Konferencja

Tusz oryginalny czy nie? „Bo z no-name nigdy nie wiadomo”

KK
Karol Kopańko
108

oszczędzać. Polski oddział HP zaprosił mnie na niekonwencjonalną w swojej formie, ale dzięki temu o wiele bardziej interesującą konferencję prasową, której główną postacią był właśnie Thom Brown, odpowiadający w amerykańskiej centrali za testy porównawcze tuszów. On sam przedstawia się zwrotem „...

oszczędzać.

Polski oddział HP zaprosił mnie na niekonwencjonalną w swojej formie, ale dzięki temu o wiele bardziej interesującą konferencję prasową, której główną postacią był właśnie Thom Brown, odpowiadający w amerykańskiej centrali za testy porównawcze tuszów. On sam przedstawia się zwrotem „inkologist”, który na polski można niezbyt zgrabnie przetłumaczyć jako „tuszolog”, albo „atramentolog”.

Oszczędność?

Naczelna zasada ekonomii mówi, ze konsument zasadniczo chce więcej za mniej. Dlatego też w sklepach poluje na często manipulacyjnie ustawione promocje i wyprzedaże, a także woli kupować tańsze, dajmy na to, ubrania, niż zainwestować w markowe. Wielu ludzi jednak po jakimś czasie orientuje się, że są to oszczędności pozorne, gdyż rzeczy takie charakteryzują się zwyczajnie mniejszą trwałością.

Zobacz też: drukarki atramentowe - ranking

Dlaczego więc wciąż tak dużym powodzeniem cieszą się nieoryginalne tusze i chałupnicze ich napełnianie? Czyżby rzeczywiście nie było różnicy między tonerem no-name, a markowym? Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Głównym powodem jaki powinien nas zaniepokoić przy okazji nabywania atramentów jest sposób ich przechowywania i transportu. I właśnie na to zwrócil uwagę Thom, kiedy z nim rozmawiałem. Zapytałem go o to, czym tusze HP wyróżniają się na rynku.

Przywiązujemy ogromną wagę do jakości naszych tuszów. Chcemy, aby niezależnie od tego gdzie je kupisz, zawsze charakteryzowały się takimi samymi właściwościami. A, że sa one produkowane w wielu różnych miejscach na świecie, to jest to dość trudne. Naboje muszą być przygotowane na zmiany temperaturowe i różne ekstremalne warunki.

Na przykład?

Woda zamarza prawda? Nasze tusze też są na niej oparte i musimy zadbać, aby nie zamarzały w tak wysokiej temperaturze, poprzez dodanie różnych składników.

Nieoryginalne tusze nie są w tym względzie zabezpieczone?

To jest właśnie problem z tymi tuszami – nigdy nie wiadomo…

Na porównaniu obu typów tuszów skupiła się druga część prezentacji, ale ja teraz przejdę do tego, od czego Thom zaczął swoje wystąpienie

Nie wyobrażasz sobie jakie to skomplikowane

Jak myślisz ile kropli atramentu znajduje się na standardowej fotografii 15x10 cm? Ok. 35 milionów.

A ile tych samych kropel potrzeba, aby napisać literkę „A” (Times New Roman, 12)? 1400

Dopiero po uświadomieniu sobie tych liczb zdajemy sobie sprawę, że to, co mieści się często zaraz obok naszych pecetów, wcale nie ustępuje im w stopniu skomplikowania. Weźmy tylko taką dyszę w zwykłej plujce, jak niektórzy zwykli nazywać drukarki atramentowe. Ma ona rozmiar porównywalny z 1/3 średnicy ludzkiego włosa, czyli jest praktycznie niezauważalna nieuzbrojonym okiem.

Takie dysze strzelają nawet 36 000 razy na sekundę, a nabojami są malutkie kulki atramentu, zmieszane z odpowiednim polimerem, który zapewnia, że nie rozleją się one po całej kartce i po prostu przykleja je do papieru. Kulki atramentu muszą się także odpowiednio ze sobą mieszać, gdyż nie ma naboi które zawierałyby miliony kolorów. Wszystko to, co widzimy na kartach papieru, zostało wytworzone dzięki połączeniu ze sobą kolorów podstawowych. Tu Thom uraczył nas małym eksperymentem.

