Ubuntu 18.10
72

Też czekałeś kilka tygodni na płyty z Ubuntu jak ja? To były czasy

Kiedy Ubuntu pojawiło się na rynku, społeczność skupiona wokół linuksów wszelakich piała z zachwytu: do momentu jego premiery trudno było wskazać lepiej przygotowany z myślą o użytkowniku domowym system operacyjny z kręgu alternatyw dla Windows. Jednym z bardziej jaskrawych elementów nostalgii związanej z Ubuntu jest fakt, że do pewnego momentu możliwe było zamówienie darmowych płyt […]

Kiedy Ubuntu pojawiło się na rynku, społeczność skupiona wokół linuksów wszelakich piała z zachwytu: do momentu jego premiery trudno było wskazać lepiej przygotowany z myślą o użytkowniku domowym system operacyjny z kręgu alternatyw dla Windows. Jednym z bardziej jaskrawych elementów nostalgii związanej z Ubuntu jest fakt, że do pewnego momentu możliwe było zamówienie darmowych płyt przez internet.

I tak właśnie robiłem, wtedy jeszcze jako bardzo, bardzo młody użytkownik peceta. Właściwie po każdym wydaniu, które możliwe było do przekazania mi za pośrednictwem usługi ShipIt (darmowej) rezerwowałem sobie kilka płyt, które rozdawałem kolegom, a sobie pozostawiałem jeden, dwa egzemplarze. Jeżeli dobrze pamiętam, to większość (albo i wszystkie) przesyłki z Ubuntu przybywały do mnie z Francji.

Po złożeniu zamówienia czekało się jakiś czas na zrealizowanie zamówienia: zazwyczaj trwało to od 2 do nawet czterech tygodni, przy czym ten czas można było przyspieszyć, płacąc odpowiednią cenę za nieco żwawszy proces dostarczania płyt do domu. Ja oczywiście, będąc wtedy jeszcze absolutnie biednym nastolatkiem, zajaranym tym, że „coś jest za darmo” wybierałem opcję cierpliwego czekania na płyty.

Oprócz płyt człowiek otrzymywał jeszcze naklejki. Te lądowały wtedy jeszcze na stacjonarnym pececie

Albo na domowej lodówce, albo na pralce, albo nawet na domowej kosiarce. Nie wiem co miałem w głowie, gdy byłem odrobinę młodszy (dalej nie jestem pewien co się w niej znajduje). Canonical wraz z przesyłką zawierającą płyty dodawał czasami drobne gadżety – najczęściej naklejki z logo Ubuntu. Człowiek cieszył się podwójnie, bo przecież dostawał jeszcze coś, o co kompletnie nie prosił.

Ubuntu

Po co Ubuntu dystrybuowano w ten sposób? Darmowa usługa Canonicala była skierowana do osób, które nie mogą sobie pozwolić na szybkie pobranie systemu operacyjnego, albo naraziłoby je to na koszty (np. w mniej rozwiniętych pod względem infrastruktury internetowej krajach). Innym motywem było… dzielenie się dystrybucją Ubuntu: słowo „ubuntu” pochodzi z plemion Zulu i Xhosa i oznacza „człowieczeństwo wobec innych”, w wolnym tłumaczeniu również „dzielenie się”. I tak właśnie społeczność skupiona wokół Ubuntu się zwyczajnie dzieliła.

Po co o tym wspominam?

Niedawno spostrzegłem się, że Ubuntu wkrótce skończy 15 lat. Nie dowierzam, że minęło tak dużo czasu od pierwszego wydania (4.10 Warty Warthog), które miało miejsce 20 października 2004 roku. Zamawianie płyt z Ubuntu, instalowanie, powracanie do Windows co chwila lub stawianie dwóch OS-ów obok siebie na różnych dyskach twardych… mam wrażenie, jak gdyby to się działo wczoraj, a nie około 10 lat temu.

Czytaj także: Ubuntu 19.04 Disco Dingo – oto lista nowości

I choć wydaje mi się, że były to bardzo dobre, magiczne wręcz czasy, niekoniecznie chciałbym do nich wracać. Niedawno spróbowałem przenieść się na Ubuntu i bardzo mi to nie wyszło. Najprawdopodobniej przez te wszystkie lata tak bardzo przyrosłem do ekosystemu Microsoftu, że po prostu nie jestem w stanie korzystać z niczego innego. Smutne to odrobinę, ale tak mi jest po prostu wygodniej.

Tak już „na zaś” – wszystkiego najlepszego, Ubuntu.