68

Max 180 km/h w Volvo? To pikuś. Pójdźmy o krok dalej

Volvo się "kończy". Nie dość, że ładują bezpłciowe silniki 4-cylindrowe (lub 3-cylindrowe) o maksymalnej pojemności skokowej wynoszącej 2,0 litra, to w dodatku wprowadza limit prędkości 180 km/h we wszystkich modelach. Nawet tych o "sportowym zacięciu", o ile można tak jeszcze powiedzieć o jakimkolwiek nowym "Łosiu". Nie ma już "eRek", Polestar to odrobinę koni więcej i emblemat - ale cóż. Podczas gdy nie psy, a wataha szczeka, karawana jedzie dalej. Ale z maksymalną prędkością wynoszącą 180 km/h.

Dla wielu kierowców podstawową wartością wynikającą z jazdy autem to emocje. W wielu modelach Volvo emocji było tyle, co na grzybach. Owszem, Szwedzi produkowali również tzw. „cegłoloty” (czyli samochody, które gracji dorównywały fortepianowi, a zasuwały jak szalone), niemniej na pierwszym miejscu zawsze stawiano bezpieczeństwo. Natomiast obserwując rynek motoryzacyjny, trudno jest oprzeć się wrażeniu, że nieuchronnie zmierzamy ku eliminacji kierowcy. I jakoś tak mój umysł podpowiada mi, że jedynie Volvo jest na tyle „bezczelne”, by jako pierwsze duża marka zaproponować pojazd, w którym kierowcy nie ma. Znaczy… jest. Ale ten elektroniczny. Potencjalnie nieomylny, kierowca doskonały. Zdolny do zdecydowanie bezpiecznego przetransportowania pasażerów z punktu A do punktu B.

Czytaj więcej: Volvo się kończy… na 180 km/h. Wielkie oburzenie

Radość z jazdy? To się nie liczy

Trudno sobie wyobrazić samochód, w którym nie mamy nic do powiedzenia – możemy jedynie bawić się systemem infotainment tak, aby podróż przebiegła w miłej atmosferze. Masz możliwość zmiany ustawień klimatyzacji, wyłożyć się wygodnie na siedzeniu i obserwować drogę. Wszystko za Ciebie i Twoich pasażerów robi bezlitośnie skuteczna elektronika. Spoglądasz na to, co robi pojazd i od razu myślisz: „ja tak dobry nie jestem”. Dojeżdżasz do celu, autko parkuje – niezwykle precyzyjnie i w taki sposób, by każdy pasażer mógł swobodnie wyjść.

Pierwsze jaskółki takiego obrotu wydarzeń pojawiły się w czerwcu: wtedy to Volvo wespół z Waymo ogłosili, iż ta druga firma będzie dostarczać” rozwiązania dedykowane w pełni autonomicznej jeździe szwedzkiej legendzie (oraz submarkom: Polestar oraz Lynk & Co. w rękach Chińczyków). W przyszłości, na podstawie tego partnerstwa pojawi się flota „robotaksówek”, w których na próżno będzie szukać kierowcy do „pogadania sobie”. Mowa tutaj o czwartym poziomie autonomii, który zakłada, iż jazda odbywa się w trybie w pełni autonomicznym, jednak z pewnymi zastrzeżeniami. Świadczenie usług w ten sposób musi odbywać się w konkretnym miejscu, zatwierdzonym do wykorzystania przez samojezdne auta, a także np. przy sprzyjających warunkach pogodowych.

Nie można tutaj mówić zatem o pełnej autonomii, lecz jej zalążku. Ale i tak cała idea posunęła się bardzo daleko. Waymo jest prawdopodobnie najlepiej przygotowanym projektem pod kątem samojezdnych pojazdów. A skoro Volvo, słynące z dbałości o bezpieczeństwo zamierza skorzystać z tego dobrodziejstwa, wiedzcie, że coś się dzieje… i ostatecznie się „stanie”.

Kierownica Volvo, deska rozdzielcza z ekranem LCD

Problematyczny romans z Uberem – tutaj Volvo „zmoczyło kuper”

To nie pierwsze zakusy Volvo w kontekście autonomicznych pojazdów. Wiadomo bowiem, że Szwedzi kombinowali z Uberem, dostarczali pojazdy dla floty samojezdnych aut – jednak sielanka zakończyła się w momencie, gdy doszło do śmiertelnego wypadku z udziałem pieszej i Volvo XC90 napędzanego autonomią od Ubera. Choć nie da się tutaj jednoznacznie wskazać winnego (piesza nie zachowała ostrożności, z drugiej strony jednak pojazd nie wykrył „żywej przeszkody”), skaza na wizerunku i tak się pojawiła. Gdyby okazało się, że w stu procentach winny jest pojazd Ubera, dla Volvo byłoby to znacznie gorsze niż brak najwyższych ocen konkretnego modelu w testach zderzeniowych (które zasadniczo nie są według mnie stuprocentowym wyznacznikiem bezpieczeństwa pojazdu).

Wypadek zdarzył się w roku 2017 – w tym samym roku Uber został pozwany przez Waymo z powodu rzekomej kradzieży własności intelektualnej (sprawa dotyczyła rzecz jasna technologii autonomicznych pojazdów). Nie był to szczególnie udany okres dla przewoźnika – giganta, który szybko okrył się złą sławą. Niemniej, nawet po podpisaniu porozumienia z Waymo, Volvo zarzekło się, że w dalszym ciągu będzie przekazywać Uberowi gotowe do jazdy autonomicznej pojazdy. Bo dlaczego nie?

