50

„Jeden Windows” – to można wyrzucić do kosza. Quo vadis, Microsofcie?

Miał być "jeden Windows". Po tym, jak okazało się, że ARM-owe odsłony systemu Microsoftu ostatecznie będą w stanie uruchamiać programy Win32 dzięki nieco karkołomnej, ale funkcjonującej emulacji: cieszyłem się. Oczywiście, mimo że efekty pracy owego mechanizmu były co najmniej mizerne. Ale nie widać było końca problemów giganta z nakłonieniem deweloperów do wrzucania swoich aplikacji do Sklepu Windows. Trzeba było zrobić coś "naokoło".

A tymczasem, jednego dnia Microsoft dwukrotnie znalazł się na ustach wszystkich zainteresowanych technologiami. Szykuje się alternatywa dla Microsoft Edge oparta na Chromium. Ok, świetnie – jeżeli gigant nie zepsuje jej premiery jak zrobił to w przypadku obecnie rozwijanej przeglądarki, to może się udać. I oczywiście… Windows Lite. Windows lekki, przyjemny i… z ograniczeniami. Bo skoro ma być lekki, musi być nieco „upierdliwy”. Jak to Windows.

Windows miał być w pełni uniwersalny

Miał takim być, ale okazało się, że tworzy się rynek ultramobilnych, długodziałających i zdolnych do zastąpienia nieco większych laptopów maszyn. Microsoft absolutnie nie jest na to przygotowany: Windows 10 to kobyła powodująca problemy w trakcie aktualizacji, bez odpowiedniego zaplecza w postaci bogatego w propozycje dla użytkowników Sklepu. Jedyne co trzyma Windows 10 przy użytkownikach to przyzwyczajenia oraz aplikacje desktopowe, które w dalszym ciągu stanowią lwią część tych uruchamianych na „okienkach”. Przez bardzo, bardzo długi czas nie udało się wytworzyć stosownej alternatywy, projekt Windows 10 Mobile upadł tuż po jego koncertowym fiasku – zasadniczo na życzenie samego Microsoftu. Desktopowa odsłona Windows to natomiast ciągle poligon, na którym testuje się nowe rozwiązania oraz aktualizacje. Testerami zaś są… użytkownicy.

Windows

W przypadku Windows Lite, nie ma co spodziewać się, że otworzymy na nim aplikacje desktopowe – ograniczenie ma nie obejmować programów ze Sklepu Windows (których jest stanowczo za mało) oraz UWP (tych też jest na razie jak na lekarstwo). Potencjalne sprzęty z Windows Lite będą więc brutalnie wykastrowanymi, być może i szybko działającymi (ale to nie jest przecież wartość nadrzędna) PC-wannabies, które nikogo nie zainteresują. Gdy konsument będzie mieć do wyboru: kupić bardziej wszechstronny komputer lub ograniczonego netbooka w podobnej cenie, najpewniej zwróci się ku tradycyjnemu komputerowi.

Natomiast Chrome OS, albo jak kto woli Fuchsia to właściwie gwarancja lepszego dostępu do aplikacji. Sklep Google Play to obok iOS największe światowe repozytorium, w którym znajdziemy nie tylko śmieciowe programy, ale i naprawdę rozbudowane i funkcjonalne propozycje. Stawiam baterię dobrego alkoholu, że wykorzystując potencjał ich i urządzeń z Chrome OS / Fuchsia na pokładzie będzie można korzystać z urządzenia tak komfortowo, jak z typowej stacji roboczej z Windows 10 na pokładzie. Oczywiście, trzeba się liczyć z pewnymi ograniczeniami: ale te nie będą aż tak dokuczliwe jak w przypadku Windows Lite.

Gdybym miał teraz ocenić to, co robi Microsoft – rozpatrywałbym to w kategorii wydmuszki. Istotne problemy można znaleźć w innych miejscach: aktualizacje dla „okienek” to absolutna farsa, która nie powinna się wydarzyć w żadnym poważnym konsumenckim projekcie. W dalszym ciągu niektórzy czekają na… październikową odsłonę Windows 10 i na dobrą sprawę nikt nie wie kiedy nastąpi moment, w którym już każdy będzie mógł się cieszyć z nowych funkcji.