23

Urlop bez Internetu? Sprawdziłem – to ciężka przeprawa

Ubiegły tydzień upłynął mi pod znakiem wymuszonego urlopu. Założenie było proste: wyjazd z miasta i odpoczynek od miejskiego zgiełku, ale nie od pracy. Internet mobilny miał mi umożliwić pracę na łonie natury. I pewnie pisałbym teksty w normalnym trybie, gdyby nie fakt, że zapewnienia operatora trochę odbiegały od rzeczywistości – jednak mamy w tym kraju […]

Ubiegły tydzień upłynął mi pod znakiem wymuszonego urlopu. Założenie było proste: wyjazd z miasta i odpoczynek od miejskiego zgiełku, ale nie od pracy. Internet mobilny miał mi umożliwić pracę na łonie natury. I pewnie pisałbym teksty w normalnym trybie, gdyby nie fakt, że zapewnienia operatora trochę odbiegały od rzeczywistości – jednak mamy w tym kraju miejsca, w których mobilna Sieć nie dział tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Z tego powodu trafił mi się tydzień bez Internetu. Muszę przyznać, że było to dziwne uczucie. Jeszcze dziwniejszy okazał się „powrót do cywilizacji”.

Pierwszy dzień upłynął oczywiście pod znakiem irytacji i szukania odpowiedniego miejsca, w którym sygnał byłby najmocniejszy. Wieczorem zrezygnowany rozważałem powrót do domu – wszak urlop w takim wymiarze nie był planowany. Po konsultacjach z Decydentami, a także swą Lubą (argument brzmiący: „źle wyglądasz, może zrób sobie kilka dni odpoczynku od komputera” tylko na początku brzmiał niedorzecznie), doszedłem do wniosku, że poddam się temu eksperymentowi i porzucę Sieć, a zwłaszcza doniesienia z branży IT na te kilka dni. Jednocześnie każda kolejna doba powodowała wzrost napięcia i pytania o to, co obecnie dzieje się w sektorze. Z pewnej audycji radiowej dowiedziałem się, że Finowie urządzili sobie zawody w rzucaniu telefonem i próbują się „uniezależnić” od Nokii. Zawsze jest to jakaś namiastka newsów. Pod koniec tygodnia zdałem sobie sprawę z tego, iż ponowne wdrożenie się do tematów branżowych może mi zająć tyle samo czasu, co urlop. Wczorajszy powrót do domu potwierdził moje przypuszczenia.

Niedziela, godzina 22.00. Odpalam kompa i zastanawiam się od czego zacząć. Porządkowanie skrzynki pocztowej można zostawić na potem (zawsze istnieje szansa, że wprowadzą nową opcję i sama to zrobi. Właśnie doszedłem do wniosku, iż muszę się zainteresować sprawą, bo może już to potrafi?). Wchodzę na stronę AW i zaczynam czytać wpisy Kolegów. Mniej więcej wiem już, co się wydarzyło w ostatnich dniach, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że powinienem jeszcze odwiedzić ulubione serwisy obcojęzyczne, by poznać wszystkie (!) newsy. Zadanie niewykonalne, ale entuzjazm pourlopowy przeważa. Otwieram zatem kolejne okna i karty i zaczynam kolekcjonować doniesienia. Trwa to dobrych kilka godzin, a efektem jest nagromadzenie około 250 linków do artykułów (różnej długości), które muszę nadrobić w wolnej chwili. Nie ma co odkładać tego na później – zabieram się do pracy natychmiast.

Włączam YouTube’a z zamiarem stworzenia „uczciwego seta”, który umili mi lekturę. I co widzę? Dość niecodzienną reklamę (film poniżej) wpisującą się w zakres moich zainteresowań – skąd serwis wiedział, że potrzebna mi duża dawka komputerowego contentu? Szczwana bestia. Zaczynamy przeglądanie. Najpierw przystawki: kilka newsów o kolejnej generacji konsol, uzależnienie od smartfonów, zadowolenie Nokii, desperacja HTC… W gruncie rzeczy wszystko po staremu i nie ma się nad czym dłużej zastanawiać – kolejne linki znikają z listy. Pierwsze danie – sprawa nabiera rumieńców: HP informuje o kiepskich wynikach finansowych. Powodów do zadowolenia nie ma też Dell (jednoczenie firma zapewnia, że nie boi się starcia z Microsoftem i Surface). Skoro już mowa o gigancie z Redmond, to wystarczyło wyjechać na kilka dni, by po powrocie dowiedzieć się, że zmienili logo. I to po 25 latach… Pojawiły się nowe smartfony lub zapowiedzi ich wypuszczenia na rynek. Napisałbym, iż najciekawiej przedstawiają się doniesienia na temat konkurenta SGS III ze stajni LG, ale ta korproacja w ostatnich kwartałach sporo obiecywała, a potem mnie rozczarowała, więc nie będę im poświęcał liter – wrócę do tematu, gdy zacznie przybierać konkretną formę. Przeglądam kolejne doniesienia, ale jednocześnie myślę już o daniu głównym. A tym bez wątpienia jest zamknięcie pewnego rozdziału w konflikcie Apple i Samsunga.

