17

VentureBeat szokuje, w ustawach pokroju ACTA chodzi tylko o ochronę amerykańskiego biznesu?

Do dziś serwis VentureBeat szanowałem. Ale po opublikowaniu wczorajszego tekstu o potrzebie chronienia amerykańskich startupów chyba muszę przemyśleć swoją opinię. Cóż, w końcu ktoś to powiedział i to na łamach poczytnego serwisu – w ustawach i porozumieniach typu ACTA powinno chodzić tylko i wyłącznie o ochronę amerykańskiego biznesu. Czyli jankeskich portfeli. Inne kraje powinny się […]

Do dziś serwis VentureBeat szanowałem. Ale po opublikowaniu wczorajszego tekstu o potrzebie chronienia amerykańskich startupów chyba muszę przemyśleć swoją opinię. Cóż, w końcu ktoś to powiedział i to na łamach poczytnego serwisu – w ustawach i porozumieniach typu ACTA powinno chodzić tylko i wyłącznie o ochronę amerykańskiego biznesu. Czyli jankeskich portfeli. Inne kraje powinny się do tego dostosować.

Amerykański imperializm zaczyna mi działać na nerwy. Aż się dziwię, że wcześniej go nie widziałem. Dopiero wnikanie w kwestie startupów i Internetu otworzyło mi oczy. Jankesi to takie duże dzieci – myślą, że jak będą wystarczająco głośno krzyczeć, to dostaną wszystko, czego chcą. W każdym razie na łamach VentureBeat pojawił się artykuł wskazujący na problem kopiowania amerykańskich startupów. Za przyzkład posłużył ciekawy obrazek:

Dalej zaś autor, Wei Lien Dang, wypowiada się jasno – klonowanie amerykańskich biznesów typu Pinrest czy Groupon jest złe i amerykańskie firmy powinny mieć możliwość zamykania takich klonów. I choć Dang tłumaczy się, że chodzi o kopiowanie “piksel w piksel”, a nie tylko skorzystanie z gotowego pomysłu, to już później trochę gubi się w swoich poglądach.

Zacznijmy od kwestii, z którymi się zgadzam. Tak, kopiowanie piksel w piksel jakiegoś serwisu internetowego nie jest w porządku. Nie ma w tym ani innowacyjności, ani konkurencyjności (i o ile mi wiadomo, w przypadku normalnych firm jest to nielegalne, tzn. chodzi o kopiowanie wizerunku – logo, znaki towarowe, te sprawy). Samo wykorzystanie pomysłu na swój sposób to już normalna rzecz. Mówimy tutaj o “pomyśle na serwis społecznościowy”, “pomyśle na osiedlowy sklep z mięsem”, “pomyśle na sieć fast-foodów” i tak dalej. BurgerKing VS McDonald, prawda? O tych kwestiach kopiowania i powielania pomysłów mówiło się na Antywebie już sporo i ogólnie wszyscy wiedzą, że kopiowanie piksel w piksel jest bezsensowne :).

Interesuje mnie jednak inna rzecz, ładnie spisana w omawianym tekście. Ogólnie chodzi o to, że powinny istnieć ustawy i porozumienia, na mocy których amerykańskie startupy powinny mieć możliwość zamykania klonów – ale oczywiście dobrze wiemy, wszyscy dobrze wiemy jak takie ustawy są dziś pisane. Tak ogólnie i tak podchwytliwie, że dobry prawnik jest w stanie każdego zamknąć w więzieniu federalnym.

Dang argumentuje, że amerykańskie startupy są w stanie bardzo szybko dokonywać ekspansji na zagraniczne rynki, co przecież nie zawsze jest prawdą. Niektóre startupy nawet nie chcą wychodzić poza USA. Koniec końców jednak, “w razie czego” przydałaby się ustawa, która pozwoli się pozbyć konkurencji. Konkurencji, która:

(…) po prostu sprawia, że ekspansja na zagraniczne rynki jest droższa i trudniejsza.

No przepraszam bardzo, ale gdzie tu wolny rynek? Co to, drugie ZSRR się marzy? Gospodarka centralnie sterowana (centralnie, czyli z Waszyngtonu)? Ciekawe jestem, czy Dang bierze pod uwagę (w końcu jednak nie określając, jak ma się identyfikować co jest klonem, a co tylko wykorzystaniem tego samego pomysłu), że nie wszyscy chcą mieć Amerykanów z ich wojskami i biznesami na swojej ziemii.

I tak oto broniąc amerykańskiego stylu życia i własnej gospodarki, otwarcie mówi, w aspekcie możliwej ochrony przed klonami:

(…) wysiłki były skupione na takich ustawach jak ACTA, które są projektowane by chronić wielkich dostawców treści, a powinny skupiać się na ochronie amerykańskiej przedsiębiorczości. Powinny istnieć mechanizmy i procedury umożliwiające amerykańskim startupom zamykanie zagranicznych klonów.

Co jest klonem, to już sobie amerykanie odpowiednio mogą zdefiniować. “Ochrona prywatności”, “walka z naruszeniem dóbr intelektualnych”, “walka z pedofilią”. Piękne słowa, ale czy nie można otwarcie, szczerze? “Walka o dobro amerykańskiej gospodarki” – lubię, gdy mówi się prawdę. Nawet, gdy prawda ta jest brutalna.

OK, a teraz tak nieco luźniej. Oczywiście rozumiem, że omawiany artykuł to poglądy jednej osoby, w dodatku autora gościnnego, choć pewnie wiele innych osób się z autorem identyfikuje. Boli tylko trochę, że Dang jest studentem prestiżowego Harwardu – jeśli więcej młodych ludzi myśli tak jak on, to ja naprawdę nie chcę amerykańskich wojsk w Polsce…

W każdym razie, naprawdę interesujące jest dla mnie to, że ktoś w końcu przyznał i to na takim “geekowym” serwisie, po co są ustawy i porozumienia typu ACTA – a właściwie po co powinny istnieć. I warto zwrócić na to uwagę, a potem o tym zawsze pamiętać, kiedy będziemy słyszeć o kolejnych dokumentach, które mają “chronić prywatność” czy “chronić przed piractwem”. Bo tak naprawdę, mają chronić tylko i wyłącznie amerykańskie portfele i jankeski imperializm.

Klony piksel w piksel dobre nie są – ale nie ma sensu kombinować z regulacjami prawnymi, a zwłaszcza międzynarodowymi. Bo jak klon będzie kiepski, to szybko upadnie. A jak będzie dobry, to zgarnie swoją część rynku i też będzie dobrze. Bo ostatnim razem jak sprawdzałem, monopol nie był mile widziany ani w Europie, ani w Ameryce. A jeśli chodzi o ochronę wszelkich znaków firmowych, towarowych, logo, designu itd, to tutaj już ustawy – zarówno lokalne jak i międzynarodowe – są.

No i proszę, oficjalnie przestałem lubić Amerykę :P.