3

Trzeba było tego nie odświeżać. Recenzja Shadow of the Beast

Oryginalne Shadow of the Beast pojawiło się w 1989 r. na kilku sprzętach do grania, ale jestem prawie pewny, że większość kojarzących ten tytuł pamięta wersję z Amigi. Nostalgia to coś, co nieźle się ostatnio sprzedaje i choć nie przepadam za odgrzewaniem starych hitów, to czasem się udaje i można się przy nich dobrze bawić. Do tego grona nie należy jednak Shadow of the Beast, które niedawno trafiło na PlayStation 4.

Wiem, że wszyscy chcieliśmy dostać zgrabne połączenie klasyki z czymś nowym, ale Shadow of the Beast przypomina produkcję z 1989 roku przede wszystkim w sposób negatywny, powielając pewne archaizmy, które w tamtym czasie miały rację bytu, dziś rażą. Tak, zaczynam od minusów, bo jest ich tu zdecydowanie więcej niż plusów i tak naprawdę ciężko nowe Shadow of the Beast polecić komukolwiek. Gra z jednej strony chciała przenieść się do 2016 roku, z drugiej zachować jak najwięcej z oryginału, przez co wyszła niezbyt strawna mieszanka.

Fabularnie jest po staremu – bestia imieniem Aarbron już na samym początku uwalnia się spod władzy swojego Pana i nakręcona wizją zemsty próbuje go zabić. Ten, ranny, ucieka, a my rozpoczynamy krwawy pościg, by odegrać się za wyrządzone krzywdy. Na drodze Aarbona staną zastępy przeciwników i platformowe przeszkody do pokonania – zamysł pozostał więc ten sam, ubrano go jednak w nowe szaty i to niestety oprawa jest najjaśniejszym punktem Shadow of the Beast.

Drewno

System walki będzie Wam się podobał, niestety tylko przez pierwsze 30 minut. Z jednej strony sugeruje bowiem stosowanie kombinacji i uników, z drugiej natomiast daje do zrozumienia, że wyłączenie myślenia i najprostsze techniki najlepiej zdają tu egzamin. Szczególnie jeśli będziecie przy okazji stosować cios specjalny odnawiający życie. Shadow of the Beast jest brutalne i widać to doskonale na zbliżeniach – bestia potrafi pozbawić przeciwników kończyn lub zmienić ich w fontannę juchy. I w pewnym sensie robi to wrażenie, choć tylko na początku – później opatrzycie się już animacjami i zaczną Wam one zwyczajnie przeszkadzać.

Szczególnie, że jeśli chodzi o walkę, nie jest idealnie. W kilku miejscach przeciwnicy wychodzili z dwóch stron w takich ilościach i z taką szybkością, że zwyczajnie nie dało się nie dostać po głowie. Głównie przez powolną zmianę kierunku poruszania się postaci. Irytowałem się również gdy przez drewnianą animację Aarbona nie dawałem rady przeskoczyć bez problemu z platformy na platformę. Jasne, w platformówkach to norma, ale kiedy system sterowania przeszkadza w dobrej zabawie, coś jest nie tak.

Co ja tu robię?

Nie podoba mi się sposób prowadzenia narracji. Opowieść niby jest, ale wszelkie pojawiające się w grze opisy trzeba tłumaczyć poznając język, w jakim zostały napisane. A na naukę trzeba przeznaczać zdobywane w grze punkty. Te natomiast lepiej wydać na ulepszenia postaci. Rozumiem, że taki mechanizm miał zachęcić do wielokrotnego przejścia zarówno całej gry, jak i poszczególnych poziomów, ale przynajmniej w moim przypadku zadziałało to odwrotnie. Przejście Shadow of the Beast zajmuje nieco ponad 2 godziny i nawet jak na grę nastawioną na “replayability” to trochę za mało. Do ponownego zaliczania poziomów nie zachęciły mnie też rankingi, tu jest po prostu nudno.

Ale wygląda fajnie

Najjaśniejszym punktem Shadow of the Beast jest oprawa wizualna. Płaski trzeci wymiar (czyli 2,5 D) sprawdza się nieźle, kamera też dobrze sobie radzi. Podobały mi się zbliżenia, duża część kadrów i klimat tworzony przez wizualną stronę gry. Technicznie nie jest jednak idealnie, zapomnijcie o 1080p, gra działa w natywnym 900p (choć w 60 klatkach przy sporadycznych spadkach), co jest chyba małym nieporozumieniem biorąc pod uwagę stopień zaawansowania oprawy. Niby to tylko cyferki, ale te 900p trochę widać, szczególnie kiedy zbliżycie się do ekranu. Bolą też długie czasy ładowania kolejnych poziomów – nie jest to może winda z Mass Effecta, ale serio, nie można było tego zrobić lepiej?

Werdykt

Odświeżone Shadow of the Beast docenią jedynie fani produkcji z 1989 roku, ale tylko dlatego, że znajdą tu oryginalną grę i jej ścieżkę dźwiękową. Nie obiecywałem sobie zbyt wiele po tej produkcji, choć nie zaprzeczam, że miło wspominam chwile spędzone przy oryginale na Amidze. Tytuł jest ładny, podobał mi się przez pierwsze 30 minut, z każdym kolejnym poziomem czułem już jednak zmęczenie, dawały znać o sobie powtarzalność i niedociągnięcia psujące zabawę. To remake, którego mogłoby nie być i jeśli zastanawialiście się nad zakupem, są lepsze sposoby na wydanie pieniędzy w PlayStation Store. No chyba, że koniecznie chcecie zagrać na PS4 w oryginał i posłuchać ścieżki dźwiękowej – tylko wtedy ten zakup ma sens. Może niedługo gra wpadnie do Plusa, wtedy przynajmniej pobiegacie za darmo.

Ocena: 5/10