Przyznam szczerze, iż wojna patentowa dwóch gigantów interesowała mnie jeszcze kilka miesięcy temu, ale kolejne fale informacji stawały się coraz mniej przyswajalne. Praktycznie każdego dnia pojawiały się wpisy na ten temat i wiele z nich nie wnosiło niczego nowego. Ta klęska urodzaju (a może już nawet dezinformacja) zniechęciła mnie do bacznego obserwowania starcia i poświęcałem uwagę jedynie kluczowym kwestiom. W końcu nadszedł dzień finału (niczym w Lidze Mistrzów). Sprawa niby jest prosta: wygrało Apple i nie ma się tu nad czym rozwodzić (nie zamierza tego robić np. Google). Jednak przy okazji tego zwycięstwa natychmiast pojawiły się dziesiątki analiz, prognoz, ciekawostek oraz tematów, na które w mniejszym lub większym stopniu będzie miał wpływ wyrok z USA (okazuje się, że najwięcej może zyskać na tym konflikcie Nokia). Na przyswojenie tego wszystkiego trzeba poświęcić któryś z najbliższych dni – raczej nie da się ominąć tej sprawy.

Po krótkim bilansie zysków (Apple) i strat (Samsunga) zdałem sobie sprawę z tego, że zaraz zacznie świtać. Przed snem warto przeczytać coś lekkiego, by potem nie przyśnił się jakiś patent albo wykresy giełdowe korporacji z Cupertino. Okazało się jednak, że mniej merytoryczne wpisy również dotyczą Apple. A właściwie jednego z założycieli firmy – Steve’a Jobsa. Choć od śmierci tego człowieka minął już prawie rok, to niektórzy nadal próbują wypłynąć lub zrobić jakiś biznes na jego nazwisku. Pewien buddyjki mnich opowiada o tym, co dzieje się z Jobsem po śmierci, a prywatny iPad legendarnego CEO (niedawno go skradziono) odnajduje się u klauna, który wykorzystuje go w swych show… Gdy przeczytałem, że w Izraelu kilka osłów będzie pełnio rolę hot-spotów, stwierdziłem, iż czas zakończyć ten dzień – niektórych granic lepiej nie przekraczać.

Następnym razem będę potrzebował silnej motywacji, by wybrać się na urlop…

Po zamknięciu komputera naszła mnie pewna refleksja. Jeszcze kilka lat temu wyjeżdżałem na wakacje, trwające miesiąc i często trafiałem do miejsc, w których ciężko było o Internet. Obecnie nie jestem sobie w stanie wyobrazić powtórki takiego urlopu. Szansa na to, że po powrocie przyswoiłbym choćby połowę ważnych informacji jest nikła. Pozostaje zatem oddzielenie wszystkiego grubą kreską, ale to wiąże się z niewiedzą. I to niewiedzą, która może w przyszłości owocować poważną wpadką. Najmniej destrukcyjnym rozwiązaniem (przynajmniej z zawodowego punktu widzenia) jest codzienne „posilanie się” solidną porcją newsów. Z tym jednak może być problem natury technologicznej (o czym informowałem we wstępie) lub społecznej – ślęczenie przed komputerem/smartfonem/tabletem podczas wakacji wcale nie musi być odebrane ze zrozumieniem przez bliskich. Niedawno pisałem do znajomego, iż chyba przyszedł czas na zmianę zawodu, bo ten do spokojnych i usystematyzowanych nie należy i trzeba mieć do niego spore zdrowie. Zwłaszcza psychiczne. Zdanie podtrzymuję po urlopie i powrocie, który przysporzył mi kilku siwych włosów. Redakcyjnych Kolegów i ludzi z branży muszę przestrzec przed podejmowaniem pochopnych decyzji o wyjazdach – lepiej zostańcie przed komputerami i wykonujcie sumiennie swoją pracę. A jeśli macie jakieś sprawdzone metody na zażegnanie opisywanego „konfliktu interesów”, to czekam na podpowiedzi. Zdążę się przygotować przed kolejnym wyjazdem.

Foto: 1,2