęboki i w jakimś stopniu skłania nas do pewnych przemyśleń. Nie chcę tutaj przypisywać tej produkcji jakiegoś wyimaginowanego patosu, ani nadinterpretować intencji twórców. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że za tymi wszystkimi trudnymi wyborami, ciężkim klimatem i wszechobecnym okrucieństwem stoi coś więcej. I chociażby z tego powodu warto dać Wiedźmińskim Opowieściom szansę.

Ocena: 8/10

+ Świetna fabuła, sporo zwrotów i barwne postaci

+ Urozmaicony system walk

+ Ciężki charakter, dużo budzących wątpliwości moralnych wyborów

– Toporne sterowanie

– W końcu te walki zaczynają nużyć

– Końcówka mogłaby być zrealizowana z większym rozmachem