12

Horror roku, który mnie trochę nudził. „To my” – recenzja

Jordana Peele'a zdążono już okrzyknąć nowym Hitchcockiem, a skoro sięga się po takie porównania, to jego najnowszy film powinien zwalić nas z nóg, ewentualnie zrobić na nas wrażenie. Czy taki jest film "To my"? Zachwytów nie brakuje, ale ja się do nich nie dołączę.

Oczywiście, że będziemy wracać do poprzedniej produkcji Peele’a, czyli „Uciekaj!”. Film ten do dziś wymieniany jest jako jeden z najciekawszych horrorów ostatnich lat, a lista nagród, które zgarnął, mówi sama za siebie. Nic więc dziwnego, że wobec nowego filmu tego samego reżysera oczekiwania są takie duże. Choć starałem się je zredukować i nie nakręcać na niezapomniany seans, to mimo wszystko spodziewałem się, że „To my” zostanie mi na długo w pamięci. Zwiastun, a widziałem tylko jeden, sprawił, że byłem bardziej niż zainteresowany filmem. Po wyjściu z kina czułem się trochę nieswojo, bo „Us” do mnie nie trafił.

Ale zacznijmy od pozytywów. Jordan Peele ma fach w rękach i to po prostu widać. Żadne ujęcia ani sceny nie są dziełem przypadku. Wszystko zostało skrzętnie przemyślane, zaplanowane i wykonane. „To my” pod względem technicznym może się podobać. Pod względem muzycznym – to prawdziwa uczta! Michael Abels odwalił kawał świetnej roboty. Ścieżka jest zróżnicowana, angażuje widza. Jest niezwykle bogata i miejscami nietypowa. Niektóre sekwencje są tak niespodziewane, że bez kontekstu mogłyby brzmieć nawet dziwnie – w filmie wypadają wyśmienicie.

I macie rację, za nami dwa akapity, a ja nie wspomniałem jeszcze do tej pory o fabule filmu. Dlaczego? Bo historia, którą opowiada tym razem Peele wydaje mi się być… zbyt banalna? Opowieść o podrasie ludzi, którzy zamieszkują kanały i w pewnym momencie organizują bunt zaczynając domagać się nie dostojnego, a normalnego życia, jest fajnym pomysłem, ale w tym przypadku chyba tylko na papierze. Nie wiem dlaczego, ale przez cały seans nie czułem się przekonany do tego, co jest mi sprzedawane.

A wszystko dlatego, że fabuła „To my” jest do bólu przewidywalna. Poskładanie w całość porozrzucanych szczątków historii jest naprawdę łatwe, także pod koniec filmu, a finał powinien był zaszokować. Tak się nie stało i poczułem się nieco oszukany, bo nie wierzyłem, że końcówka będzie dokładnie taka, jaką sobie wyobraziłem po zaledwie kilku minutach projekcji. Wyjazd na plażę, gdzie główna bohaterka Adelaide Wilson (Lupita Nyong’o) przeżyła traumę w dzieciństwie na pewno nie wróży nic dobrego i oczywiście problemy zaczynają narastać – rodzina staje w obliczu czegoś, co można chyba nazwać małą apokalipsą. W dodatku, Adelaide może i jest najciekawszą i centralną postacią, to wcale nie zagrała najlepiej. Winston Duke jako Gabe Wilson, czyli mężuś z humorem, nie wykracza poza normy. Z największym zaciekawieniem przyglądamy się występowi Shahadi Wright Joseph, jako Zora Wilson (córka), która mimiką wykonuje robotę za wielu innych.

W „To my” można doszukiwać się dziesiątek metafor i alegorii. Na porównania do wielu sytuacji w społeczeństwie wpada się jak na poczekaniu już w trakcie oglądania filmu, a także i po ostatniej scenie. To jest jakaś wartość, której trudno nie docenić, ale chyba wolałbym, gdyby wszystko to było bardziej konkretne. Symbolika to słowo klucz w przypadku „Us” i jeśli lubicie produkcje oparte o nią i pełne przenośni, to będziecie bawić się świetnie.

„To my” momentami straszy, ale nie przekracza pewnej granicy. Nie brakuje makabrycznych scen, ale zrobiono to z umiarem, co nie pozwala wkroczyć filmowi na tereny przeznaczone slasherom. Na całe szczęście. Elementy humorystyczne wkomponowano całkiem udanie, a jeden czy dwa żarty sytuacyjne napisano po prostu świetnie. Szkoda tylko, że polska wersja (napisy) nie była w stanie oddać dokładnie tego, o co chodziło scenarzyście.

Nie wykluczam, że „To my” zobaczę jeszcze raz i to niedługo. Być może wchodząc na salę kinową z innym nastawieniem dam się przekonać Peele’owi, ale będąc z Wami zupełnie szczerym, wcale nie mam takiego przeczucia. Z większą przyjemnością wróciłbym chyba jednak do „Uciekaj!”.