12

Urlop od telefonu, internetu czy znajomych?

Z czym wiązał się wyjazd na wakacje jeszcze kilka(naście) lat temu? Najczęściej z odpoczynkiem od komputera, który pozostawał pod biurkiem i internetu, do którego dostęp z poziomu telefonu pozostawał w sferze marzeń. Dziś wszystko to możemy zabrać ze sobą i jedyne, co może stanąć nam na drodze, to ograniczenia pojemności baterii oraz zasięgu sieci komórkowej. Czy korzystając z urlopu, podczas wakacyjnego wyjazdu, powinniśmy zdecydować się na całkowite odcięcie od świata technologii? Czy ja się na to zdecydowałem?

Miałem taki zamiar. Kilka dni przed wyjazdem przygotowywałem swoją Nokię 215, wyjąłem ją z szafy i naładowałem baterię, by przed wyruszeniem w drogę móc umieścić w niej moje obydwie karty SIM. W ten sposób ograniczyłbym liczbę zabieranych ze sobą urządzeń do jednego, zaś możliwości typowej Nokii wprowadziłyby żelazne zasady w pozostałych kwestiach. Co prawda model ten oferuje aplikacje Facebooka i Messengera (odbieranie wiadomości w trybie push), lecz powolność ich działania oraz obciążenie dla baterii nie pozwoliłyby na zbyt dużą swobodę. Dlatego plan zakładał też wyłączenie transferu danych poprzez sieć komórkową przez większość czasu i jedynie okazjonalne sprawdzanie powiadomień.

Skończyło się jednak na tym, że zabrałem ze sobą obydwa telefony, z których korzystam na co dzień. Smartfony, oczywiście. Nokia 215 posiada odtwarzacz mp3, lecz przeważająca większość muzyki, której aktualnie słucham pochodzi ze Spotify i jest zapisana w wielu playlistach. Jedno tapnięcie wystarczy, by stały się dostępne w trybie offline, więc zmartwienie związane z zasięgiem znika momentalnie, a i zużycie energii podczas odtwarzania muzyki jest wtedy znacznie niższe. Nie mniej istotne jest posiadanie przy sobie dobrego aparatu, a ten przecież znajduje się w naszych telefonach. Nie zamierzałem dodatkowo pakować kompaktówki czy cyfrówki. Te dwie kwestie przybliżały mnie do porzucenia pomysłu z jednym, niewielkim i prostym telefonem. Decydujący okazał się jednak inny argument.

W kilka godzin przed wyjazdem dobitnie dotarło do mnie, jak komunikatory pokroju Messengera, WhatsAppa i Telegrama zrewolucjonizowały komunikację. Na co dzień nie zwraca się na to uwagi – kolejne dźwięki kolejnych powiadomień są czymś zupełnie normalnym, lecz w chwili, gdy w jednej dłoni trzymałem smartfona, a w drugiej kluczyk służący do wysuwania tacek z kartami SIM przekonałem się, że za kilkadziesiąt sekund ten hałas ucichnie.

Nie skorzystałem z kluczyka. Karty SIM pozostały w smartfonach, a koncert dźwięków notyfikacji trwał w najlepsze. Dlaczego nie odważyłem się na ten krok? Stało się to za sprawą trwających wtedy konwersacji, które dotyczyły właśnie zbliżającego się wyjazdu. Był to wyjazd zorganizowany, z bardzo liczną grupą, z którą kontakt na miejscu, w razie potrzeby, również odbywał się poprzez m. in. Messengera. SMS-y stały się niejako kołem ratunkowym, wyjściem awaryjnym, na wypadek, gdyby zawiodło połączenie z siecią. To wszystko nie oznacza jednak, że te kilka dni, w bardzo urokliwym miejscu dodam na marginesie, spędziłem wpatrzony w ekran smartfona.

Zdecydowałem, że nie zrezygnuję z kilku swoich postanowień, wśród których prym wiodło to związane z brakiem reakcji na każde powiadomienie. Przez cały czas urlopu nie zajrzałem ani razu do aplikacji związanych z agregowaniem wiadomości, Facebooka odwiedzałem raz lub dwa razy dziennie w celu „wyczyszczenia” licznika powiadomień, pośród których najczęściej znajduje się tylko kilka tych naprawdę wartych uwagi. O najważniejszych wydarzeń dowiadywałem się dzięki aplikacjom informacyjnym – gdy nie sprawdza się regularnie strumienia na Twitterze czy kanałów RSS, to właśnie takie rozwiązanie pozwala być jednocześnie odłączonym, ale i na czasie.

Najlepszym dowodem na to, że udało mi się osiągnąć najważniejszy z zamierzonych celów było sporadyczne… podłączanie telefonu do ładowarki. Poziom naładowania baterii sprawdzałem naprawdę rzadko i szybko przywykłem do takiej sytuacji. Pod koniec urlopu nie zaprzątałem sobie nawet głowym czymś takim jak wskaźnik procentowy przy ikonce baterii – przyzwyczaiłem się, że podłączenie telefonu do gniazdka po nawet 2,5 dnia jest czymś zupełnie normalnym. To spora różnica od codziennego rytuału przeprowadzanego każdego wieczora, ze smartwatchem wśród podłączanych urządzeń na czele.

Dwie sytuacje przypomniały mi także, jak zawodne bywają te wszystkie nowinki, którymi tak się zachwycamy. Poznanie najciekawszych miejsc w okolicy i odnalezienie do nich trasy czy… zdobycie numeru telefonu do najsmaczniejszej pizzerii – wtedy wyszukiwarki zawiodły, a wiedza spotykanych na drodze osób okazała się bezkonkurencyjna.