Czy jest różnica w tym jak mieszają się ze sobą kropelki HP i te no-name’owe? Zobaczcie sami.

Na blacie stoją dwa szkła laboratoryjne, w których znajdują się niewielkie niebieskie kropelki. W jednym jest tusz HP, a w drugim jakiś zwykły wypełniacz. Następnie Thom po kolei wpuszcza do obu naczyń czerwony atrament (raz HP, raz no-name).

I proszę, zobaczcie sami, nasz tusz doskonale się wymieszał i stworzył nowy kolor, a ten nieoryginalny? Ech, szkoda gadać?

Napiszę więc ja. W tym drugim nadal dało się rozróżnić oba podstawowe kolory, co praktycznie dyskwalifikowałoby ten nabój w domowych zastosowaniach.

Na papierze wszystko dzieje się w o wiele mniejszej skali. Kropelki atramentu wylatują z jednej z 3900 dysz z prędkością ok. 50 km/h. Muszą być one niezwykle precyzyjne, gdyż jak to porównał Thom:

Wypuszczanie atramentu z dyszy w konkretne miejsce można porównać do zrzucania owocu winogrona z 30 piętra do ruchomego wiaderka na chodniku.

A jak z jakością?

Wg badań BuyerLab, 40 % napełnianych ponownie naboi przestaje po niedługim czasie działać. Dodatkowo na tych oryginalnych, można wydrukować nawet do 50 % więcej stron. Jeśli te liczby jeszcze do Was nie przemawiają, to może zrobią to pieniądze. HP chwali się, że ich nabój  Ink Advantage drukuje w kolorze 600 stron za cenę 43,9 zł. Wydaje się to dość dobrą ofertą, jednak muszę się przyznać, że osobiście jej nie testowałem i chciałbym w tym miejscu zapytać Was, czy rzeczywiście tusze HP wytrzymują aż tyle?

Faktem jest jednak, że oryginalne tusze o wiele lepiej radzą sobie z ekspozycją na promienie słoneczne. Dłużej zachowują kolory i nie blakną tak szybko, co jest szczególnie istotne w kontekście domowego drukowania zdjęć. Jednak nawet same naboje nie są zaprojektowane do ich ponownego napełniania, bo po takim manewrze mogą po prostu stracić swoje właściwości.

Napełnianie naboi jest jak dawanie komuś zużytej chusteczki do nosa – ależ proszę przecież to taka sama chusteczka jak na początku! Wziąłbyś?

Często poruszanym argumentem przez zwolenników ponownego wykorzystania nabojów, jest ich wpływ na środowisko, jednak i to jest nie do końca prawda, bo te oryginalnej produkcji mogą być poddawane powtórnemu wykorzystaniu, a obecnie wkłady HP wytwarzane sa nawet w 70 % z materiałów odzyskanych w wyniku recyklingu.

Powoli dochodzimy więc do końca, zarówno mojego artykułu, jak i prezentacji Thoma. Zanim jednak jeszcze postawię ostatnią kropkę (ciekawe ile kosztowałaby atramentu na papierze?), opiszę eksperyment z przygotowaniem drinka, do którego współprowadzenia zaprosił mnie Thom.

Przy ustawionym z boku barze, zmieszał on najpierw z przygotowanym wcześniej trunkiem kilka liści mięty, wycisnął dwie limonki, dodał lodu i natarł jeszcze miętą wnętrze szklanki.

Potem przyszła pora na mnie. Kiedy już sięgałem po limonki, Thom powiedział:

A, nie… tu masz swoje składniki – Sprite, kwasek cytrynowy i jakaś zmielona zielenina. Drink, który Ty zrobisz jest jak nieoryginalny tusz, a mój to atrament od HP.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

hpdrukowanie