4

To se ne vrati. Opowieści o zmianie warty część II: pozycję lidera łatwo utracić

W drugiej połowie listopada poświęciłem tekst zmianom, jakie zachodzą w sektorze IT. Wskazałem wówczas kilka firm, które ostatnio radzą sobie dużo gorzej (lub całkowicie sobie nie radzą) i jednocześnie podkreśliłem, że ich miejsce szybko zajmą nowi gracze. Gdy pada pytanie o pretendentów do korony, a na dobrą sprawę już faktycznych liderów tego sektora, to bez […]

W drugiej połowie listopada poświęciłem tekst zmianom, jakie zachodzą w sektorze IT. Wskazałem wówczas kilka firm, które ostatnio radzą sobie dużo gorzej (lub całkowicie sobie nie radzą) i jednocześnie podkreśliłem, że ich miejsce szybko zajmą nowi gracze. Gdy pada pytanie o pretendentów do korony, a na dobrą sprawę już faktycznych liderów tego sektora, to bez wahania można wskazać na Apple i Samsunga. Niewykluczone jednak, że te rządy nie potrwają długo – ambitnych i perspektywicznych firm dzisiaj nie brakuje.

Apple i Samsung to korporacje, które w ostatnich latach osiągnęły niezwykłą potęgę. Jasne, że nie kręci się wokół nich cały rynek i można wymienić jeszcze kilku innych potentatów (silną pozycję nadal ma Microsoft, umacniają się wpływy Google, Facebook w stosunkowo krótkim czasie zaczął odgrywać poważną rolę), ale to dwie wspomniane firmy uznawane są za motor napędowy całego sektora. Wywołują wielkie emocje (zarówno negatywne, jak i pozytywne) wśród dziennikarzy, analityków, inwestorów i przede wszystkim klientów, każdy ich krok jest wnikliwie analizowany przez rynek, a liczba postów, artykułów, komentarzy, w których padają nazwy korporacji, rośnie lawinowo.

Obie marki zbudowały swą silną pozycję mniej więcej w podobnym czasie i obie zawdzięczają niebywały rozkwit sektorowi mobilnemu (i w tym segmencie pozostaniemy). Nie ulega wątpliwości, iż kluczem do sukcesu mogła się okazać zakrojona na szeroką (!) skalę współpraca. Może dziwnie to zabrzmi, ale historia znajomości Apple i Samsunga przypomina trochę filmowe (choć z życia wzięte) historie przedstawiające losy rozbójników lub bardziej nam współczesnych przestępców. Najpierw wspólna akcja i napad na bogatego kupca (ewentualnie bank), a po spektakularnym sukcesie sprzeczka i walka na noże przy podziale łupów.

Amerykańskiej i koreańskiej korporacji w ciągu kilku lat udało się zepchnąć konkurencję do defensywy. Wyniki ilościowe sprzedaży, choć bardzo ważne, schodzą na dalszy plan, gdy rzucimy okiem na podział zysków z niezwykle prestiżowego i strategicznie ważnego rynku smartfonów. Okazuje się, że pieniądze dzielą tam praktycznie dwie firmy, a zyski innych firm (np. HTC) są o wiele mniejsze. O ile w ogóle są. Czy obecny stan rzeczy może potrwać dłużej? Oczywiście, że jest taka opcja, ale…

Stare porzekadło głosi, iż zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Nie od dziś wiadomo, że z mądrością ludową nie należy się spierać. Konflikt między Apple i Samsungiem jest podsycany już od kilku dobrych kwartałów i nic nie wskazuje na to, by firmy miały dojść do porozumienia. Korporacje rozpoczynają przepychanki w kolejnych krajach, stosują coraz bardziej radykalne środki i z pewnością nie można już mówić o żadnych sentymentach. Po stosunkowo niedawnym wyroku, w którym portfel Samsunga uszczuplono o miliard dolarów, pojawiło się sporo głosów przekonujących, iż mamy do czynienia ze zwykłą szopką – firmy walczą ze sobą, ale robią to jedynie po to, by zapewnić sobie darmową reklamę i przyciągnąć miliony nowych klientów. Takie teorie pojawiały się oczywiście wcześniej, ale to roztrząsanie kwestii owego miliarda dolarów było prawdziwym apogeum teorii spiskowych.

Obecna pozycja obu firm wynika w dużej mierze z owocnej współrpacy

Tematem przewodnim obecnych rozważań na temat stosunków na linii Apple-Samsung nie są już tylko spory patentowe i rezultaty batalii w poszczególnych krajach. Teraz więcej uwagi poświęca się kwestii „wygaszania współpracy” obu firm. W mediach pojawiają się kolejne doniesienia/plotki, dotyczące poszukiwania przez Apple nowych dostawców komponentów. Coraz więcej wskazuje na to, że mamy do czynienia ze spektakularną „przeprowadzką”, która poważnie uderzy Samsunga po kieszeni (w skali roku wartość zamówień giganta z Cupertino stanowi już kilkanaście miliardów dolarów). Koreański koncern z pewnością zauważy poważne ograniczenie zamówień i trudno się spodziewać, by szybko zniwelował powstałą lukę. Zostanie zatem ze sporymi mocami wytwórczymi, których nie będzie w stanie zaprząc do nowych zadań (przynajmniej w bliższej perspektywie). Czy to oznacza, że straci tylko Samsung? Raczej nie.

