8

Fałszywe informacje nie są wyłącznie problemem Facebooka – przykład Vinci to znacznie grubsza sprawa

Dostęp do informacji, szybki i łatwy, zawsze był istotny, a od jakiegoś czasu jest też możliwy - za sprawą nowych technologii można być na bieżąco z wydarzeniami nawet w najodleglejszym zakątku naszego globu. Kilka miesięcy temu praktycznie na bieżąco obserwowałem w Sieci, jak w Turcji przeprowadzany jest (rzekomy) przewrót. Możliwości olbrzymie, ale i ryzyko spore - coraz częściej przyjmujemy za pewnik doniesienia, jakie pojawiają się w cyfrowych mediach, nie zadajemy pytań o źródło. A to wielkie pole do nadużyć, czego przykładami nie tylko niedawne wybory w USA, ale też historia pewnej francuskiej korporacji.

Vinci – o tej firmie będzie za chwilę. Związana z nią historia świeża nie jest, ale dopiero dzisiaj na nią trafiłem. Wbrew tezie, że informacje rozchodzą się z piorunującą szybkością… Nim jednak dojdziemy do tego wątku, warto wspomnieć, że Google i Facebook (zwłaszcza ta druga firma) obrywały ostatnio w amerykańskich mediach. Chodziło o to, że podczas kampanii przedwyborczej można w nich było znaleźć nieprawdziwe informacje dotyczące kandydatów, a to siało zamęt. Oczywiście owe informacje nie pochodziły bezpośrednio od pracowników obu firm, wrzucali je internauci. Jedni wrzucali, drudzy udostępniali, jeszcze inni „potwierdzali” i fałszywe informacje robiły swoje. Firmie Zuckeberga oberwało się za to, że taki mechanizm jest możliwy, że nic z tym nie robi. Chociaż w znacznym stopniu należy się w tym pewnie doszukiwać frustracji – wskazuje się winnych przegranej Hillary Clinton, niektórym wyszło, że zawinił niebieski serwis społecznościowy.

Czy problem jest realny? Uważam, że tak. Sam niejednokrotnie trafiałem na fałszywe doniesienia, widziałem, że ludzie biorą to na serio i dyskutują w oparciu o brednie. Jedni dają się podejść, inni z premedytacją rozprzestrzeniają te wiadomości. Wiele osób stwierdzi pewnie, że doniesienia powinny być filtrowane, chociaż to może być uznane za próbę cenzurowania Internetu. Ktoś powie, że każdy ma swój rozum i niech z niego korzysta czytając wiadomości w Sieci. Problem polega na tym, że podejść dają się nawet specjaliści, kult szybkości sprawił, że jakaś informacja może obiec świat trzy razy, nim zadane zostanie pytanie o jej autentyczność.

Dochodzimy do firmy Vinci. To francuski gigant z sektora budowlanego, jego kapitalizacja sięga kilkudziesięciu miliardów dolarów. Niedawno Bloomberg opublikował informację prasową, z której wynikało, że szef finansów firmy pożegnał się ze stanowiskiem. W tle miał być audyt i potrzeba zrewidowania raportów kwartalnych z bieżącego i poprzedniego roku. Nie trzeba było długo czekać, by ta wiadomość uderzyła w notowania Vinci – cena akcji topniała w oczach, a korporacja w szybkim komunikacie donosiła, że opublikowana wiadomość prasowa nie jest prawdziwa, że nie pochodzi od niej. Kurs akcji zaczął wracać do poziomów sprzed paniki, lecz część inwestorów poniosła już straty.

Kto za tym stał? Na razie nie wiadomo. Może ktoś sprawdzał swoje możliwości, może to „dowcip” i zabawa. Nie można jednak wykluczać, że akcja była długo planowana i ktoś zarobił na tym spore pieniądze. Jedną kwestią są powody, zupełnie inną wykonanie. Okazuje się, że wystarczy stworzyć skrzynkę mailową, która będzie miała Vinci w nazwie, podszyć się pod menedżerów firmy czy nawet pracowników z odpowiedniego działu, zbudować fałszywą stronę firmy, z której można pobrać nieprawdziwą wiadomość i jest się w stanie oszukać nawet Bloomberga – wydawałoby się, że ostoję rzetelności. Ten zabieg mógłby przeprowadzić rozgarnięty uczeń szkoły średniej, nie musi to być od razu dzieło złej i potężnej konkurencji czy doświadczonych oszustów.

Trzeba ponownie zadać pytanie o to, czy winowajcami są w tej dyskusji Facebook albo Google (nie bronię tych firm – swoje cegiełki też dokładają), czy też wszyscy pracujemy na tę patologię. Chcemy mieć informacje szybko, na wyciągnięcie ręki i coraz rzadziej myślimy o weryfikacji. Media ścigają się, by zaserwować coś jako pierwsze, odbiorcy wybierają nierzadko tych, którzy są pierwsi. Bez względu na to, czy przekaz jet prawdziwy. Wszyscy biegną, wszyscy walczą o cenne sekundy. Bloomebrg nie potwierdza informacji u źródła, lecz puszcza ją w świat. Inwestorzy też nie sprawdzają, bo każda sekunda może oznaczać większe straty (lub zyski). A potem nakręca się spirala pretensji. Najgorsze jest to, że o problemie można dużo mówić, pokazywać go palcem i opierać o konkretne przykłady, lecz niewiele to zmieni. Fałszywych doniesień z Internetu nie usuniemy. Nie oznacza to jednak, że wszystko trzeba przyjmować z automatu…