86

Ultrabook Asus Zenbook UX31E w naszych rękach. Część pierwsza – budowa i wydajność (grafika)

Poniższa recenzja (a właściwie jej pierwsza część) powstała jako część wspólnych działań firmy Intel i Antyweb. Nie jest to jednak tekst sponsorowany. Firma Intel nie miała wcześniej wglądu w jego treść ani nie wpływała na opinię w nim zawartą. Przyszedł czas na podzielenie się opinią na temat ultrabooka Asus UX31E, który trafił w moje ręce. Męczę go […]

Poniższa recenzja (a właściwie jej pierwsza część) powstała jako część wspólnych działań firmy Intel i Antyweb. Nie jest to jednak tekst sponsorowany. Firma Intel nie miała wcześniej wglądu w jego treść ani nie wpływała na opinię w nim zawartą.

Przyszedł czas na podzielenie się opinią na temat ultrabooka Asus UX31E, który trafił w moje ręce. Męczę go intensywnie od dwóch tygodni, wykorzystuje na co dzień jako główny komputer, pisząc na nim dla AW, korzystając z Photoshopa, testując nowe programy. Noszę go ze sobą po mieście, jednym słowem korzystam z niego tak, jakbym sam sobie taki sprzęt zakupił jako główny komputer. Najwyższy czas, żeby podzielić się z wami wrażeniami, które towarzyszyły mi przez ten czas.

Podobnie jak w przypadku pierwszej części recenzji Acer Aspire S3, którą podzielił się z wami Grzegorz w zeszłym tygodniu, skupiam się na testach praktycznych. Testami syntetycznymi wspomagam się głównie z ciekawości, żeby potwierdzić to, co uda mi się zauważyć w trakcie normalnej pracy. Skoro przez dwa tygodnie używam niemal wyłącznie Asusa UX31E i nie sięgam do swojego dopieszczonego stanowiska stacjonarnego, ani innych rozwiązań do których jestem przyzwyczajony, łatwo zauważam wszystko co pomaga mi w pracy, jak również to co mi przeszkadza i wkurza. Czas na konkrety:

Budowa zewnętrzna – estetyka, wykonanie i specyfikacja

Pod tym względem ciężko cokolwiek zarzucić Asusowi. Pamiętam pierwsze wrażenie, kiedy go zobaczyłem, pomyślałem, że jest naprawdę niewielkiej grubości i jest naprawdę piękny. Sprzęt wydaje się wręcz ekskluzywny. Przede wszystkim cała obudowa Asus UX31E jest  metalowa, zarówno klapa, spód jak i wewnętrzne elementy. Aluminium pokryte jest koncentrycznym, lekko matowym wzorem. Takie a nie inne wykonanie zapewnia cały szereg zalet, nie tylko estetycznych, ale również praktycznych.

Obudowa się nie brudzi w widoczny sposób. W zasadzie nie widać na niej odcisków palców, nawet po kilku dniach intensywnego używania i podawania sobie z rąk do rąk. W razie potrzeby, wystarczy przetrzeć odrobinę wilgotną ściereczką i komputer wygląda jak nowy. Miła odmiana w porównaniu do większości dzisiejszych gadżetów, które wypalcowane po pierwszym wzięciu do ręki.

Dzięki zastosowaniu zwartej, metalowej konstrukcji, obudowa jest bardzo sztywna. Nic się nie wygina i nie trzeszczy. Działający komputer można złapać za sam róg i podnieść, nie obawiając się, że coś się stanie.

Po zamknięciu ekran szczelnie przylega do reszty komputera. Pokrywę można otworzyć jedną ręką bez przytrzymywania spodu laptopa, jeśli zaczepimy palcem o specjalnie przewidziany uchwyt. Otwarcie w inny sposób wymaga dwóch rąk i podważenia pokrywy paznokciem, tak równo przylega do reszty obudowy.

Zaskoczyło mnie również, że spód ultrabooka został dopracowany w równym stopniu co klapa. Zwykle na spodzie znajdują się rozmaite klapki, przełączniki, śrubki, naklejki. Nie tym razem, spód to gładka aluminiowa pokrywa. Znajdziemy tylko gumowe nóżki i kratkę wentylacyjną. Nawet naklejka potwierdzająca legalność systemu Windows została umieszczona na zasilaczu, a nie na komputerze. Owszem, możemy ją zgubić razem z zasilaczem, ale wygląd Asusa bardzo zyskał dzięki takiej dbałości o detale.

W tym momencie warto poruszyć wyposażenie Asusa UX31E w porty. Trzeba pamiętać, że za tak daleko posunięty minimalizm i niewielką grubość, trzeba zapłacić jakąś cenę. Porty znajdują się po obu stronach ultrabooka, przy samych zawiasach ekranu, gdyż tam jest najgrubszy, bliżej przodu by się po prostu nie zmieściły.


