22

Trump w Polsce. Ale po co mu aż sześć Jumbo Jetów? [cz. 2]

Zbliżająca się szybkimi krokami wizyta prezydenta Donalda Trumpa w Polsce (5-6 lipca) to świetna okazja, aby poznać tajniki jego powietrznej flotylli. Pamiętajmy, że USA to globalne mocarstwo z arsenałem nuklearnym, które ma swoje interesy na całym świecie. Gdziekolwiek by nie był, amerykański przywódca musi mieć możliwość działania, czy to w warunkach pokoju, czy wojny. I temu zadaniu muszą sprostać będące w jego dyspozycji samoloty.

W poprzednim wpisie poświęconym powietrznej armadzie zwierzchnika amerykańskiego rządu koncentrowaliśmy się na tej najbardziej znanej maszynie. Z wizytą do innego kraju POTUS przybywa na pokładzie swojego Jumbo Jeta, Boeinga 747 VC-25A, będącego w uproszczeniu latającym Białym Domem, tyleż bezpiecznym, co komfortowym. Ale to nie jedyny Jumbo Jet, który służy amerykańskiemu prezydentowi do pełnienia swojej funkcji. Drugi to identyczny, zapasowy Boeing 747 VC-25A, natomiast kolejne to już zupełnie inna bajka, momentami nawet horror. Ale po kolei.

Samolot na Dzień Sądu Ostatecznego

Pierwotnie powstały ich cztery – zmodyfikowane Boeingi 747-200, przystosowane do działania w warunkach konfliktu, także, a może przede wszystkim – atomowego. Gdy pojawia się zagrożenie, prezydent przesiada się do tej właśnie maszyny, zwanej po angielsku “Doomsday Plane”. Maszyna ta zawsze towarzyszy mu w podróżach zagranicznych.

Ten samolot poznamy już po charakterystycznej sylwetce. Każdy Boeing 747 ma garb kryjący górny pokład, a ta zmodyfikowana wersja dodatkowo posiada jeden mały “garbik” mieszczący różnorakie anteny. Bo zapewnienie wszechstronnej łączności to priorytetowa sprawa w warunkach wojny, kiedy POTUS musi mieć rozeznanie w sytuacji na świecie i być w stanie wydawać rozkazy siłom amerykańskim operującym na całym globie.

Konstruktorzy tej wersji samolotu, nazwanej E4-B Nightwatch, przewidzieli także sytuację, gdyby zostały zniszczone amerykańskie satelity telekomunikacyjne. Wtedy z pokładu maszyny rozwijana jest 8-kilometrowa antena,  która zapewnia alternatywny kanał łączności z amerykańskimi okrętami podwodnymi.

Gdy w ubiegłym roku w lipcu wizytował Polskę w związku ze szczytem NATO prezydent Obama, towarzyszył mu także jego “Doomsday Plane”, którego udało mi się uchwycić wieczorem, kilka chwil po odlocie prezydenckiej maszyny.

Zakup i adaptacja “cywilnych” Jumbo Jetów do postaci znanej jako “Samoloty na Dzień Sądu Ostatecznego” pochłonęła do dzisiaj imponującą kwotę około 2 miliardów dolarów. Obecnie w czynnej służbie są dwie z tych maszyn, ponieważ pozostałe uszkodziło tornado szalejące w bazie w Nebrasce, gdzie maszyny te stacjonują. Jest w tym fakcie posmak paradoksu – samoloty szykowane na Dzień Sądu uległy wiatrowi, tylko trochę silniejszemu.

Aby już nie mieć żadnych wątpliwości, jak niezwykłe są to samoloty, podsumujmy w telegraficznym skrócie inne ich unikalne cechy:

  • Odporność na powstający w wyniku wybuchu atomowego impuls elektromagnetyczny i promieniowanie.
  • System błyskawicznego chłodzenia wnętrza na wypadek znalezienia się w bezpośredniej bliskości wybuchu nuklearnego.
  • Możliwość przebywania w powietrzu nawet kilka dni (przy założeniu zapewnienia tankowania z podniebnej cysterny).
  • Gotowość do akcji w ciągu kilku minut od alarmu. Tę umiejętność załoga i personel naziemny ćwiczy przynajmniej raz w tygodniu, pozostając w trybie 24/7 w pełnej mobilizacji.

W przeciwieństwie do “wizytowego” Jumbo Jeta, wersja “wojenna” E4-B zapewnia minimum komfortu, za to maksimum szans przeżycia w warunkach konfliktu dla POTUS-a i czołowych amerykańskich decydentów.

Air Force Two

Gdy podróż musi odbyć wiceprezydent USA, jego małżonka, członkowie rządu lub kongresmeni, na lotnisku pojawia się Boeing C-32, będący wojskową wersją cywilnej maszyny znanej jako Boeing 757 (taką samą, ale prywatną, ma Donald Trump).