Jazda „bez rączek”

Dzisiejsze pojazdy oferujące możliwość jazdy autonomicznej wymagają od użytkownika skupienia uwagi na drodze – mimo wszystko, dla bezpieczeństwa. Najczęściej, kierowca musi trzymać ręce na kierownicy – tak, aby pojazd miał „pewność”, iż człowiek w kryzysowym momencie będzie w stanie przejąć kontrolę nad prowadzeniem. Volvo natomiast planuje wykorzystać LIDAR-y amerykańskiego startupu Luminar: w 2022 roku mają się dzięki temu pojawić pojazdy zezwalające na jazdę „bez rąk” np. po autostradach i jedynie w krajach, gdzie bytność aut samojezdnych jest zdefiniowana w literze prawa. Dokładnie tak – klienci otrzymają możliwość zakupu pojazdu, który w ograniczonym (ale mimo wszystko imponującym) zakresie będzie w stanie prowadzić się samodzielnie.

Czy powinniśmy mieć wybór?

Mimo posiadania czasami bardzo zerojedynkowych poglądów, hołduję pluralizmowi w ich zakresie. To, że mnie podoba się wizja pojazdu bez kierowcy (a nawet kierownicy i tak dalej), to nie oznacza to automatycznie, iż taka perspektywa będzie odpowiadać każdemu. Stąd też, sądzę, że w początkowej fazie adopcji prawdziwie samojezdnych aut, warto dać kierowcom / użytkownikom wybór. Chcesz, by pojazd jechał sobie sam? Proszę bardzo. Nie chcesz? Prowadź, ale licz się z ryzykiem, bo maszyna zawsze będzie widziała więcej i zawsze zareaguje znacznie szybciej niż Ty. Mówimy tutaj o sytuacji, w której jesteśmy na 99% pewni nieomylności systemu autonomii – powiedzmy, że to tzw. „typ idealny”.

Wiecie, ja czerpię radość z jazdy autem. Bardzo lubię to, że mam kontrolę nad maszyną i mogę z niej świadomie korzystać. Fajnie jest mieć świadomość, że prowadzisz prawie dwutonową blachę, która przypomina „czołgokanapę” na kołach. W limuzynach Volvo jest coś niesamowicie pociągającego – niech żyje Peter Horbury i jego koncept Volvo ECC, który następnie, po latach przerodził się w S80 pierwszej generacji. Genialne pojazdy – nawet po wielu, wielu latach.

Niemniej, jeżeli naszym celem miałoby być stuprocentowe pozbycie się wypadków – czy to z udziałem pieszych, czy też innych pojazdów, wyeliminowanie przypadków osób rannych w incydentach komunikacyjnych i zaprowadzenie absolutnego porządku w ruchu samochodowym – recepta jest prosta. Człowiek jest słabym ogniwem i należy go wyeliminować. Maszyna przecież nie zdenerwuje się w trakcie meetingu zespołem i nie wyjedzie z firmy męcząc wszystkie dostępne konie w drodze do domu. Maszyna nie stanie się dla nikogo szeryfem drogowym i nie przekroczy dopuszczalnej prędkości. Zadba o pieszych w stu procentach. Wykryje zagrożenie przed tym, jak zdążysz o nim pomyśleć.

Czytaj więcej: Volvo XC60 T8 AWD (2018/2019) – hybryda Plug-In. Test

Volvo S60 III generacji widziane z tyłu

Poważne auto bez możliwości udziału kierowcy w jeździe – tylko Volvo jest tak „bezczelne”

Limit prędkości ustalony na 180 km/h to odważny krok Szwedów. Jestem pewien, że właśnie rodzą się „magicy”, którzy będą w stanie zdjąć ten kaganiec i amatorzy ultraszybkiej jazdy będą mieli do dyspozycji pełnię możliwości nowych silników koncernu. Ale, jeżeli pojawi się auto, w którym nie przewidziano miejsca dla ludzkiego kierowcy (zostaje tylko „deska rozdzielcza”, która będzie w pełni służyć do obsługi systemu infotainment), nie będzie się dało przerobić go na takie, które pozwoli na prowadzenie się człowiekowi. Patrząc na kierunek i dynamikę zmian na rynku motoryzacyjnym, taki scenariusz jest nieunikniony. Nie wiem jedynie kiedy to się odbędzie. Za 10 lat? 20 lat? A może za lat 50? Trudno ocenić na ten moment.

Pewne jest jednak to, że coś stracimy „tylko” po to, aby sporo zyskać. Bezpieczeństwo, ludzkie życie to wartości nadrzędne. I nawet takie czynniki jak „frajda z jazdy”, „emocje” nie równoważą tego, co zdecydowanie jest najważniejsze. Jeżeli miałbym mieć pewność, że taki pojazd dowiezie mnie lub moją rodzinę do miejsca docelowego – bez przykrych niespodzianek, mogę to zaakceptować. Ale na pewno tęskniłbym za możliwością złapania w ręce kierownicy i samodzielnego poprowadzenia auta.

To jak, Volvo? Kiedy Twój ruch?