Z lewej strony mamy port USB 2.0, wyjście słuchawkowe i czytnik kart SD.


Z prawej strony jest natomiast gniazdo zasilania, port USB 3.0, mini VGA, micro HDMI oraz diodę sygnalizującą zasilanie.

W zestawie producent dostarcza przejściówkę z mini VGA na normalną wtyczkę znaną z monitorów analogowych i projektorów. Wśród przejściówek jest też standardowy port RJ45 pozwalający podłączyć kabel sieciowy, ale zajmie on jeden port USB. Kabelek micro HDMI musimy kupić sobie sami.

Cieszy obecność USB 3.0. W sprzęcie tej klasy jego brak byłby poważnym minusem. Jest to jedyny zewnętrzny interfejs pozwalający podłączyć dysk i pracować na nim z podobnym komfortem, jakby znajdował się wewnątrz komputera.

Jest natomiast problem innego rodzaju, wszystkie porty są bardzo blisko obok siebie. Niestety przenośne pamięci flash często mają szerszą obudowę, niż goły kabel USB. Taki jest właśnie mój pendrive SanDisk Cruzer Slice. Jeśli podłączę go z prawej strony, w USB 3.0, nie podłączę kabla zasilającego laptopa, jeśli podepnę go z lewej strony, muszę zapomnieć o słuchawkach. Decydując się na tego ultraboka, czy może każdego naprawdę cieniutkiego laptopa, trzeba zdawać sobie sprawę ze skutków ubocznych. W trakcie testów nie było to dla mnie dużą niedogodnością, jednak w pierwszej chwili byłem zaskoczony tego rodzaju problemem.

Wewnątrz komputera znajduje się dwurdzeniowy procesor i7 Sandy Bridge 2677M, standardowo taktowany zegarem 1,8 GHz, który jednak potrafi przyspieszyć do 2,9 GHz, jak również zwolnić w celu oszczędzania energii. Jego pracę wspomaga 4 GB pamięci RAM DDR3. Karta graficzna, to zintegrowana z procesorem Intel HD 3000. Bardzo ważny jest również dysk twardy, który jest absolutnie kluczowy do uzyskania finalnego efektu jakim jest błyskawicznie uruchamiający się komputer, oraz bardzo wysoka responsywność.

W programie diagnostycznym udało mi się sprawdzić, że jest to dysk SSD 256 GB U100 SATA III produkcji SanDisk, największe wrażenie robi jednak jego wydajność, która zbliża się do 500 MB/s odczytu. Oto wynik z programu CrystalDiskMark:

Jestem przekonany, że gdyby dysk był wolniejszy, zabiłoby to połowę przyjemności pracy z tym komputerem. Ale o tym będzie za chwilę.

 Ekran

Jak na przekątną 13 cali, mamy do czynienia z naprawdę wysoką rozdzielczością – 1600×900 pikseli. Różnicę widać od razu, na ekranie jest dużo więcej miejsca na wszystko. Karty w przeglądarce są zdecydowanie mniej ściśnięte, ale najbardziej wysoką rozdzielczość docenią osoby pracujące na wyspecjalizowanych programach, których interfejs wymaga sporo miejsca, a dodatkowo miejsca na sam projekt nigdy za wiele. Dzięki tak wysokiej rozdzielczości korzystanie z Photoshopa czy Bridge’a było przyjemnością, przynajmniej w porównaniu do innych laptopów.

Z drugiej strony, wysoka rozdzielczość potrafi męczyć oczy. Po raz pierwszy zastosowałem powiększenie w przeglądarce Chrome i większość stron wyświetlałem w wielkości 120%. Ciężko to rozpatrywać jako wadę, bo czcionkę zawsze można powiększyć, a ekranu o niskiej rozdzielczości się nie rozciągnie, ale również warto wziąć to pod uwagę. Za to czcionki w przeglądarce powiększone o 20% wyglądają pięknie, sprawiają wrażenie o wiele gładszych, niż na innych ekranach, zarówno laptopów jak i stacjonarnych. Większa gęstość pikseli daje podobny efekt, jak wyświetlacz Retina Display w telefonach iPhone.

Co ciekawe oprócz regulacji jasności, możemy również regulować barwę i kontrast, przełączając się pomiędzy ustawieniami Vivid Mode, Theater Mode, Soft Mode, Normal Mode i Gamma Correction. Zmiany dokonujemy wciskając jednocześnie klawisz funkcyjny i literę C. Osobiście preferowałem tryb Gamma Correction, który był zbliżony do tego, do czego przyzwyczaił mnie mój biurkowy Eizo. Oczywiście o reprodukcji barw na poziomie profesjonalnych monitorów do obróbki grafiki nie może być mowy, jednak jest zdecydowanie lepiej niż zazwyczaj w urządzeniach mobilnych.

