36

To było głupsze nawet od Riverdale. The Order – recenzja serialu Netflix

Po serialach typu teen drama ciężko spodziewać się czegoś wartościowego, ale doświadczenie nauczyło mnie, że niektóre są naprawdę fajne. Z takim nastawieniem podszedłem do świeżutkiego The Order. I wiecie co? To jest głupsze niż ostatni sezon Riverdale, a osiągnąć ten poziom nie jest łatwo.

Mam jakąś dziwną słabość do teen drama. Może dlatego, że poza Airwolfem i Knight Riderem wychowałem się na Beverly Hills 90210 i Jeziorze Marzeń? Tak, przyznałem się do tego publicznie. Ktoś kiedyś polecił mi Riverdale wspominając, żeby nie wychodzić poza pierwszy sezon. Obejrzałem, ale rady nie posłuchałem – o ile jednak pierwsze epizody były fajne, to ostatni sezon jest dramatycznie głupi i nie daję rady go obejrzeć.

The Order miał być horrorem

Mniej więcej dwa tygodnie temu obejrzałem zwiastun netfliksowego The Order i odebrałem go oczywiście jako teen dramę, jednak z domieszką tajemniczości i horroru. Brawo dla osób, które przygotowały tę zajawkę, bo pominęły najgorsze elementy samego serialu skupiając się całkowicie na elementach, które wydają się ciekawe. Trochę tajemniczy klimat, magia, wilkołaki – no brzmi nieźle, prawda?

Głównym bohaterem The Order jest osiemnastoletni Jack Morton, który dostał się właśnie na studia do Belgrave. Szybko dowiadujemy się, że nie było to marzenie związane z samą edukacją, ale zaplanowane wcześniej z dziadkiem działania mające na celu zemstę, a raczej zabicie biologicznego ojca chłopaka (ciekawa relacja dziadka i wnuczka, prawda?). Myślę, że skoro dowiadujemy się tego już na początku, nie można uznać tej informacji za spoiler. Młodzieniec wyrusza więc na kampus i robi wszystko by dostać się do tajemniczego (podobno nieistniejącego) Bractwa błękitnej róży. To podobno elitarne stowarzyszenie studenckie spod skrzydeł którego wyszła cała masa prominentów – co więcej, podobno posługują się magią, co miałoby pomóc Mortonowi w zlikwidowaniu wroga. Jak się jednak okazuje, wspomnianym bractwem rządzi…właśnie jego biologiczny ojciec. Już na początku więc sprawa mocno się komplikuje.

Zobacz też: Top 5 najlepszych seriali Netflix

Magia i wilkołaki

Nie zagłębiając się za bardzo w fabułę (bo jednak może ktoś będzie chciał obejrzeć The Order), serial skupia się wokół magii oraz wilkołaków. Czy są po tej samej czy może po innej stronie barykady? Tego dowiadujemy się dość szybko, wątek dołączenia do watahy włochatych stworów jest jednak tak płytki i tak tani, że aż przecierałem oczy ze zdziwienia. Tytułowe bractwo natomiast skrupulatnie wybiera swoich nowych członków stawiając ich przed dość wymagającymi próbami, mamy tu więc pewien dysonans, który nawet przy ostatnim odcinku trudno wytłumaczyć. Szczególnie, że bycie wilkołakiem to jednak coś poważniejszego niż przynależność do jakiegoś tam studenckiego bractwa. Nie żebym kiedyś był, ale tak mi się wydaje.

Serial zdaje się w ogóle za mocno bagatelizować wiele kwestii, przez co trudno złapać klimat przedstawiony w zwiastunie. No bo jak inaczej nazwać totalne ignorowanie śmierci studentów? Przez chwilę, dosłownie przez chwilę po brutalnym napadzie i rozerwaniu jednego z uczniów na strzępy w okolicy pojawia się detektyw. Sęk w tym, że ma on totalnie w nosie to, co stało się na kampusie. Zginął czyjś przyjaciel? A co tam, po 10 minutach wszyscy o tym zapominają – zero łez, refleksji czy strachu o własne życie. Giną kolejne dwie osoby, a w okolicy grasuje krwiożerczy potwór? Nikt tak naprawdę nic sobie z tego nie robi. Naprawdę ciężko wczuć się w opowieść widząc takie nonszalanckie podejście do śmierci.

