14

To najbliższy mi serial w tym roku, ale niektórzy z was mogą się nim srogo rozczarować

"The First" nie będzie takim serialem, jakiego się spodziewacie. Loty w kosmos i misje na Marsa są w ostatnim czasie często poruszanym tematem, ale twórcy "The First" nie chcieli Wam pokazać kolejnego sukcesu ludzkości i naszej technologii. To serial o czymś zupełnie innym.

Ileż ja się naczekałem na ogłoszenie polskiej premiery tego serialu! Gdy pojawiły się pierwsze zapowiedzi, byłem przekonany, że jeden z dostępnych w Polsce serwisów streamingowych raz dwa zainteresuje się oryginalną produkcją Hulu, a jeśli nie, to zrobi to jeden z kanałów premium. I miałem rację tylko w połowie, bo faktycznie „The First. Misja na Marsa” trafi do ramówki Canal+, ale dopiero 6 grudnia. Cóż, lepiej późno, niż wcale, bo jest to jeden z ciekawszych seriali tego roku, a spośród wszystkich premier zdecydowanie mi najbliższy.

Wszystko dlatego, że serial składa się z idealnie dopasowanych do mojego gustu trzech cech-filarów: rozgrywa się w przyszłości i dotyczy załogowej misji na Marsa, jest dramatem, jest przegadanym dramatem ze świetnymi ujęciami i muzyką. Za pomocą tego jednego zdania mogłem zrazić do serialu wiele osób, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale dopiero po seansie pierwszego odcinka będziecie w stanie zrozumieć, o co mi chodzi. Wykreowany przez showrunnera Beau Willimona (twórca amerykańskiego „House of Cards” dla Netfliksa) klimat, który na ekran przeniosła między innymi Agnieszka Holland (wyreżyserowała dwa odcinki) zasysa i nie pozwala się wyrwać aż do ostatniego odcinka. To naprawdę ciężki dramat, dość trudny w odbiorze, ale przez to robi na widzu jeszcze większe wrażenie. Dlaczego?

Gdy myślimy o podróżach w kosmos, przed oczami zawsze staje nam widok rakiety, jej start oraz piękne widoki Ziemi oraz innych ciał niebieskich, wśród których przemyka statek niosący ludzi na przykład inną planetę. Najlepiej, jeśli zdarzy się  jeszcze jakaś awaria, dojdzie do konfliktu pomiędzy członkami załogi lub spotka ich coś innego, z czym będą musieli sobie poradzić gdy będą zamknięci w niewielkiej puszce otoczonej przez nicość. Ale przecież prawdziwy dramat niejednokrotnie rozgrywa się tu, na Ziemi, skąd wybierają się w drogę zostawiając za sobą najbliższych. Tematykę tę poruszył m. in. film „Pierwszy człowiek„, ale przy serialu „The First. Misja na Marsa” wydaje się, że zrobił to jedynie powierzchownie.

Główny bohaterem serialu jest grany przez Seana Penna Tom Hagerty – astronauta z doświadczeniem, który odpowiada za szkolenie załogi przygotowującej się do lotu na Marsa. Misja Providence 1 to wspólny projekt NASA oraz prywatnej firmy Vista, której szefuje Laz Ingram (Natascha McElhone). Wskutek wydarzeń w przeszłości Hagerty’ego nie ma na pokładzie, ale sytuacja zmienia się diametralnie i będzie musiał podjąć jeszcze trudniejszą, niż wcześniej decyzję. Chcę jak najmniej zdradzić Wam na temat fabuły, bo brak jakiejkolwiek wiedzy na temat fabuły sprawia, że efekt zawieszenia akcji w połączeniu z realizacją odcinków jest jeszcze silniejszy.

Mogę jednak wprost napisać, że kluczowa w tym wszystkim jest relacja Toma z jego córką Denise, która po utracie matki wpadła w poważne kłopoty z narkotykami. Twórcy dają nam szansę poznać jej matkę (świetna rola Melissa George) w dość licznych retrospekcjach, które nadają całości jeszcze większej głębi i powodują, że jeszcze bardziej przywiązujemy się do bohaterów. Można czasami odnieść wrażenie, że takie powroty do przeszłości są chaotyczne, lecz po pewnym czasie, gdy wpadniecie w rytm opowiadanej historii, to takie dwutorowe przedstawianie przebiegu wydarzeń pozwala z większym zaciekawieniem śledzić te bardziej aktualne zdarzenia.

Niemal wszystkie najważniejsze postacie są bohaterami z krwi i kości. Nie są jednowymiarowe, potrafią zaskoczyć i w wielu sytuacjach potrafimy się utożsamić z nimi i ich rozterkami. W najmniejszym stopniu udało mi się jednak zbudować taką relację z szefową Visty, która została napisana jako karierowiczka miewająca przebłyski człowieczeństwa – tak ją odbieram, a o to chyba o to chodziło scenarzystom. Natascha McElhone w roli Laz wypada bardzo dobrze – potrafiła przekazać emocje targające człowiekiem u sterów tak wielkiego projektu, który musi trzymać nerwy na wodzy i nie może dać się wyprowadzić z równowagi, podczas gry w środku pojawiają się niezwykle skrajne uczucia. Pozostali bohaterowie pracownicy firmy, astronauci i ich rodziny, to osoby, na które moglibyśmy natrafić na zatłoczonej ulicy – są tak naturalni i prawdziwi.



„The First. Misja na Marsa” to serial o ludziach, a nie o misji, którą mają wykonać. Oczywiście jej widmo rzutuje na ich życie i nie brakuje technicznych zagwozdek związanych z podróżą, ale to nie one są tutaj na pierwszym planie. Podobnie jak sama technologia, która w postaci nowoczesnych okularów, słuchawek i inteligentnych urządzeń oraz aut buduje wizję przyszłości, w którą nie jest tak trudno uwierzyć.

To coś, co nie jest często spotykane i może zostać niewłaściwie zinterpretowane – podobnie jak wspominany „Pierwszy człowiek”, który rozczarował widzów oczekujących produkcji przedstawiającej kulisy lotu na Księżyc, zamiast historii (i dramatu) jednego z astronautów, którzy jako pierwsi lądowali na Srebrnym Globie. Ci w „The First” dopiero przygotowują się do drogi na Marsa i czeka ich nie lada wyzwanie – rozłąka z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi jest często pomijanym aspektem takich misji, a „The First. Misja na Marsa” przypomina nam o tym, że astronauci nie różnią się od nas aż tak bardzo.

„The First. Misja na Marsa” obejrzycie na Canal+ – premiera 1. odcinka już 6 grudnia.