Pozostaje więc kwestia, że monitor nie jest matowy tylko lustrzany. Cóż, wiele zależy od osobistych preferencji, jedni nie chcą słyszeć o żadnym urządzeniu z takim ekranem, inni nie mają nic przeciwko. Pomimo, że korzystam na co dzień z wysokiej klasy monitora Eizo, o czym wspomniałem wyżej, lustrzany ekran nie przeszkadzał mi w pracy.

Klawiatura i touchpad

Dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnej części, przynajmniej z mojego punktu widzenia.

O klawiaturach rozpisywałem się już kilka razy na Antyweb, nie ma więc nic dziwnego w tym, że będę ją oceniał surowo. W laptopie o tak niewielkiej grubości klawisze nie mogą być ani wysokie, ani mieć dużego skoku. Klawiatura Asusa ma zdecydowanie najbardziej płaskie klawisze o najmniejszym skoku z jakimi miałem do czynienia. Klawisze dość twarde, co z jednej strony powoduje, że czasami zdarza się, że jakiś klawisz „nie załapie” i np. zamiast wkleić to co skopiowałem, pojawi się na ekranie samo „v”, bo ctrl nie został wciśnięty do końca małym palcem, z drugiej strony poprawne wciśnięcie daje dość jednoznaczną informacje zwrotną, co dość zaskakujące przy tak małym soku.

Na pewno do klawiatury trzeba się przyzwyczaić. Osoby dużo piszące i zwracające uwagę na takie rzeczy powinny wypróbować ją przed zakupem. Mówiąc krótko, nie jest źle, ale o komforcie znanym z Thinkpadów można zapomnieć. Za to bardzo łatwo utrzymać klawiaturę w czystości.

Za to touchpad wydaje się najbardziej niedopracowanym elementem całego komputera. Ma potencjał, jest z nim jednak coś zdecydowanie nie tak. Z jednej strony ma naprawdę dużą powierzchnię i obsługuje gesty składające się z wielu placów np. przesunięcie trzech palców z prawej na lewo zadziała jak przycisk wstecz w przeglądarce, co jest niewątpliwie plusem i ułatwia obsługę, z drugiej strony czasami zachowuje się zupełnie irracjonalnie. Przesuwam kursor po ekranie, po czym nagle okazuje się, że otworzyłem jakiś program, albo poprzenosiłem foldery. Kiedy nagle dzieją się takie rzeczy, bez najmniejszej przyczyny, potrafią doprowadzić do furii. Kiedy przekazałem komputer innej osobie, zauważyła ten sam problem mimo, że nie uprzedzałem jej o tym.

Trudno ocenić, czy źródło takiego nieprzewidywalnego zachowania leży w samym gładziku, czy może rozwiąże go przyszła aktualizacja sterowników, ale na dzień dzisiejszy gładzik zdecydowanie nie zachwyca. Trochę szkoda, bo miał potencjał, żeby zastąpić nim zewnętrzną myszkę, ze względu na dużą powierzchnie i wiele przydatnych gestów.

Działanie w praktyce

Nie przesadzę jeśli powiem, że po raz pierwszy działając na laptopie nie czułem denerwującego braku mocy, lecz wręcz odwrotnie, szybkość i błyskawiczną reakcję na każde polecenie. Tym bardziej zaskakujące, że pierwsze takie doświadczenie spotkało mnie ze strony ultrabooka, komputera grubości niemalże samej matrycy w moim 15 calowym laptopie Lenovo. Jest to głównie zasługa tandemu szybkiego procesora z jeszcze szybszym dyskiem SSD. Asus UX31E uruchamia się w mniej niż 20 sekund, a z uśpienia budzi się natychmiastowo, nie wiadomo co trwa dłużej, uruchomienie matrycy, czy uśpionego systemu. W stanie uśpienia komputer może przebywać przez niecałe 13 dni zanim bateria się rozładuje, co jest wynikiem bardzo dobrym i  jednocześnie całkowicie wystarczającym.

Dzięki dyskowi SSD Photoshop CS5 uruchamia się niemal 3 razy krócej niż na komputerze stacjonarnym, którego złożenie rok temu kosztowało prawie tyle, co dwa ultrabooki Asusa, a wiadomo, że stosunek cena do wydajności działa zwykle na niekorzyść urządzeń mobilnych. Dlatego typowe zadania takie jak przeglądanie internetu, uruchamianie programów itd. to na Asusie to prawdziwa przyjemność. Wszystko dzieje się natychmiastowo.

