9

Do połowy film uznawałem za genialny. I wtedy… Vox Lux – recenzja

To miała być fenomenalna rola Natalie Portman i głęboki film przedstawiający nielekkie życie gwiazd i celebrytów. I tak rzeczywiście było, ale od połowy Vox Lux zaczął zawodzić niemal na każdym poziomie. Mimo wszystko napiszę: zobaczcie go. Już tłumaczę dlaczego.

Przed seansem w głowie miałem jedynie świetnie zwiastuny Vox Lux, które jeszcze bardziej zachęciły mnie do wizyty w kinie. Duet Natalie Portman i Jude Law był dobry wabikiem, a opowieść o wschodzącej i nieco podupadłej gwieździe muzyki pop mogła okazać się niezwykle intrygująca, tym bardziej że w procesie powstawania filmu brała udział artystka Sia znajdująca się bardzo blisko, wręcz wewnątrz światka, o którym Vox Lux ma opowiadać.

Na występ Natalie Portman w Vox Lux musimy zaczekać

Ale warto

Nie będzie to raczej spoilerem, jeśli zapowiem Wam, że na występ Natalie Portman musimy zaczekać do około połowy filmu. Niektórzy byli tym faktem nieco zdziwieni, ale skoro Brady Corbet postanowił ukazać także genezę Celeste (główna bohaterka), to musiała ona zostać obsadzona przez młodszą aktorkę. Później sprawy (dla niektórych) nieźle się komplikują, bo ta sama młoda dama gra córkę Celeste, w którą wcześniej się wcieliła.

Film otwiera makabryczne wręcz wydarzenie, które kształtuje psychikę Celeste i decyduje o jej przyszłości. Zamach, za którym stał jej szkolny kolega, sprawił że dziewczyna trafia do szpitala, a tam wraz z siostrą zaczynają komponować utwór, do którego wykonania dojdzie na ostatnim pożegnaniu ofiar zamachu. Występ ten zostaje zarejestrowany i w mgnieniu oka Celeste trafia pod skrzydła menadżera (Jude Law). Cała trójka, bo dziewczynie towarzyszy jej siostra, podróżuje po świecie, spędza długie godziny w studiu i walczy o jak najlepsze warunki w wydawnictwie.

Przez cały ten czas wydarzenia z przeszłości i zbytnia bliskość jej siostry z menadżerem ciążą nad jej codziennością, a w tle rozgrywa się jeden z największych dramatów współczesnej historii Ameryki, czyli ataki z 11 września. W całość wpleciono także inny zamach, którego dokonali terroryści ubrani w maski bliźniaczo podobne do tych z teledysku artystki. Artystki, którą kochają miliony i za którą paparazzi podążają krok w krok.

Vox Lux na pewno Was nie zanudzi

Streszczenie wszystkiego, co zobaczycie na ekranie zajęłoby mi znacznie więcej czasu i miejsca – to wyżej to zaledwie ułamek fabuły i jednego jestem pewien: na nudę podczas seansu narzekać nie można. Choć niektóre ze scen są dość przewidywalne, to wtedy jak magnes działa charyzma Portman. Obawiam się, że ukazując skrzywdzoną i skrzywioną celebrytkę bez hamulców odrobinę przeszarżowała, ale w innym przypadku nie przyciągałaby tak do ekranu. Są chwile, gdy jest to bardziej widoczne i możemy zareagować na jej zachowanie solidnym westchnięciem, lecz suma sumarum to bardzo udany występ, którego nie podjąłby się każdy.

Co ciekawe, za lepszą połowę filmu wcale nie uznaję tej z Portman. Owszem, jej obecność na ekranie sprawia, że mam ochotę śledzić tę historię dalej, ale scenariuszowo i realizacyjnie znacznie, znacznie lepiej wypada pierwsze około 45 minut. Ujęcia, kadry, montaż i muzyka współgrają ze sobą wręcz rewelacyjnie i odnosiłem wrażenie, że będę miał do czynienia z czymś wyjątkowym. Z łatwością wsiąkłem w ten wykreowany przez Corbeta świat. Szkoda tylko, że po przekroczeniu połowy gdzieś to się wszystko wymyka i film staje się… standardowy.

Gdyby nie Portman, drugiej połówki filmu bym nie obejrzał

Może szalejąca przed kamerą Portman miała być wystarczająca i reżyser nie chciał jej zbytnio przeszkadzać? Zamknięcie filmu przez problematyczne przygotowania i sporą część koncertu, który śledzimy z kilku różnych perspektyw, był dobrym pomysłem, ale ostateczny efekt okazał się nijaki. Miało być trochę patetycznie i podniośle, i choć nie jestem wielkim przeciwnikiem muzyki pop, to po drugim utworze miałem (niestety) dosyć tego występu. Doceniam starania produkcji w przedstawieniu nam takiego widowiska, ale porywanie się na rywalizację z Bohemian Rhapsody było zbędne.

Nie twierdzę, że seans Vox Lux, to zmarnowany czas. Napiszę jednak, że nie jest to film dla wszystkich i jeśli nie macie ochoty zaczynać filmu od strzelaniny w szkole, a później być świadkiem rozterek i ciężkich problemów życiowych głównej bohaterki, możecie odpuścić Vox Lux. Ci, którzy lubią dramaty powinni tu coś dla siebie znaleźć. Tłumów w Cinema City na popisach Portman nie widziałem, więc zdaję sobie sprawię, jakiego formatu jest to film.

Vox Lux – 7/10