4

To już krok za daleko. „Film dokumentalny” Netflixa to w praktyce długa reklama ich produkcji

Jakość tworzonych na zlecenie Netflixa materiałów to regularny element dyskusji. Raz jest lepiej, raz jest gorzej, a raz po prostu niedorzecznie. Ale oglądając film "W świecie anime", dokument który kilka dni temu zadebiutował na platformie, na usta cisnęło mi się pytanie: kto w ogóle na to pozwolił na tę trwającą godzinę reklamówkę?

Świat anime widziany jednowymiarowo

Początek tego dokumentu ma niezwykle mocne wejście. Urocza reporterka mówi wprost, że na temacie się nie zna — ale zrobi wszystko, by się poznać. Przy okazji serwuje widzom zlepek brutalnych i… dość ostrych scen, które miały posłużyć jako solidna reprezentacja gatunku. Gatunku, który — w gruncie rzeczy — jest po prostu filmem (lub serialem) animowanym, tyle, że mającym japońskie korzenie. Podążając tym tropem więc, można by śmiało odtworzyć ten sam schemat z filmami (lub serialami) aktorskimi. No ale nie o tym była ta produkcja. A skoro start z grubej rury, to nie mogło zabraknąć w nim miejsca na ekscentrycznych gości, którzy udzielili doń wywiadów.

W filmie pojawili się scenarzyści, reżyserzy, animatorzy i muzycy, którzy pracowali przy rozmaitych seriach anime. Wszystkie miały jeden wspólny mianownik: powstały na zlecenie (tudzież: przy współpracy) z platformą Netflix. Wyjątkiem była tutaj Yoko Takahashi, artystka śpiewająca najpopularniejsze piosenki w serii i filmach Neon Genesis Evangelion. Ale biorąc pod uwagę to, że klasyczne produkcje z NGE są w kwestii dystrybucji na wyłączność Netflixa — można ją w sumie podciągnąć do tej samej kategorii. Uwielbiam panią Takahashi (i, tak po prawdzie, była powodem dla którego sięgnąłem po ten film) — liczyłem więc na krótki wywiad, może jakieś ciekawostki. Zamiast tego dostałem sceny z uroczą staruszką, pakiet przebitek i… zero treści. A i tak była to, moim zdaniem, najciekawsza scena w całej produkcji.

Czym jest anime? Zajrzyj za kulisy jego świata i poznaj wybitnych znawców tematu, którzy próbują znaleźć odpowiedź na to pytanie.

„W świecie anime” nie dokument, to trwająca godzinę reklama

Zdaję sobie sprawę że dostęp do japońskich twórców nie należy do łatwych. Wywiady które udzielają są dość lakoniczne i często niewiele z nich wynika. To tak naprawdę nic nowego. Ale skoro wiadomo jakie są realia, to po co w ogóle próbować robić taki film? Co on miał na celu: przybliżyć temat tym, którzy nic nie wiedzą na temat japońskich animacji? Wypromować serie i filmy które powstały na zlecenie Netflixa? A może po prostu zirytować swoim podejściem i… ukraść godzinę z życia widza? No jestem pewien, że to pierwsze na pewno odpada. Dwie kolejne opcje zaś sprawdziły się tutaj jak złoto — jeżeli zatem taki był cel, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pogratulować. Należą się też ogromne brawa za przebitki z najbardziej kliszowych miejsc zarówno w tradycyjnym wydaniu (Meiji Jingu), jak i tym współczesnym (Akihabara). Trudno o bardziej nijakie i wyświechtane kadry z Tokio, a redaktorka twierdząca że chce poznać, spróbować i przybliżyć temat widzom — najwyraźniej kłamała w żywe oczy. Bo pierwsze hasła w Google powiedzą wam na temat japońskiej animacji więcej, niż ten film. Pozwolą zrozumieć więcej i poskładać wszystko w całość — nawet jeżeli składać się na nie będzie kilka zdań na krzyż. Jeżeli natomiast chcielibyście poznać sylwetki pojedynczych twórców maczających palce przy tworzeniu serii Netflixa, to macie szansę coś wynieść z tej wydłużonej reklamy. Ale lojalnie ostrzegam, abyście nie liczyli na zbyt wiele.