W przypadku Samsunga odpowiedź na pytanie dlaczego współpracuje ze swym największym wrogiem wydaje się dość oczywista: w grę wchodzą wielkie pieniądze i trudno z nich zrezygnować. Coś na zasadzie: nie musimy się lubić i jeździć razem na ryby, ale business is business. A co kieruje Apple? W gruncie rzeczy, to samo. Amerykański gigant chce zarabiać coraz więcej, a póki co umożliwiała im to jedynie współpraca z Samsungiem. Korporacja z Cupertino w ciągu kilku lat zdążyła się uzależnić od swego azjatyckiego partnera i nagłe zerwanie tej współpracy oznaczałoby katastrofę. Teraz trwa „testowanie” nowych dostawców, ale ich problem polega na tym, że nie są w stanie dostarczyć Apple tego, czego oczekuje firma. I to zarówno pod względem ilości, jak i jakości.

Apple w roku 2012 sprzeda kilkaset milionów sztuk swoich produktów. Do każdego z nich Samsung wsadza całkiem sporo podzespołów. Jeśli wymnożymy to wszystko, to stanie się jasne, że komunikat: już się z wami nie lubimy – wracajcie na swoje podwórko, raczej nie wchodzi w grę. Pozostaje jeszcze kwestia innowacyjności. Na dzień dzisiejszy korporacje próbują sobie udowodnić, że druga strona złamała szereg patentów (lub dokonała innych „haniebnych czynów”) i zbudowała swą pozycję w nieuczciwy sposób. Prawda leży jednak (w mniejszym lub większym stopniu – granica jest dość płynna, ale spodziewam się, iż to stwierdzenie i tak wywoła sprzeciw) pośrodku.

Wiele osób uważa, iż po śmierci Steve’a Jobsa Apple nie czeka już nic dobrego, a ich ostatnie produkty są tego najlepszym przykładem. iPhone 5 nie porwał tłumów (w ostatecznym rozrachunku okaże się pewnie, że smartfon jest hitem sprzedaży), iPad 4 wywołał zdziwienie i nie zapewniły mu tego innowacyjne rozwiązania, a iPad mini to po prostu odcinanie kuponów, wynikające z presji innych firm, na które nigdy nie zgodziłby się legendarny CEO. W taki sposób sprawy kwituje spora część ludzi zainteresowanych sektorem IT. Choć trzeba przyznać, że w dużej mierze są to osoby negatywnie nastawione do Apple bez względu na ich działania.

Mając na uwadze ową niechęć i podejmując próbę obiektywnej oceny sytuacji, trzeba jednak przyznać, że z idyllą raczej nie mamy do czynienia. Pojawiło się kilka rys na nieskazitelnym dotąd obrazie korporacji, a słynne już Mapy oraz przetasowania wśród top menedżerów są tego najlepszym przykładem.

Pod względem innowacyjności ucierpieć może też Samsung. Na dzień dzisiejszy trudno ocenić kto straci więcej, ale bez dwóch zdań obie firmy odczują zmiany i odczują je w sposób negatywny. I znów możemy się odnieść do mądrości ludowej, ponieważ stare porzekadło głosi, że tam, gdzie dwóch się bije…

Intel partnerem technologicznym AntywebPojawi się oczywiście pytanie: kto niby miałby być tym trzecim (choć nie powinniśmy ograniczać się do wskazywania jednej firmy – przecież może to być kilku graczy, którzy upomną się o większy kawałek globalnego tortu)? Zapewniam, że jesteśmy w stanie wskazać taką korporację – wystarczy przyjrzeć się bliżej poczynaniom Lenovo. Czy można porównywać Lenovo do Apple? Pod wieloma względami dzieli je przepaść (mam tu na myśli atuty, którymi dysponują Amerykanie, a których trudno doszuiwac się u chińskiego producenta), ale kilka lat temu podobnie komentowano aspiracje Samsunga. Na koreańskiego producenta patrzono raczej jak na dostawce podzespołów, ewentualnie producenta taniego (i kiepskiego zarazem) sprzętu. Dzisiaj spoglądamy już na innego Samsunga. Ich flagowe produkty są porównywane ze sprzętem Apple, a premiery urządzeń wywołują spore emocje. Dlaczego podobny scenariusz nie mógłby mieć miejsca w przypadku Lenovo?

Ugruntowane pozycje Apple i Samsunga to dzisiaj pewnik – rozdają karty i wydają się nie mieć realnej konkurencji. W tekście przywoływanym w pierwszym akapicie zwracałem jednak uwagę na to, że nie ma nietykalnych firm i nikt nie może liczyć na immunitet lub taryfę ulgową. Jeśli obie korporacje chcą się obronić przed „nową siłą”, to może im to zapewnić jedynie stałe kontrolowanie sytuacji na rynku i odpowiednie reagowanie na nieuchronne zmiany.

Źródła zdjęć: quarantineworld.blogspot.com, mcescher.com, komorkomania.pl