Na upartego można obwiniać za to specyficzny humor, który przyjęli tu twórcy. Jednak dość brutalne sytuacje obracane są tu w żart, który niewiele różni się poziomem od tego znanego na przykład z Martwego Zła. Tyle tylko, że tamten film nie próbował być poważny, The Order natomiast sprawia wrażenie czegoś więcej niż komediohorror z gumowymi potworkami.

Teen dramy mają to do siebie, że dość szybko przyzwyczajamy się do postaci. Tu jest podobnie, tym bardziej ciężko mi było zrozumieć pewne zabiegi z nimi związane. Jack Morton to dziwna postać- z jednej strony geniusz, z drugiej bohater, z trzeciej jako naprawdę trzeźwo myślący nastolatek. Twórcy nam go tak przedstawiają tylko po to, by po chwili robił totalne głupoty i popełniał podstawowe błędy, których popełniać nie powinien. Z jednej strony jest więc rozważny, z drugiej bardzo naiwny. Serial stara się przekazać jakieś wartości, robi to jednak w strasznie dziecinny sposób – jakby chciał dotrzeć do 10-latków. Tylko do nich nie dotrze, bo sceny w których wilkołaki rozszarpują ofiarę raczej dla takich dzieciaków się nie nadają.

Zobacz też: Netflix – jak zacząć i co trzeba o nim wiedzieć?

Ci studenci to tylko piją

The Order nie potrafi również pokazać studenckiego życia. Morton uczęszcza w sumie na jedne tylko zajęcia z etyki, praktycznie nie bywa w akademiku, który na początku wydawał się głównym miejscem akcji i zasadniczo wszyscy studenci przesiadują tylko w barze i piją. Nie poruszono tu ani jednej kwestii płatnej edukacji w USA, słowo stypendium pojawiło się może 2 razy, nikt nie jest biedny, nikt nie jest bogaty, nikt nie musi dodatkowo pracować, a wszystkie problemy i rozterki skupiają się wokół Bractwa i magii. Nawet wątek miłosny wygląda jak pierwsze zauroczenie z 5 klasy podstawówki. Nie żeby temat seksu był mi w tym serialu potrzebny, ale naprawdę ciężko uwierzyć, że go tu nie ma.

W zasadzie jedyną postacią, w której autentyczność byłem w stanie uwierzyć jest dziadek nastolatka, którym targają emocje i faktycznie widać, że ma w tym serialu uczucia, jest konsekwentny i oddany swojej sprawie. Reszta generalnie nie wie czy jest dobra czy zła, nie wie co chce zrobić, zasadniczo na ogół nie wie nic. Taka chociażby przyjaciółka Mortona – Alyssa, która coś już w organizacji osiągnęła. Widzi doskonale, że Bractwo jest złe, ale nic sobie z tego nie robi, a jedyne usprawiedliwienie, o którym wspomina to „bractwo nie jest złe”. No litości. Młody Morton też jest wiecznie niezdecydowany przez co wydaje się być dzieckiem błądzącym we mgle – a serial już w pierwszym odcinku malował go jako bohatera w 100% oddanego sprawie.

Wizualnie jest w porządku, niebrzydkie kadry, fajne kostiumy i nienachalne CGI, które nie wieje kiczem (no może poza animacją z logo serialu). Tym bardziej przykro patrzeć, jak przez 10 odcinków nie udaje się wykorzystać tych możliwości. Tyle dobrego, że ostatnie minuty ostatniego odcinka dla wielu osób mogą okazać się najfajniejszym zaskoczeniem całego serialu.

Jakkolwiek dziwnie to teraz zabrzmi, nie uważam że seans The Order był czasem straconym. Jasne, na różnych serwisach (w tym na Netflix) jest wiele dużo lepszych seriali, którym można poświęcić czas. Nie raz i nie dwa łapałem się za głowę nie mogąc znieść naiwności i absurdu tego materiału, ale jednak coś mnie do niego ciągnęło. Nie wiem, może ukryta sympatia do teen drama, może po prostu jestem masochistą. To nie jest dramatycznie zły serial, jeśli przymknie się oko na te głupotki, może się nawet spodobać. Natomiast żałuję, że nie zrobiono z The Order czegoś poważniejszego i głębszego. Moim zdaniem był potencjał, który koncertowo zmarnowano. Tym razem więc nie polecam, ale ostrzegam. Raczej omijajcie.