To nie tak potężna i prestiżowa maszyna jak prezydencki Jumbo Jet, niemniej zapewnia on wymagane bezpieczeństwo i komfort Bardzo Ważnym Pasażerom. Z przodu znajdziemy tutaj salę konferencyjną dla dziesięciu osób i wszechstronne centrum łączności. Dalej mamy apartament wiceprezydenta (lub innego głównego pasażera) z prywatną łazienką, następnie przedział dla pozostałych 32 pasażerów z toaletami, kuchniami o garderobami.

Gdy tym Boeingiem podróżuje wiceprezydent USA, otrzymuje on znak wywoławczy Air Force Two. Zwyczajowo przydomek ten nosi właśnie ta maszyna, chociaż formalnie Air Force Two jest, analogicznie do Air Force One, każdy samolot goszczący na pokładzie wiceprezydenta.

W lipcu ubiegłego roku uchwyciłem Air Force Two na warszawskim Okęciu niedługo po tym, jak z pasa oderwał się Air Force One.

Air Force One – made in Ukraine?

Obecnie “urzędujący” Air Force One pozostaje w służbie od 27 lat. Bazuje on konstrukcyjnie na Boeingu 747-200, będącym aż dwie generacje wstecz w stosunku do aktualnego modelu z serii 747-8 (a takim podróżuje choćby emir Kataru).. Potrzeba wymiany maszyny stała się zatem oczywista, choć nie do końca w kierunku, którego życzyłby sobie Boeing.

Najpierw do przetargu na Air Force One stanął bowiem obok amerykańskiego Boeinga europejski Airbus ze swoim modelem A380, największym pasażerskim samolotem świata. Pojawił się realny konkurent, który pomimo generalnego kryzysu ze zbytem ultradużych samolotów radzi sobie lepiej niż amerykański producent. W końcu jednak Airbus się wycofał, bo warunki przetargu wymagały wytwarzania całości maszyny na terenie USA, co mu się w jednostkowej skali nie opłacało. W końcu wybór padł na najnowszą generację Jumbo Jeta z serii 747-8, choć przez chwilę był brany pod uwagę także będący dumą LOT-owskiej floty Dreamliner.

Czarne chmury nad projektem Air Force One nowej generacji zawisły kolejny raz w grudniu ubiegłego roku. Kiedy Donald Trump został prezydentem i spojrzał na przewidywany rachunek od Boeinga za nowy Air Force One mający opiewać na… cztery miliardy dolarów, złapał się za głowę. Zakomunikował to w swoim stylu na Twitterze, a w sukurs przyszedł mu … ukraiński Antonov:

(Trump: “”Boeing buduje nowiutkiego 747 Air Force One dla przyszłych prezydentów, ale koszty wymknęły się spod kontroli, przekraczają 4 miliardy dolarów„. Antonov: “Może lepiej byłoby rozważyć samolot Antonova jako Air Force One?” )

Oczywiście, nie całkiem poważna akcja wywołała żartobliwą na poły reakcję, ale pamiętajmy, że Antonov operuje na całkiem zacnych maszynach, z których model An-124, drugi (po An-225 Mrija) największy samolot transportowy świata jest dość częstym gościem na warszawskim Okęciu:

Od kiedy AFO jest AFO

Nie zawsze jednak samolot z prezydentem na pokładzie nazywany był Air Force One. Tak dzieje się od 1959 r., kiedy w pobliżu samolotu prezydenckiego znalazła się inna rejsowa maszyna o podobnym znaku wywoławczym. Aby zapobiec pomyłkom w przyszłości, wprowadzono kryptonim Air Force One.

Z nazewnictwem to sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Udając się w podróż, POTUS musi najpierw dolecieć z Białego Domu do bazy Andrews, gdzie stacjonują oba AFO. I do tego celu służy mu śmigłowiec Marines, który na czas tej operacji przybiera kryptonim Marine One. A gdyby prezydent przesiadł się na przykład do cywilnego samolotu, nosiłby on znak wywoławczy Executive One. Jeśliby na pokładzie była prezydencka rodzina bez POTUS-a, wówczas mielibyśmy Executive One Foxtrott, który to wyraz zaczyna na tą samą literę co “family”.

Gdy George W. Busch oraz Barack Obama zakończyli kadencję, z Białego Domu odwoził ich Marine One, który w związku z okolicznością transportowania eksprezydenta zyskał na chwilę miano Executive One.

Brzmi zawile? Jak widać, praktyczni Amerykanie nie wszystko potrafią uprościć. A może już to zrobili, tylko bardziej się nie dało. Jedno jest pewne – gdy 5 lipca nadleci do Warszawy Boeing 747 VC-25A, a na jego pokładzie będzie POTUS, to będzie to na pewno Air Force One.

Gdybyście wybierali się już w przyszłym tygodniu na Okęcie stanąć oko w oko z Air Force One, zabierzcie ze sobą tę ściągawkę:


Przeczytaj poprzedni wpis dotyczący wizyty Donalda Trumpa – UFO czy AFO. Czym do Polski przyleci ekstrawagancki Trump? [cz. 1]
Zobacz poprzednie wpisy poświęcone lotnictwu.