trump
26

Spokojnie – Trump nie ocenzuruje wam internetu

Czy rozporządzenie Donalda Trumpa może skutkować ograniczeniem wolności słowa w internecie? Teoretycznie - tak. W praktyce jednak uważam, że nie ma się czego obawiać.

Dzisiejszy poranek zaczął się tym, że na wielu portalach rozbrzmiewały nagłówki pokroju: „Trump pozamyka portale społecznościowe”. Chodzi tu oczywiście o wydane wczoraj rozporządzenie, mające być odwetem w stronę Twittera za oznakowanie postów Donalda Trumpa jako potencjalnie wprowadzających w błąd. Prezydent w rewanżu oskarżył platformę o tłamszenie zapisanej w amerykańskiej konstytucji wolności słowa. Wczoraj natomiast  zaprezentował dokument, wedle którego platformy Twitter i Facebook przestają w rozumieniu prawa być medium wymiany informacji a stają się wydawcami. Chodzi tu o weryfikację sekcji 230 z ustawy dot. telekomunikacji z 1996 r.

No provider or user of an interactive computer service shall be treated as the publisher or speaker of any information provided by another information content provider

Głównym zarzutem jest tu to, że platformy takie jak Facebook czy Twitter (obie wymienione w rozporządzeniu) mają moc moderacji wpisów (czyli kontrolę nad treściami), ale mimo wszystko wciąż mają zapewnioną ochronę tak, jakby tej kontroli nie miały. Jeżeli weryfikacja którą ma przeprowadzić FCC przebiegnie po myśli Trumpa oznacza to, że platformy social media staną się odpowiedzialne za wszystkie treści, jakie użytkownicy w nich zamieszczą, a z drugiej – zostają pozbawione specjalnej ochrony, umożliwiając tym samym wytoczenie im procesu sądowego. Ten z kolei miałby zostać wytoczony platformom przez FTC, jeżeli do Białego Domu spłynęłyby skargi na działanie w.w. platform. Czy to oznacza, że w Stanach Zjednoczonych właśnie ukręcono prawnego bata na social media? No nie do końca.

Po pierwsze – rozporządzenie Trumpa jest tym, czym jest – rozporządzeniem wykonawczym.

Pomimo tego, że rozporządzenie wchodzi w życie z momentem podpisania, nie oznacza to, że prezydent może dowolnie zmieniać prawo. Przede wszystkim – rozporządzenie takie może być zniesione na dwa główne sposoby. Po pierwsze przez Kongres, co w tym wypadku jest mało prawdopodobne. Drugim organem, który może unieważnić rozporządzenie jest Sąd Najwyższy, który ma prawo to zrobić, jeżeli jest ono niezgodne z konstytucją. I jak pewnie zgadliście – rozporządzenie Trumpa przez prawie wszystkich ekspertów uznawane jest za niezgodne z konstytucją. Chociażby dlatego, że przyznając Facebookowi i Twitterowi rolę taką jaką mają telewizja czy prasa, znajdują się one pod ochroną pierwszej poprawki do konstytucji. Co ironiczne – jest to ten sam przepis, na który powołuje się Trump w swoim rozporządzeniu.

Ponadto, rozporządzenie czyni z FCC (Federalna Komisja Łączności) i FTC (Federalna Komisja Handlu) podmioty odpowiedzialne za regulacje platform social media. Problem Trumpa może polegać na tym, że są to agencje niezależne, które mogą zignorować rozporządzenie. Część ekspertów sugeruje, że tak właśnie będzie wyglądał najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Trump walczy tylko o swoje

Dla mnie rozporządzenie Trumpa nie jest niczym więcej niż próbą wymuszenia na platformach social media specjalnego traktowania dla swoich wpisów. Prezydent bardzo dobrze zna moc social mediów i wie, że nawet tak prosty zabieg jak oznaczenie jego tweetów jako wprowadzających w błąd może mieć duże skutki wizerunkowe i przełożyć się na wyniki kampanii. Dlatego też warto spojrzeć na to rozporządzenie właśnie przez pryzmat zbliżających się wyborów. Do nich pozostało jeszcze pół roku i to właśnie dlatego Trump w swoich zapowiedziach odwoływał się do elektoratu konserwatywnego, pomimo że chyba wszyscy wyraźnie widzą, że chodzi tu tylko o jego tweety. Właśnie dlatego też rozporządzenie dotyczy tylko Facebooka i Twittera – dwóch platform z których korzysta POTUS. Jest więc wysokie prawdopodobieństwo, że Biały Dom będzie korzystał (bądź chciał korzystać) z tego prawa wyłącznie do swoich celów.

Finalnie – dla nas oznacza to tyle co nic

Pomimo tego, że wprowadzenie w życie tego rozporządzenia jest jawną próbą wymuszenia prawnej kontroli nad sferą social media, jest nikła szansa na to, że polski internauta odczuje to na swojej skórze. Przede wszystkim dlatego, że w najlepszym interesie Facebooka i Twittera jest, by niekorzystne dla użytkowników zmiany miały charakter jak najbardziej lokalny. Zakładając najczarniejszy scenariusz, część sceny politycznej USA będzie musiała liczyć się z tym, że Facebook i Twitter przestaną być miejscem do politycznej dyskusji, ponieważ platformy w obawie o pozew przestaną moderować wpisy konserwatystów. Wątpię, żeby oznaczało to cenzurę wpisów demokratów, ale nawet jeśli – ci przeniosą się po prostu na inną platformę. A to z kolei jest czymś, czego Facebook i Twitter chciałyby uniknąć jak ognia. Dlatego też szef tego drugiego nie przewiduje jakichkolwiek zmian w funkcjonowaniu serwisu.

Dekret Trumpa ma więc dla nas znaczenie marginalne, chyba, że inne państwa będą chciały pójść tym samym śladem. W Polsce mieliśmy już jednak 3 lata temu próbę podciągnięcia Facebooka pod polską legislację i skończyło się na porozumieniu, które w działaniu serwisu nie zmieniło absolutnie nic.

Podsumowując – wspomniane rozporządzenie jest więc kolejną (ostatnia była w 2019 r.) próbą weryfikacji przepisu sprzed 24 lat. Próbą, za którą stoją bardzo indywidualne pobudki i której efekt ma być przede wszystkim wizerunkowy. Niestety – prowadzona jest pod bardzo chwytliwymi hasłami, jak „wolność słowa” czy „odpowiedzialność” i za pomocą nieadekwatnych rozwiązań prawnych, które jeżeli wejdą w życie, mogą być furtką do prawdziwej cenzury. I to raczej tego, a nie samego dekretu, warto się obawiać.