22

Urzędnicy dostają sprzęt i… odsyłają go do stolicy. Bo to „szmelc”

Dzisiaj na AW pojawił się tekst, w którym Marcin opisywał absurdy towarzyszące poszukiwaniu przez policję speca od foto/wideo („poszukiwanie” to w tym wypadku niewłaściwe słowo – chodzi o nabór). Wspomniał w nim również o tabletach, które swego czasu dostali polscy parlamentarzyści. Drogich tabletach. Ta sprawa wiele osób nadal bulwersuje, ale mnie bardziej boli wydawanie przez […]

Dzisiaj na AW pojawił się tekst, w którym Marcin opisywał absurdy towarzyszące poszukiwaniu przez policję speca od foto/wideo („poszukiwanie” to w tym wypadku niewłaściwe słowo – chodzi o nabór). Wspomniał w nim również o tabletach, które swego czasu dostali polscy parlamentarzyści. Drogich tabletach. Ta sprawa wiele osób nadal bulwersuje, ale mnie bardziej boli wydawanie przez państwo środków na tanie urządzenia. W tym wypadku należy jednak napisać wywalanie pieniędzy.

Tekst Marcina przeczytałem krótko po zapoznaniu się z wiadomością dotyczącą „informatycznych wydarzeń w Lubinie”. Miasto znam doskonale, bo tam się urodziłem, tam chodziłem do szkoły. Tym bardziej zainteresowało mnie to, że pewne ogólnopolska stacja radiowa zwróciła uwagę na stolicę polskiej miedzi. Niestety, zazwyczaj, gdy o Lubinie robi się głośno, to z powodu jakiejś afery, wypadku albo sprawy tak absurdalnej, że nie ma sensu angażować w to logiki. Tym razem bohaterami doniesienia stali się lubińscy urzędnicy oraz sprzęt elektroniczny. Jednak to nie oni nabroili – problemów należy szukać „wyżej”:

Magistrat w Lubinie odesłał do Warszawy sprzęt informatyczny, który – podobnie jak wszystkie urzędy gmin w kraju – dostał za darmo z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Miał być wykorzystany w programie elektronicznej administracji. Plany te pozostały na papierze, a bezużyteczne urządzenia niszczały w magazynie.[źródło]

Co dokładnie odesłano? Na liście znajdują się m.in. serwer, skanery, kilkadziesiąt drukarek laserowych. Na dobrą sprawę, do stolicy wyekspediowano prawie wszystko z otrzymanego wcześniej zestawu – zostawiono tylko kilka komputerów. Cały pakiet wart był kilkadziesiąt tysięcy złotych. Marnotrawstwo środków? Owszem, bo trochę dziwi kolejność załatwiania spraw: najpierw dokonano zakupów, obdarowano na siłę urzędy, a potem zabrano się za opracowanie i wdrożenie projektu. To zbyt szybko nie nastąpi, bo odpowiedzialne za cały pomysł Centrum Projektów Informatycznych ma teraz ciekawsze rzeczy na głowie (jeden z wątków głośnej ostatnio afery korupcyjnej). Jest jednak kwestia denerwująca mnie jeszcze bardziej, niż zakup niepotrzebnego sprzętu. To zakup taniego albo mało wydajnego niepotrzebnego sprzętu.

Z wypowiedzi, na jaką trafiłem w Sieci, wynika, iż urzędnicy może i znaleźliby zastosowanie dla wspomnianych drukarek czy innych urządzeń, ale:

– To jest szmelc, w dodatku bardzo drogi w eksploatacji. Już w chwili, gdy go dostaliśmy, budził uśmiech na twarzach informatyków, miał dużo gorsze parametry od urządzeń, jakie mieliśmy w urzędzie – mówi rzecznik. – Drukarki, tzw. no name, najtańsze, ale za to z bardzo drogimi tonerami. Używanie ich by nas zrujnowało. Taki serwer, jak ten od CPI, to można dzieciom w domu zamontować do zabawy. [źródło]

Zapewne wielu z Was zna powiedzonko: nie stać nas na kupowanie tanich produktów. Tak właśnie jest w przypadku Polski, gdy mowa o publicznych pieniądzach. Jeśli państwo musi wydawać nasze środki na sprzęt elektroniczny, technologie, czy oprogramowanie (ale zakres problemu jest znacznie szerszy i na dobrą sprawę odnosi się do wszystkich sfer naszego życia), to niech robi to z głową. Powtórzę: nie stać nas na bylejakość. Jeżeli już parlamentarzyści mają dostać tablety za pieniądze ze wspólnej kasy, to niech będą to dobre produkty.

Nie tylko dlatego, że łatwiej się na nich pracuje, że są mniej awaryjne i bezpieczniejsze (chociaż to akurat kwestia sporna) – chodzi także o prestiż i realne oszczędności w dłuższej perspektywie. Tę samą zasadę należy jednak stosować także w innych przypadkach – potrzebna jest konsekwencja. Jeśli poseł dostał iPada za kilka tysięcy złotych, to dlaczego do Lubina lub jakiejkolwiek innej miejscowości, wysyłany jest tandetny sprzęt, którego nie opłaca się używać? Rozumiem, iż swoje robią tu przepisy, ale już niejednokrotnie przekonaliśmy się, że one są po prostu szkodliwe i trzeba je zmienić. Cena nie może być koronnym argumentem w takich kwestiach jak cyfryzacja (pytanie, w jakich może?), bo szybko się na tym przejedziemy jako obywatele.

Jestem w stanie zaakceptować wydawanie pieniędzy na cyfryzację czy modernizację szpitali, urzędów, policji, szkół. Ba, w niektórych przypadkach przyjmę poczynania władz z uśmiechem na twarzy i wykrzyknę: nareszcie! Jeśli jednak miliardy złotych pójdą na zrobienie czegoś, co za dwa lata trzeba będzie poprawiać, bo okaże się, iż nie działa tak, jak powinno i obywatele zderzyli się z potężnym murem problemów, a przy tym nie da się wprowadzić prostych zmian i konieczne jest zamawianie nowego produktu albo wpompowanie w bubel grubych milionów złotych, to mój entuzjazm znika. W jego miejscu pojawia się zgrzytanie zębami, rzucanie mięsem w pustą przestrzeń i zadawanie sobie pytania, kiedy w Polsce będzie normalnie. Po lekturze doniesień z Lubina, dochodzę do wniosku, że przed nami długa i kręta droga…

PS Jestem ciekaw, co stanie się z odesłanymi urządzeniami? Grafika tytułowa może być inspiracją, ale po pewnym czasie nawet szaszłyki przestają cieszyć i zaczynają nudzić…

Źródło grafiki: hardstore.su