recenzja mission impossible fallout
14

To najlepsza odsłona serii! Nie żartuję! Wszyscy marsz do kina! Mission: Impossible – Fallout – recenzja

Pościgi, strzelaniny, zwroty akcji i Tom Cruise pragnący jak najwięcej wykonać roboty kaskaderskiej samodzielnie. No i nie zapominajmy też o zagrożeniu dla świata, z którym musi poradzić sobie Ethan Hunt wraz ze swoim zespołem. Nowa odsłona serii Mission: Impossible - Fallout, już szósta z kolei zabiera nas w przeróżne lokalizacje i mogę ją uznać za potężną dawkę rozrywki. To chyba najlepsza część ze wszystkich!

To już ponad 20 lat! Pierwszy film Mission: Impossible miał premierę w 1996, czyli 22 lata temu. Aż trudno w to uwierzyć spoglądając na to, co wyczynia Tom Cruise na ekranie w najnowszej części franczyzy, która ma się lepiej niż kiedykolwiek. Odnoszę bowiem wrażenie, że wraz z każdym filmem atmosfera gęstnieje, a całość staje się coraz bardziej bliższa widzowi. Nadal mamy do czynienia z intrygami, które są równie wiarygodne, co nieprawdopodobne, ale jeśli zaczniemy tak dokładnie przyglądać się wszystkimi detalom i szczegółom, to przegapimy fenomenalne widowisko, jakim jest Mission: Impossible – Fallout, które obejrzałem na pokazie przedpremierowym w Multikinie.

Wiele znaczeń jednego tytułu. Mission: Impossible – Fallout

Ethana Hunta prześladują wspomnienia po ukochanej oraz dawni wrogowie. Przed nim jednak kolejna misja niemożliwa, w którą nie wyruszy tylko ze swoim zespołem, ale także agentem CIA Augustem Walkerem (Henry Cavill), który ma całkowicie odmienne podejście do swojej pracy – kosztem życia jednostki jest w stanie ratować miliony, z czym oczywiście nie zgadza się Hunt ceniący każde życie. Poddawana w wątpliwość skuteczność Hunta po nieudanym przechwyceniu plutonu, którego terroryści użyją do przygotowania bomb nuklearnych, będzie sprawdzona po raz kolejny.

Główna oś fabuły jest nieco wyświechtana, ale właściwą robotę robi cała otoczka wokół niej.

Spokojnie, więcej treści filmu nie zdradzam, bo odbiorę znaczną część frajdy. Nie obraźcie się jednak za to, że zapowiem wam powrót kilku znanych wam postaci. Czy przed seansem M:I – Fallout należy zapoznać się z poprzednimi odsłonami? Zdecydowanie zalecam powtórkę „Rogue Nation”, gdyż to jego bezpośrednia kontynuacja, ale jeśli obejrzycie je w odwrotnej kolejności, to zabawa może być jeszcze lepsza.

Drużyna IMF w nadkomplecie – nowe i stare twarze

recenzja mission impossible fallout

recenzja mission impossible fallout

Skupiając się chwilę na błędach, niedociągnięciach i punktach, które frustrują lub wywołują wręcz śmiech – faktycznie takich nie brakuje i nie raz zastanowicie się nad tym, czy rzeczywiście mogło dojść do takiego przebiegu zdarzeń. Niesamowite sekwencje to mimo wszystko znak rozpoznawczy serii, ale pewna granica nie zostaje przekroczona, co wielokrotnie zdarzało się już w „Szybkich i Wściekłych„. Duch Mission: Impossible jest tutaj żywy i nadal trzyma formę. Oczywiście z każdym filmem twórcy starają się zrobić wszystko tak, by było większe i lepsze, ale na pokładzie jest osoba, która kompletnym absurdom mówi najwyraźniej zdecydowane „nie”. Na pewno nie odczułem zażenowania oglądając wybryki ekipy Hunta. A ta występuje w komplecie, jaki znamy i lubimy. Jest Ving Rhames, jako Luther Stickell i Simon Pegg, jako Benji Dunn. Cała trójka, na czele z Ethanem i Alanem Hunleyem (Alec Baldwin), po raz kolejny świetnie sprawdza się na ekranie.

