31

Windows 10 jako usługa – a może to największa pomyłka Microsoftu?

Windows 10, kiedy tylko został zapowiedziany przez Microsoft, szumnie nazywano go pierwszym tak szeroko dystrybuowanym produktem wydawanym w modelu "as a service". Przez jakiś czas wydawało się, że to działa, że to jest do zrobienia mimo pewnych przeciwności, a całkiem udana premiera "dziesiątki" jedynie uskrzydlała marketingowców. Według niektórych nadszedł czas na rozprawienie się z największym mitem dotyczącym Windows 10.

„As A Service” – co to w ogóle oznacza? Myśląc o modelu usługowym w oprogramowaniu bardzo często zwracamy uwagę na chociażby Gmaila, Facebooka, Microsoft Azure. Najważniejsze produkty pasujące do tej idei są dostępne „zewsząd”, ale generalnie są one udostępniane jako platforma zdalna, odporna na problemy wynikające z konfiguracji wykorzystywanej przez klienta. Mało tego, w ich wypadku występuje znacznie bardziej transparentny model uaktualnień: Facebook, Gmail, czy cokolwiek innego, co działa w modelu „usługowym”, a zostało w ostatnim czasie rozwinięte przez swojego producenta będzie działać niezależnie od tego, jaką maszyną dysponuje klient.

Z Windows tak nie jest – Windows 10 sam w sobie musi obsłużyć wiele możliwych kombinacji przeróżnych komponentów. Jego model uaktualnień choć dzielnie walczy z tym problemem, co jakiś czas uwidaczniane są jego wady wynikające ze specyfiki rynku pecetów. Wystarczy, że wraz z kolejną paczką usprawnień np. konkretny model karty sieciowej przestanie współpracować z Windows 10, a można oczekiwać sytuacji, w której wybucha wizerunkowa afera: Microsoft natomiast musi na nią odpowiedzieć rozpoczynając kolejne działania naprawcze wycelowane w zlikwidowanie przyczyny błędu.

W ostatnim czasie Microsoft gorzko przekonał się o niedomaganiach przyjętego modelu uaktualnień. Wyszło na to, że program Windows Insider wcale nie jest taki idealny na jaki wygląda – nie sprawdziły się też pewne założenia, które miały pchać go do przodu. Uczestnicy wczesnych testów wcale nie zwiększają pokrycia możliwych konfiguracji sprzętowych: instalacja „insiderowskich” Windows 10 odbywa się często na maszynach wirtualnych, które nijak nie pozwalają na sprawdzenie OS-u pod kątem jego kompatybilności z przeróżnymi sprzętami.

Chris Hoffman w How To Geek opublikował dla tej dyskusji bardzo ważny zbiór własnych przemyśleń, który dotyczy przede wszystkim różnic między definicją „As A Service” z tym, co Microsoft proponuje w Windows 10. I rzeczywiście, gdyby przyjąć, że owe definicje są całkowicie nienaruszalne, Windows 10 nie ma prawa być usługą. Ponownie jest produktem takim samym jak Windows 7, 8.1, XP, tyle że czerpiącym z modelu usługowego. Przy czym ten mariaż wcale nie jest absolutnie korzystny dla konsumentów – mimo obecności mechanizmów pozwalających na uaktualnianie niektórych programów „bez ruszania” podstaw systemu, bardzo często dochodzi do sytuacji w których rozwój odbywa się na niekorzyść pewnej grupy użytkowników. Mowa tutaj o takich incydentach jak usuwanie plików z Dokumentów po wdrożeniu aktualizacji. Podobnie jest z nieprawidłowym zachowaniem systemu Windows 10 w kontekście np. plików skompresowanych – donosiliśmy o tym, że Windows 10 potrafił zupełnie ignorować fakt rychłego nadpisania plików i nie pytać użytkownika o pożądaną akcję.

Windows 10

16 milionów różnych kombinacji (komponenty – sterowniki). Windows 10 nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów

Według ekspertów to jest największym problemem Microsoftu. Apple z macOS nie ma większych trudności wynikających z dokładnie tej sytuacji: choć oczywiście, Cupertino również zdarzały się wpadki z uaktualnieniami. Tyle, że Redmond jest w znacznie gorszej sytuacji. Windows 10, podobnie jak i poprzednie wersje jest stworzony do tego, aby pracować na wielu możliwych konfiguracjach. Stąd też stosowane są sztuczki na to pozwalające: a i należy liczyć się z tym, że każdy błąd Microsoftu może spowodować brak kompatybilności z konkretnym komponentem / sterownikiem i awarię u części użytkowników. Jak wspomnieliśmy wyżej, nie załatwia tego nawet program Windows Insider. Co więcej – Microsoft co pół roku chce zaskakiwać nas kolejnymi „dużymi” uaktualnieniami, z którymi często jest sporo problemów.

Dlatego też w mniej lub bardziej agresywny sposób prosi się Microsoft o „zwolnienie” w kontekście aktualizacji rozwojowych. Nowe funkcje co pół roku to według niektórych zbyt szybko – skoro oczywiście gigant nie zawsze „wyrabia się” z ich wdrożeniem. Osobny problem jest z niezawodnością systemu tuż po wdrożeniu aktualizacji: właściwie co pół roku mamy do czynienia z grupą nowych niezadowolonych u których nie wszystko poszło tak jak trzeba.

W rozkroku – między usługą a typowym produktem

Sami użytkownicy też niekoniecznie wiedzą z czym dokładnie mają do czynienia: pojawiające się w Windows 10 nowe funkcje, czasami „bez ostrzeżenia”, wokół których należy budować nowe przyzwyczajenia. Reklamy – czy to gier takich jak „Candy Crush Saga”, czy też te pojawiające się w Outlooku lub innych miejscach dezorientują ich i stwarzają swego rodzaju mity wokół systemu operacyjnego. Nic dziwnego więc, że pewna grupa w dalszym ciągu upatruje w starszych wersjach Windows swego rodzaju „bezpieczne przystanie”, w których doskonale wie czego się spodziewać i ani myśli o migracji wyżej – mimo oczywistych argumentów „za” takimi posunięciami. Znacznie lepsze bezpieczeństwo, lepiej dostosowane do nowoczesnych realiów funkcje nie są jednak dostatecznymi powodami, dla których obserwuje się masowe pielgrzymki z Windows 7, Windows 8.1 do Windows 10.