23

VOD jak „telewizja”, Blu-Ray jak „wyjście do kina”. Wróciłem do kupowania ulubionych filmów i seriali na płytach

Po latach wróciłem do kupowania ulubionych filmów i seriali na płytach. Co ciekawe, do ich oglądania podchodzę... nieco inaczej, niż do klikania VOD.

Nie jestem specjalnym fanem fizycznych wydań… czegokolwiek. Ale kiedy z serwisów VOD pierwszy raz zaczęły znikać treści na których mi zależało – zapaliła się lampka ostrzegawcza. Bo fakty są takie, że nie ma ich wiele — ale jednak jest kilka filmów i seriali, do których wracam regularnie. Postanowiłem więc nie zastanawiać się czy i gdzie będę mógł je obejrzeć następnym razem, a po prostu kupić ich możliwie najlepsze wydania na nośnikach, by zawsze mieć do nich dostęp. Powoli, regularnie, nabywam kolejne interesujące mnie pozycje. Nie ma co się oszukiwać: nie mają one absolutnie nic wspólnego z wygodą serwisów VOD. Nie zabiorę ich ze sobą w podróż (bo przecież płyty do tabletu czy smartfona nie włożę ;), każdorazowo muszę wstać po nośnik, włożyć go do konsoli służącej jako odtwarzacz, a w przypadku serialu — zmienić na kolejną, gdy skończą się odcinki. Mimo wszystko oglądanie z płyt daje… pewną satysfakcję. I tytułowe porównanie VOD do telewizji, a nośnika do wyjścia do kina może i brzmi śmiesznie, bo przecież w obu przypadkach nie ruszam się z własnej kanapy. Ale jakościowo to zupełnie inne światy.

Nie ten bitrate, nie ta jakość. Rozumiem dlaczego ludzie wciąż kupują płyty na potęgę

Najpopularniejsze serwisy VOD, te z ogromnymi bibliotekami treści, nie zachwycają jakością. Netflix ma swoje 4K, ale nijak ma się ono do 4K, które znamy z płyt. Jakość HBO Go w ogóle przemilczę. Chlubnym wyjątkiem jest tutaj Apple TV, które faktycznie potrafi pozytywnie zaskoczyć w temacie — jednak do płyt wciąż mu daleko. Zdarzają się promocje obok których nie potrafię tam przejść obojętnie (np. Blade Runner 2049 za niespełna 15 złotych), wypożyczenia za kilkanaście złotych też bardzo mi odpowiadają. Ale tak jak są ludzie uwielbiający czytać papier i mówiący o magii druku (której sam nie dostrzegam nic, a nic) — tak rozumiem już co mają na myśli wszyscy kolekcjonerzy płyt twierdzący, że jak oglądać w domu, to tylko z płyt. I kropka

65-calowy Samsung QLED Q800T w połączeniu z soundbarem Q900T to zestaw idealny. I nie – nie zastąpi on kinowego ekranu o powierzchni większej, niż największe ściany w moim mieszkaniu, ale wysokiej jakości obraz w połączeniu z dźwiękiem Dolby Atmos potrafią zauroczyć. Przyłapałem się na tym, że od jakiegoś czasu serwisy które mogę wyklikać bezpośrednio w telewizorze traktuję jak kanały, między którymi się niegdyś przełączałem szukając treści które mi odpowiadają. Płyty zaś są czymś „ekstra”. Najlepiej do towarzystwa uprażyć miskę popcornu i nalać coli. Plus jest taki, że oglądając w domu możemy zacząć projekcję kiedy chcemy, nie szukając żadnego rozkładu jazdy. Nikt nam też nie będzie przeszkadzał, no i nie tracimy czasu na dojazdy.

Nie wykluczam, że sporo w tym wszystkim zasługi… zasiadania do rzeczy, które już znam i lubię. Powroty nie zawsze są przyjemne, ale jako że stawiam na rzeczy nieprzypadkowe – wiem, że nie będę zawiedziony. Do tego dochodzi jeszcze pewna ekscytacja z oczekiwaniem na przesyłki – jak jest z wydawcami, wszyscy wiemy. Nie wszystko da się kupić lokalnie, a uganianie się za płytami z drugiego końca świata po odkryciu australijskiego wydawcy (oferującego wydania w najlepszej jakości, a do tego w naszym regionie więc nie muszę nawet podmieniać konsoli na tę z amerykańskim czytnikiem) też daje pewną frajdę. Najgorszy element całej tej zabawy to zagracanie się i gromadzenie kurzołapów – no ale coś za coś. Na szczęście aż tylu pozycji do których wracam nie ma ;). Zdarza Wam się jeszcze kupować treści na nośnikach – czy streamingi tak Was rozpieściły, że nawet nie chcecie już myśleć o dodatkowych gratach i niewygodach?