Wiele uwagi na pewno poświęcicie postaci Henry’ego Cavilla, którego udział w „Mission: Impossible – Fallout” oznaczał brak możliwości zgolenia wąsów podczas dokrętek do „Ligi Sprawiedliwości„. Czy było warto? Zdecydowanie! To, czy Cavill zgoliłby je sam, nie zmieniłoby nic w kontekście „Ligi sprawiedliwości”, a trudno mi teraz wyobrazić sobie kogokolwiek innego na miejscu Cavilla w „Mission: Impossible – Fallout” – różnicę pomiędzy jego postacią, a Ethanem Huntem poznacie dzięki porównaniu bohaterki odgrywanej przez Angelę Bassett. Nie przegapcie tego. Cieszy też powrót Rebecci Ferguson, jako Ilsa Faust, która jako agentka MI6, fantastycznie uzupełnia zespół IMF.

recenzja mission impossible fallout
recenzja mission impossible fallout
recenzja mission impossible fallout

Mission: Impossible – Fallout, pomimo walki o przetrwanie świata, nie zamierza porzucać poczucia humoru, które charakteryzuje serię. Niektóre z gagów są bardzo trafione, inne powodują delikatny uśmiech. Ośmielę się jednak powiedzieć, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Żarty nie wylewają się jednak z ekranu, nie przesadzono z ich ilością i sprawnie wpleciono je w posuwającą się jak ekspres akcję. Są takie chwile, że można zadać sobie pytanie, czy bohaterowie filmu w ogóle sypiają i jedzą. Czas trwania filmu rośnie z odsłony na odsłonę i tym razem musicie być gotowi na blisko 2,5 godzinny seans, a mimo to udaje się go wypełnić na tyle, że sami nie zaśniecie  w fotelu.

Materiały promocyjne aż kipią od informacji, ile to scen nie udało im się nagrać z Cruisem, którego nie zastąpił kaskader. I możecie mi wierzyć lub nie, ale świadomość tego, że aktor podjął się samodzielnego wykonania kilku piruetów helikopterem, przeskakiwał z budynku na budynek i wspinał się po linie do lecącego śmigłowca sprawia, że jeszcze bardziej doceniamy wszystkie te sekwencje. Jeśli miałbym jednak wskazać ulubioną scenę z całego filmu, to bez wątpienia wybrałbym pojedynek w łazience, którego urywki także widać w zwiastunach. Tylko dla niej będę gotów wybrać się do kina jeszcze raz.

Pod wieloma względami to najlepsza część Mission: Impossible

recenzja mission impossible fallout

Główny motyw muzyczny serii Mission: Impossible jest znany wszystkim, nawet jeśli niektórzy będą mieli problemy z określeniem jego pochodzenia. Do tej pory jednak nie zwracałem większej uwagi na ścieżkę dźwiękową z któregokolwiek z filmów – pojedyncze utwory przypadły mi do gustu, ale dość szybko o nich zapominałem. Nieco inaczej jest tym razem, gdyż na to, co słyszałem w tle zwracałem szczególną uwagę. Kilkukrotnie starałem się zapamiętać sceny, którym towarzyszyła muzyka, która faktycznie mi się podobała i do której chciałbym wrócić później. To oczywiście kwestia gustu, sprawa dość indywidualna, ale lepszej ścieżki nie miał chyba żaden inny film z serii, za co szczerze gratuluję Lorne’owi Balfe.

Mission: Impossible – Fallout – nakręcony jak nigdy, bawi jak zawsze

Tytuł recenzji mówi jasno: „Mission: Impossible – Fallout” to prawdopodobnie najlepsza odsłona serii i będę się przy tym upierać. U podstaw filmu leży sprawdzony schemat, ale nie czułem podczas seansu zmęczenia historią ani znudzenia ciągłymi zwrotami akcji. Co więcej, to chyba najlepiej nakręcona odsłona „Mission: Impossible” – zabawa kadrami przemawiała do mnie już od samego początku, a nie pamiętam u siebie takich spostrzeżeń przy seansie któregokolwiek z poprzednich filmów. A warto odnotować, że za scenariusz i reżyserię odpowiada ten sam człowiek: Christopher McQuarrie, który podwójną robotę wykonał też przy „Rogue Nation”.  Nawet jeśli się ze mną nie zgodzicie i bardziej przemawiać będzie do was jedna z części klasycznej trylogii, to i tak powinniście zobaczyć zamknięcie tej nowoczesnej. Jest na co popatrzeć i czego posłuchać.