46

Poddaliśmy i daliśmy się ogłupić. Wybraliśmy wygodę

Nie, to nie jest wpis wyłącznie o tym, że kiedyś było lepiej. Zaryzykuję nawet postawienie tezy że nie, wcale nie było. Jedno jest pewne — technologia nieodwracalnie zmieniła nasze życia i to, jak na co dzień funkcjonujemy. A ja z podziwem patrzę na starszyznę, która może i nie wie jak biegle korzystać ze smartfonów czy komputerów. Ale nie musi, bo doskonale daje sobie radę i bez tego.

W ostatnich tygodniach z ogromnym zaciekawieniem oglądam na Netflixie serial Pełna Chata. Nie mogę powiedzieć, by targała mną nostalgia — nigdy wcześniej nie widziałem nawet pół odcinka tego sitcomu, mimo wszystko — bawię się doskonale. Z uśmiechem spoglądam na bohaterów, którzy korzystają z takich reliktów przeszłości jak chociażby papierowa książka telefoniczna. Sięgam pamięcią do tego co było, ale ostatnie tygodnie z zaciekawieniem przyglądałem się starszyźnie, która żyje zupełnie inaczej niż my.

Przed zakupem zwiedź pół miasta!

Nie wiem czy pamiętacie jeszcze czasy, w których poszukiwaliście nietypowych rzeczy. Zastępczej końcówki do odkurzacza, wymarzonej bluzki czy jakiegoś akcesorium. Dzisiaj nawet najgłupsze pomysły czy zamienniki realizuję w sieci. A przynajmniej od wyszukiwarki albo Allegro rozpoczynam polowanie. I rozmawiając ze starszymi ludźmi uświadamiam sobie, ze oni często wciąż robią to wszystko na własną rękę — błądząc po sklepach i prosząc sprzedawców o pomoc. Oczywiście pozwala im to lepiej zgłębić problem, ale też zajmuje nieporównywalnie więcej czasu. Po drodze lepiej poznają topografię miasta, nauczą się czegoś bonusowo — a przy okazji też automatycznie zanimują sobie dzień… albo i dłużej.

Wyłączmy sobie mózg

Przez większość życia żyłem w dużym mieście, które w dużej części poznałem naprawdę dobrze — a przynajmniej tak mi się wydaje. I z niepokojem patrzę na to, jak poruszam się po nowych miejscach. Bo nie jadę już ulicą A, przez ulice B, C, D, E — w godzinach szczytu coś tak omijając — do ulicy F, gdzie ostatecznie zmierzam. Teraz by zaoszczędzić sobie fatygi po prostu uruchamiam jedną z aplikacji do nawigacji i jadę po kresce. No, przynajmniej większość razy — bo kiedy zdałem sobie z tego sprawę, staram się to ograniczać i lepiej poznawać topografię miasta, a jeżeli to możliwe — prześledzić trasę przed wyruszeniem w drogę. Zresztą zostało już naukowo udowodnione, że korzystanie z tego typu rozwiązań wyłącza pewne części naszego mózgu, które byłyby aktywne, gdybyśmy próbowali tam dotrzeć bez pomocy.

Bez elektroniki jak bez ręki

To nie musi być GPS. Przecież od wielu lat żyjemy inaczej niż kiedyś. Techniki mnemotechniczne stosowane wówczas nie są nam już tak potrzebne, a przynajmniej nie w tych samych sytuacjach. Bo tak naprawdę kto kłopocze się zapamiętywaniem numerów telefonów czy zestawu niepotrzebnych informacji, skoro mamy je na wyciągnięcie ręki w smartfonie? Oczywiście ma to swoje plusy i minusy — są bowiem ludzie, którzy twierdzą, że właściwie to nic nie muszą wiedzieć, niczego się uczyć, niczego zapamiętywać. Bo i po co, skoro wszystko jest w internecie — a ten mają na wyciągnięcie ręki. Niezaprzeczalnie sieć jest kopalnią wiedzy, tu się zgodzę. Ale to wiedza, którą warto zgłębiać, a nie tylko trzymać na ławce rezerwowych. Jesteśmy wygodni, to przecież nic złego. Tylko mam wrażenie, że minie jeszcze chwila, zanim się odpowiednio dogramy. Na ten moment coraz krócej jesteśmy w stanie utrzymać skupienie na jednej rzeczy, wszędobylskie powiadomienia i bodźce skutecznie nas rozpraszają. Od kilku lat próbuję nad tym wszystkim zapanować — powiem wam, że jest coraz lepiej, ale do złotego środka jeszcze długa droga…