Jeśli chodzi o wydajność procesora w zadaniach czysto obliczeniowych, również jestem zadowolony. Kilka przykładów z życia. Konwersja 5 minutowego filmu w jakości FullHD trwała na Asusie UX31E 3 minuty i 12 sekund. Na moim stacjonarnym komputerze z 4 rdzeniowym procesorem i7 920 oraz 6 GB RAM niewiele krócej, bo 2:42. Wychodzi na to, że mój stacjonarny potwór, choć nie jest już najnowszy, jest szybszy o zaledwie 19% od ultrabooka mniejszego od mojej stacjonarnej klawiatury.

Przy konwersji 85 zdjęć w formacie RAW (zajmujących 1,3 GB) na zwykłe JPG ultrabook potrzebował 4:46 a stacjonarny 2:42. Różnica 60% na korzyć stacjonarki, która ma 2 rdzenie więcej, 2 GB więcej RAMu, oraz zasilacz 850W wciąż nie szokuje.

Ostatni test obejmuje czas konieczny do obliczenia złożonego filtru w Photoshopie. Procedurę badania oraz wyniki setek różnych komputerów można znaleźć na forum Canon Board. Pierwsze testy sięgają 2005 roku. Wynik Asusa UX31E to niecałe 9 sekund, podczas gdy moja stacjonarka składana specjalnie pod kątem Photoshopa uzyskuje wynik 4,7 sekundy.

Dla wielu te liczby pewnie nic nie znaczą, więc powiem inaczej. Gdybym miał obrabiać wszystkie swoje fotografie na ultrabooku, nie specjalnie by mi to przeszkadzało, podłączyłbym jedynie skalibrowany, zewnętrzny monitor i mógłbym komfortowo pracować. Oczywiście w skali całego roku pracy stracił bym dodatkowy czas na konwersję i inne zadania automatyczne, jednak podczas pracy nad pojedynczym zdjęciem nie czuć większej różnicy. Większość typowych operacji na zdjęciu wielkości 12 megapikseli, nawet w formacie TIFF, takich jak wyostrzanie, usuwanie szumu itd. dzieje się natychmiastowo, bez irytującego czekania, paska postępu itd. To dla mnie zaskakująco dobry wynik jak komputer grubości aktówki.

Wszystkie powyższe testy przeprowadzone były na komputerze podłączonym do zasilania sieciowego w trybie największej wydajności „high performance”. Oczywiście na baterii również można włączyć ten tryb, jednak domyślnie, zaraz po wyjęciu z pudełka komputer pracuje z ustawieniem „Battery Saving”, niezależnie czy jest podłączony do prądu czy nie. W trybie oszczędzania baterii wydajność nie jest spektakularna, konwersja tego samego filmu, która wcześniej trwała 3:12, teraz zajmie 10:02 czyli przeszło 3 razy dłużej, jednak nawet w trybie oszczędzania energii praca z przeglądarką czy edytorem tekstu jest w pełni komfortowa.

Bateria

Skoro o baterii mowa, warto wspomnieć ile komputer wytrzymuje niepodłączony do prądu. Dziś rano po prostu wyjąłem wtyczkę z laptopa i pracowałem normalnie, tak jak co dzień. Co to oznacza? Oznacz to, że np. jasność ekranu nie była maksymalna, ale nie zmniejszałem jej w celu oszczędzania baterii, tylko w warunkach domowych wyświetlacz za bardzo raził mnie w oczy. Jasność została więc taka sama na jakiej pracowałem podłączony do kontaktu. Nie wyłączałem żadnych dodatkowych usług, nic. Komputer przestawił się w tryb oszczędzania energii, ale podczas pisania dla AW, oglądania filmów w sieci i innych typowych zajęć w niczym to nie przeszkadzało.

Komputer zahibernował się automatycznie akurat w trakcie trwania wideorozmowy z Grzegorzem po upływie 6 godzin i 25 minut od odłączenia zasilania. Przez cały czas był uruchomiony, czasem wygaszał ekran, kiedy wychodziłem zrobić sobie herbatę.

Przypuszczalnie pracowałby krócej, gdybym mniej pisał i czytał, a więcej oglądał filmów czy grał. Prawdopodobnie pracowałby o wiele krócej, gdybym przełączył go w tryb największej wydajności, jednak te ponad 6 godzin odzwierciedla mój normalny dzień pracy na komputerze.

To jeszcze nie koniec. Będzie druga część tego testu, w której poruszę kwestię głośników i dźwięku, głośności chłodzenia, grania w gry komputerowe, oprogramowania dostarczonego od producenta i podsumuję całość. Jeśli macie jakieś uwagi, chcielibyście poczytać o konkretnej kwestii, piszcie w komentarzach. Wszelkie uwagi postaram się uwzględnić w drugiej i ostatniej części tej recenzji.